Tag: wywiad

Z gwizdkiem przez świat #2 – Paulina Gajdosz

Czas na kolejny wywiad w ramach cyklu „Z gwizdkiem przez świat”. Tak się składa, że ponownie moim rozmówcą jest kobieta. Nie ukrywam, że umówienie się na wywiad z Pauliną nie było łatwo (oboje jesteśmy strasznie zapracowani), ale jak już się spiknęliśmy to nam pół dnia zleciało. Kilka pytań pozostało bez odpowiedzi, ale też zdawałem sobie sprawę, że mam do czynienia z twardą zawodniczką.

Panie i Panowie – z wielką przyjemnością, zapraszam na rozmowę z pierwszą polską sędzią na szczeblu międzynarodowym, a prywatnie niesamowicie sympatyczną osobą – przed Wami Paulina Gajdosz:

Jan Delmanowski, Puls Basketu: Paulina, nie chciałbym zaczynać wywiadu od sztampowego pytania, ale – co skłoniło tak utalentowaną zawodniczkę (epizody w Eurolidze już jako nastolatka), do porzucenia kariery zawodniczej i wybrania kariery z gwizdkiem?

Paulina Gajdosz: Patrząc z perspektywy lat, zawsze wiedziałam że chcę zostać sędzią. Czekałam tylko na odpowiedni moment. Na meczach często podpatrywałam pracę arbitrów. Na początku biernie, a później aktywnie wchodząc z nimi w polemikę. Było to dla mnie cenne doświadczenie, z którego skorzystałam na kursie sędziowskim.

Co Cię aż tak ciągnęło do sędziowania? To raczej zamknięte i raczej „męskie środowisko”

Na początku nie potrafiłam tego określić. To jak z miłością. Nie kocha się za coś, ale pomimo wszystko. Podobało mi się, że znalazłam kolejną sferę, gdzie mogę być nadal częścią środowiska koszykarskiego. Poza tym stwierdziłam, że to bardzo ciekawy zawód. Z jednej strony szacunek, z drugiej duża krytyka. Chciałam chyba sprawdzić swoją wytrzymałość. Lubię wyzwania.

Gdybyś miała spojrzeć na swoją dotychczasową karierę – nie masz wrażenia, że poszło Ci wręcz ekspresowo?

Kiedy spróbowałam sędziowania po raz pierwszy, miałam już przygotowany plan. Trochę poczytałam o limitach wieku. Następnie wyznaczyłam termin awansu na szczebel centralny i międzynarodowy. Zrealizowałam swoje cele szybciej, niż mogło się wydawać, co wcale nie znaczy łatwo. Przeszłam wszystkie etapy, łącznie ze wzlotami, upadkami i myślami typu: „W co ja się wpakowałam?!”.

Wspominasz o myślach o rezygnacji, upadkach. Co zachwiało Pauliną Gajdosz na drodze do realizacji jej planu?

Na pewno brak awansu w wieku 23 lat. Uznałam to za swoją porażkę. To był pierwszy poważny kryzys. Wtedy ważyły się losy tego, czy powstanę silniejsza czy zrezygnuję. Uznałam wtedy, że muszę zmienić coś w swoim życiu. Wtedy wyjechałam do Warszawy, aby zobaczyć czy gdzieś indziej się sprawdzę.

Potrzebowałaś bodźca do dalszego rozwoju?

Pukanie do drzwi, które mimo wszystko nadal pozostają zamknięte uczy pokory. Faktycznie szukałam bodźca motywującego, dającego sygnał do działania. W Warszawie musiałam uczyć się wszystkiego od nowa. To duży okręg, nikt mnie nie znał. Musiałam zapracować na swoje nazwisko. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że trafiłam na odpowiednich ludzi. Zobaczyłam sędziowanie z innej perspektywy. Praca na boisku znów zaczęła sprawiać mi radość. Szybko zapomniałam o porażce i wzięłam się do pracy nad sobą. Może to jest ta rzecz, którą najbardziej lubię w sędziowaniu. Szybka regeneracja i nieustająca praca nad sobą.

Jak się zostaje pierwszą w historii polską sędzią na szczeblu międzynarodowym. Możesz powiedzieć coś więcej na temat tego jak wyglądała Twoja droga do tego miejsca, procedura, itd?

Zaczęło się od wspomnianego awansu na szczebel centralny. Zaczęłam od sędziowania 2 ligi męskiej i 1 ligi kobiet. W drugim sezonie otrzymałam szansę debiutu w mechanice trójkowej – w ramach Pucharu Polski Kobiet oraz Ekstraklasy Kobiet. W trzecim sezonie nadal sędziowałam 2 ligę męską i uzyskałam awans do Ekstraklasy Kobiet. W czwartym sezonie dostałam szansę debiutu w 1 lidze męskiej. W sezonie który upłynął awansowałam na szczebel międzynarodowy oraz zadebiutowałam w najwyższej lidze męskiej. Sam awans do grona sędziów FIBA wiąże się z wyjazdami na campy. Ja swój zaliczyłam w Turcji na 10 – dniowym zgrupowaniu. Moje sędziowanie było poddawane ocenie instruktorów FIBA. Oprócz tego odbywają się wewnętrzne egzaminy w Polsce, gdzie zostają wyłonieni kandydaci na sędziów międzynarodowych. 

Pamiętasz moment, w którym dowiedziałaś się, że osiągnęłaś swój cel? 

Jasne! To był czerwiec 2017 roku. Koniec roku szkolnego. Dostałam wiadomość telefoniczną. Od razu przypomniał mi się egzamin wewnętrzny w Polsce, gdzie zapytano mnie o przyczynę wzięcia w nim udziału. Odpowiedziałam, że jestem tu po to, aby stać się lepszym sędzią. Choć oczywistą odpowiedzią wydawać by się mogło: jestem tu po to, aby zostać pierwszą kobietą – sędzią międzynarodowym z Polski.

Klinika na Scanii, Campy Kuby Zamojskiego, a może zwyczajnie – zmiana okręgu? Co dało Ci najwięcej, jak chodzi o doskonalenie swojego sędziowania?

Każdy z campów daje niesamowitą motywację, dużo wiedzy, ale i dodaje pewności siebie. W swoim życiu sędziowskim zwiedziłam wiele okręgów: małopolski, lubuski, mazowiecki, zachodniopomorski. Myślę, że to było moim najcenniejszym doświadczeniem. Dzięki ciągłej podróży, poznawaniu ludzi – dojrzałam jako sędzia. Ich pasja, chęć dzielenia się wiedzą i doświadczeniem, dodawały mi motywacji i nieustępliwości.

Każdy sędzia może mieć taki plan jak Ty i chcieć go zrealizować. Ale uda się naprawdę nielicznym. Gdybyś mogła wymienić …. powiedzmy 3 najważniejsze rzeczy, które pozwolą spełnić młodym sędziom takie marzenie.

Determinacja – radzenie sobie z trudnościami i porażkami. Pasja – zamiłowanie do tego co się robi w życiu. Pracowitość – ważniejsza niż talent. 

Czym różni się (o ile w ogóle) Twoje przygotowanie do meczu w Polsce, a do meczu w rozgrywkach europejskich?

W zasadzie tylko językiem, w którym się komunikuję. Poza tym są to te same procedury. 

Tzn jakie? Wiele osób pyta mnie w jaki sposób sędziowie na tym poziomie przygotowują się do swoich spotkań.

Standardowo – skauting, analiza zagrożeń, gry obu drużyn i ich taktyki oraz indywidualnych zachowań zawodników.

Jak wyglądał Twój debiut w europejskich pucharach?

Mecz na Słowacji, wypełniona cała hala, super klimat, mnóstwo kibiców. Był to mecz Piestanskie Cajky z Hatay BB z Turcji. Zawodniczką słowackiego zespołu była Katarina Zohnova, z którą kiedyś grałam w jednej drużynie. Ucieszyła się na mój widok. A to rzadkość na boiskach, kiedy zawodnik wyraża zadowolenie na widok sędziego. Mecz skończył się niewielką różnicą punktów. Turecki zespół to bardzo dobra drużyna, nic nie zapowiadało tak wyrównanego pojedynku.

Sędziowanie jest dla Ciebie sposobem na życie, na utrzymanie się?

Sędziowanie stanowi dla mnie napęd do działania. Jest moim sposobem na codzienność. Dzięki niemu stale się rozwijam i nie narzekam na nudę.

Nadal prowadzisz swoją szkółkę koszykarską w Szczecinie?

Nauka dzieci podstaw koszykówki nadal zajmuje stałe miejsce w moim grafiku zajęć. Bardzo lubię tą pracę, a zwłaszcza jej efekty kiedy dzieci się rozwijają i coraz chętniej uczestniczą w zajęciach.

Zrealizowałaś swój dotychczasowy plan. Co dalej? Jaki jest teraz Twój cel?

Chciałabym, żeby zdrowie dopisywało, a sędziowanie sprawiało radość jeszcze przez długie lata. To jest cel numer jeden. Jeśli to się uda, mam nadzieję kiedyś wystąpić na Seniorskich Mistrzostwach Europy i Świata, a najważniejsze – na Igrzyskach Olimpijskich. 

A plany na najbliższe tygodnie? Z tego co wiem to właśnie wróciłaś z urlopu i …..

W sierpniu jadę na Mistrzostwa Europy do lat 18, do Austrii i do lat 16 na Litwę. Mam nadzieję jak najlepiej wypaść podczas tych turniejów. 

A śledzisz poczynania innych sędziów, którzy razem z Tobą awansowali do grona sędziów FIBA?

Pewnie! Cały czas mamy kontakt, wspieramy się, dzielimy doświadczeniem. Podczas Świąt Wielkanocnych była okazja, aby się ponownie spotkać. Osiem dziewcząt dostało zaproszenie na camp szkoleniowy do Francji dla młodych, perspektywicznych sędziów.

Jak oglądać koszykówkę – Okiem Rafała Jucia

Są tematy, na których znają się wszyscy. Czy należy do nich koszykówka? Wątpię. A nawet gdyby tak było zawsze dobrze jest posłuchać kogoś, kto swoją wiedzą, zrozumieniem i spojrzeniem może ubogacić, dodać coś od siebie do „mojego” obrazu. Właśnie taka chęć stała u początków rozmowy, którą poniżej znajdziecie. Od razu ostrzegam – to nie jest tekst do porannej kawy, chyba że lubisz ją pić, gdy już ostygnie. To raczej artykuł, do którego warto będzie kilka razy wrócić. Panie i Panowie, przed Wami Rafał Juć i świat koszykówki widziany jego oczami.

 

Piotr Alabrudziński, Puls Basketu: Rozmawiając ze skautem drużyny NBA nie mogę zacząć inaczej jak od pytania, czym różni się oglądanie campów od zwykłych meczów? Czy na co innego zwraca Pan uwagę w obu przypadkach?

Rafał Juć, międzynarodowy skaut Denver Nuggets: Oglądanie campów to bardzo ważna część procesu skautingu, aczkolwiek w moim odczuciu nie są zbytnio przydatne jeśli chodzi o ocenę potencjału danego zawodnika. Korzystając z mojego doświadczenia, dużo większą wartość dla mnie mają mecze oraz treningi w klubach, a także turnieje i mistrzostwa na szczeblu międzynarodowym. Zdecydowanie największa wartość campu to możliwość zobaczenia często kilkudziesięciu zawodników na przestrzeni zaledwie kilku dni – tak więc to spora oszczędność jeśli chodzi o czas oraz budżet. Ja najbardziej cenię sobie możliwość zobaczenia równieśników w bezpośrednich pojedynkach – często okazuje się, że zawodnik nie mogący przebić się do rotacji w klubie czy też gracz ze słabej ligi, jest lepszy niż ktoś z euroligowym doświadczeniem. Trzeba jednak zaznaczyć, że takie campy to w żargonie skautów „surwiwal” – zawodnicy są rzuceni na głęboką wodę, często bez zagrywek i zasad, muszą polegać na swoich umiejętnościach 1 na 1. To sprawia, że tzw. zawodnicy „systemowi” mogą sobie nie poradzić w takich warunkach. Pamiętam że przed kilku laty duży talent, obecnie grający w Eurolidze, nie mógł „odnaleźć” swojej gry na EuroCampie w Treviso. Tego typu campy to przede wszystkim tranzycja, pchanie piłki do przodu, gra 1 na 1, wykorzystywanie swojej przewagi siły i atletyzmu. Tamten zawodnik charakteryzował się zespołową grą, świetnym ruchem bez piłki, umiejętnością wykorzystywania zasłon itd. Tylko tyle, że te umiejętności bardzo rzadką są wykorzystywane na obozach gdzie zawodnicy chcą przede wszystkim pokazać siebie poprzez nabijanie statystyk co promuje indywidualną grę. To co odróżnia mecze ligowe czy reprezentacyjne od campów to przede wszystkim dużo większa presja, gra o stawkę, stąd też nacisk na dbanie o piłkę i odpowiednią selekcję rzutową. Jeśli pod względem zaawansowania taktycznego wymuszającego szybką analizę i jeszcze szybsze podejmowanie decyzji mecz to szachy – to gierka na campie to warcaby.

Jakiś czas temu znalazłem w Internecie wykres z liczbą minut rozegranych w playoff przez graczy NBA z podziałem nie tyle na pozycje, ale na wzrost zawodnika. Największą grupę stanowili gracze pomiędzy 193 a 205 cm. Chcąc ująć ten wzrost w ramy pozycji na boisku otrzymalibyśmy pewnie 3 i 4, ale czy taki podział ma jeszcze sens? Jaki jest ideał koszykarza poszukiwany przez kluby z najwyższej półki?

Poruszamy tutaj bardzo ciekawy wątek, czyli podział na pozycje. Rewolucja statystyczno-analityczna dotknęła NBA – może nie w takim stopniu co ligę baseball’u – ale na pewno uświadomiła, że wygrywać można na różne sposoby. To z kolei sprawiło, że tradycyjny podział na 5 pozycji powoli zanika. Mogę zdradzić, że w naszym sztabie szkoleniowym Nuggets już od dawna używamy kompletnie innej kategoryzacji i nazewnictwa niż rozgrywający, rzucający, niski i silny skrzydłowy czy center. Jeszcze kilka lat temu rozwój takiego zawodnika jak Nikola Jokic nie byłby możliwy – dominowało konserwatywne myślenie, że za rozgrywanie i asystowanie odpowiedzialny jest rozgrywający, zazwyczaj najniższy na boisku. Takie myślenie odchodzi do lamusa. W obecnej NBA rozgrywający to najgroźniejsi strzelcy, gracze wysocy, szybcy i atletyczni. Postępuje nie tylko szkolenie co sprawia, że młodzi gracze bez względu na wzrost dostają podobne wyszkolenie, ale postępuje również selekcja – do NBA trafiają coraz to lepsi atleci. Patrząc w jakim kierunku zmierza koszykówka, nie zdziwię się jak za kilka lat większość drużyn będzie wystawiać piątkę złożoną z zawodników mierzących ok 2 metry, gra będzie polegać na wykorzystywaniu indywidualnych przewag, kreowaniu „otwarć” poprzez pick and roll oraz pchanie piłki do przodu – tak by sprawić by przekazywanie zatraciło swój sens. W dzisiejszych czasach idealny zawodnik to taki, który ma długie ramiona, jest skoczny, może bronić kilka pozycji, przekazywać krycie. Musi umieć rzucać i kozłować. Jeszcze kilka lat temu wystarczyło mieć jedną „elitarną” umiejętność, ale to już nie wystarczy. Dla przykładu jeszcze 5-6 lat temu na pozycji PF bardzo popularni byli stretch four – niskie „czwórki”, który zapewniały spacing, stojąc w rogu lub popując po zasłonach. Teraz już nie jest tak łatwo wyjść do pozycji rzutowej, ponieważ coraz więcej drużyn przekazuje zasłony – zarówno od, jak i do piłki. Teraz więc na pozycji PF dominują gracze nazywani „swing” czy też „combo forward”, którzy łączą najlepsze cechy SF i PF – muszą grozić rzutem, ale muszą też umieć odpowiedzieć na przekazywanie poprzez grę tyłem do kosza. Tak więc podsumowując liczy się wszechstronność. Ta konkluzja dotyczy jednak przede wszystkim tak zwanej klasy średniej oraz zadaniowców, ponieważ prawda jest taka, że gwiazdy rodzą się w różnych formach i postaciach. Największymi atutami takich graczy jak Jokic, Porzingis, Giannis czy Simmons jest fakt, że są unikatowi – posiadają nietypowe umiejętności jak na swoje warunki fizyczne, czy też unikatowe warunki fizyczne jak na swoją pozycję.

Spójrzmy również na graczy obwodowych. Przykład obecnego Mistrza Polski, Anwilu Włocławek, pokazuje, że można zbudować dobrą drużynę z jednym nominalnym rozgrywającym. Jakich umiejętności szukać u PG? Gdzie jest dla nich miejsce na boisku?

Przy okazji tego pytania chciałbym odnieść się do gry Anwilu – trener Milicić to niezwykle postępowy szkoleniowiec, ciągle się rozwija, podąża za trendami, nie boi się ryzykować. Być może w mistrzowskiej drużynie był tylko jeden „tradycyjny” rozgrywający w osobie Kamila Łączyńskiego, ale jak już wcześniej ustaliliśmy rozgrywać i kozłować mogą inni zawodnicy, w Anwilu to bardzo często robili Quinton Hosley czy Ivan Almeida. Na potrzeby systemu trenera Milicica byli więc oni „rozgrywającymi. Tak jak w reprezentacji Polski możemy zobaczyć ustawienia bez „jedynki” z Mateuszem Ponitką czy Adamem Waczyńskim na piłce. Coraz częściej w żargonie NBA pojawia się więc określenie „lead guard”, a nie „point guard”. Oczywiście nadal są bardziej tradycyjni rozgrywający w stylu Steve’a Nasha czy Chrisa Paula, ale jednak częściej widzimy „shot making PG” jak Damian Lillard czy Stephen Curry, oraz „lead guard” jak Russell Westbrook czy Donovan Mitchell. Jak widać wspólny mianownik to fakt, że ci zawodnicy będąc na boisku mają piłkę w rękach najdłużej i najczęściej z całej piątki. Trzeba jednak zaznaczyć, że pojawią się wyjątki, ponieważ talent zawsze się obroni i zostanie dostrzeżony. Jeśli chodzi o umiejętności jakich szukamy u PG to oczywiście umiejętność kozłowania, kontrola tempa gry, rozumienie i egzekwowanie taktyki, czytanie gry, cechy przywódcze, dobra komunikacja. W ostatnich latach na pozycji PG kładzie się też coraz większy nacisk na warunki fizyczne oraz umiejętność zdobywania punktów.

A co Pana zdaniem jest ważniejsze dla gracza obwodowego (nie tylko rozgrywającego): umiejętność gry indywidualnej, 1 na 1, czy też gra dwójkowa, akcje typu pick’n’roll?

Przekornie odpowiem, że najważniejsze dla gracza obwodowego są czucie i czytanie gry, podejmowanie dobrych decyzji, wykorzystywanie przewag ale zgodnie z założeniami i taktyką drużyny. Dzisiejsza kultura promuje szybki sukces, indywidualne osiągnięcia, stąd też coraz więcej zawodników potrafi świetnie grać 1 na 1, rzucać i mijać, ale jeśli nie grają zespołowo, łamią zagrywki, podejmują szalone decyzje – trudno będzie im zdobyć zaufanie trenera oraz kolegów, a co za tym idzie, nie będą mieć szans pokazać swoich umiejętności. W tej chwili pick and roll to „ABC” koszykówki, w ten sposób rozgrywa się blisko 60% akcji na parkietach NBA. Coraz częściej jednak defensywy są przygotowane na neutralizację tych akcji, stąd też pick and roll to tylko wyjście do sytuacji rzutowej. Liczy się odpowiednie odczytanie obrony, szybka reakcja. Bardzo często gra się więc akcję pick and roll po to by tylko skupić uwagę defensywy, zmusić do rotacji, a „właściwa” akcja dzieje się z dala od piłki. Dlatego tak istotna staje się znowu gra 1 na 1. Przy częstej zmianie drużyn i trenerów zawodnicy muszą być wszechstronni, dopasować się do różnych stylów i założeń.

Wicemistrz Polski, BM Slam Stal, wiele zyskał dzięki obecności na parkiecie Adama Łapety, typowej „5” bez rzutu z dystansu. Czy współczesna koszykówka może być jeszcze miejscem dla klasycznych centrów?

Ja uważam, że we współczesnej koszykówce jak najbardziej jest miejsce dla typowych „5” bez rzutu z dystansu. Trzeba jednak zaznaczyć, że sytuacja wygląda trochę inaczej w NBA, niż w Europie. Za oceanem ze względu na przepis „3 sekund” w obronie, tacy zawodnicy – typowe „5”  – tracą swoją wartość, ponieważ w obronie nie mogą kolokwialnie mówiąc „zamurować” trumny, muszą rotować, szybko poruszać się na nogach. Do tego coraz więcej wysokich zawodników na poziomie NBA grozi rzutem z dystansu, gra staję się coraz bardziej przestrzenna, wysocy są często zmuszeni do gry na obwodzie. Te przemiany najlepiej obrazuje chyba upadek Roya Hibberta – od uczestnika Meczu Gwiazd, najlepszego obrońcy NBA – do zawodnika, który nie może znaleźć pracy. Również w Europie gra staje się szybsza, bardziej dynamiczna. Tacy gracze jak Łapeta wciąż mają tutaj wartość (najlepszy przykład to Walter Tavares, który po przyjściu do Realu poprowadził tę ekipę do mistrzostwa Euroligi i ACB), ale ich rola i przydatność spada – ze względu na wymagania kondycyjne i szybkość gry, nie są w stanie grać więcej niż 22-24 minuty na wysokim poziomie. W NBA – tak jak w życiu – wszyscy starają się kopiować najlepszych. Stąd więc coraz więcej ekip chce grać niskim ustawieniem takim jak Golden State Warriors. Jeśli jednak nie możesz pokonać kogoś jego własną bronią, musisz być kreatywny. Myślę, że moda na tradycyjne „5” jeszcze wróci – proszę zwrócić uwagę ilu wysokich zostało wybranych w pierwszej dziesiątce tegorocznego draftu.

Patrząc na statystyki punktów zdobywanych na posiadanie z systemu Synergy dla NBA według typu akcji dużą skuteczność wykazują ścięcia, rzuty zawodników stawiających zasłony w akcjach pick’n’roll, czy też akcje typu spot up. Czy Pana zdaniem gra bez piłki, bieganie po zasłonach, to najważniejszy element współczesnej koszykówki?

Kluby NBA coraz chętniej przyglądają się Europie. Widać to nie tylko po liczbie zawodników spoza USA – obecnie to blisko jedna trzecia – ale też trenerów, skautów. Jeden z najbardziej szanowanych GM powiedział mi niedawno – „choć to my wymyśliliśmy koszykówkę, to wy Europejczycy gracie w nią w taki sposób jak się powinno.” Miał tutaj na myśli dobre wyszkolenie techniczne wszystkich pięciu graczy na parkiecie, ruch piłki, grę zespołową, zaawansowanie taktyczne. Bolesna prawda jest jednak taka, że trenerzy na Starym Kontynencie często muszą ukrywać braki motoryczno-atletyczne w myśl zasady „robić więcej mając mniej.”. Zawodnicy NBA to najlepsi atleci na świecie, są więc w stanie wykreować przewagi czy wykonać zagrania, które rzadko widujemy w Europie. Niemniej jednak preferencje i styl gry w NBA zmieniają się, kładzie się większy nacisk na ruch piłki, odpowiedni spacing, ruch bez piłki, granie zespołowe. Stąd też gra bez piłki i bieganie po zasłonach stają się coraz ważniejsze.

Może łatwiej jest nam obserwować umiejętności ofensywne. W obronie na pierwszy rzut oka widzimy z reguły tylko rażące błędy. Na co w takim razie zwracać uwagę, żeby dobrze ocenić system obronny zespołu i zachowania graczy?

To prawda, że dużo łatwiej jest ocenić umiejętności i potencjał ofensywny gracza niż defensywny. Wyciągając wnioski z moich doświadczeń jestem bardzo ostrożny jeśli chodzi o formowanie opinii na temat gry obronnej, zwłaszcza tej zespołowej. Oczywiście możemy ocenić pewne indywidualne cechy jak siła, szybkość stóp, zastawianie, czytanie gry itd., ale trzeba pamiętać, że obrona indywidualna jest zawsze realizowana w kontekście zespołowym. Pamiętam, że na początku mojej przygody ze skautingiem często krytykowałem koszykarza notując, że nie atakuje tablicy czy też zostaje pod zasłonami, a konfrontując tę wiedzę z trenerem czy też oglądając treningi – okazywało się, że taki był plan. W obronie indywidualnej liczą się szybkie ręce i nogi, ale w szerszym kontekście często mogą okazać się one niezbyt przydatne jeśli zawodnik nie ma wysokiego IQ koszykarskiego i umiejętności czytania gry. Weźmy choćby przykład Jokica – na pierwszy rzut oka jest to dość przeciętny atleta, nie gra nad obręczą, nie blokuje wielu rzutów, ale wszystkie zaawansowane statystyki mówią, że jest świetnym obrońcą. Czyta grę, dobrze rotuje, ma szybkie ręce, nie łamie założeń trenera – często zmusza rywala do złego rzutu poprzez bycie we „właściwym miejscu”. Warto więc zwracać uwagę na szybkość podejmowanych decyzji, umiejętności wywierania presji i fizycznej gry bez faulowania, zmuszanie rywala do trudnych rzutów, poświęcanie swojego ciała, aktywność przy piłkach 50/50.

Wcześniej warto jednak zastanowić się nad tym, czy oglądając mecz za pośrednictwem telewizji, gdy kamera jest skupiona na piłce, jest szansa, żeby właściwie ocenić postawę poszczególnych zawodników? Co trzeba widzieć i na czym się skupić, żeby nie popełniać tutaj błędów? Oglądając mecz na trybunach mamy już większe możliwości i wybór tego, na co patrzymy. Tylko czy przy coraz szybszej grze kibic ma szansę na dokładną, prawidłową analizę setów i ról konkretnych graczy? Swoją drogą, może stąd bierze się u niektórych skupienie na roli sędziów i wywieranie na nich presji…

To dość powszechny błąd – wiele osób oglądając mecze koszykówki skupia swoją uwagę przede wszystkim na piłce, podczas gdy zazwyczaj kluczowe i strategiczne decyzje podejmowane są z dala od niej. Dlatego w mojej pracy podczas meczu w telewizji staram się przede wszystkim obserwować obronę indywidualną oraz zaangażowanie, a podczas meczów na żywo w hali – komunikację i obronę zespołową. Jak już mówiłem wcześniej – trudno jest oceniać grę w defensywie, zarówno poszczególnego zawodnika, jak i całej drużyny, nie znając założeń trenera. Trzeba pamiętać, że podstawą każdej strategii jest planowanie w myśl zasady „coś trzeba dać, żeby coś zabrać” – czasem więc drużyna będzie celowo odpuszczać rzuty za 3 by chronić obręcz itd. Ja w swojej pracy skupiam się przede wszystkim na cechach indywidualnych i tym, czy dany zawodnik pasuje do naszego stylu, naszej strategii. Podstawą defensywy indywidualnej w NBA są przede wszystkim obrona pick and roll, a także close out. Liczą się więc tutaj szybkość stóp, zasięg ramion, umiejętność przyspieszenia. Biorąc pod uwagę jak szybka staję się gra, coraz więcej drużyn korzysta z analizy wideo w czasie realnym, niektóre elementy potrafią umknąć nawet doświadczonym trenerom czy zawodnikom. Szkoleniowcy nie tylko na poziomie NBA oglądają swoje spotkania nie raz, nie dwa po ostatnim gwizdku.

Załóżmy, że idziemy na mecz, albo mamy obejrzeć go w telewizji z kimś, kto nie ma wielkiego pojęcia o koszykówce. Ok, zna ogólne zasady, ale na tym koniec. Gdyby mógł Pan podać trzy krótkie wskazówki do przekazania takiemu człowiekowi, żeby gra była dla niego czytelna i żeby mógł z tego meczu wyjść z większym zrozumieniem basketu.

Jeśli chodzi o trzy wskazówki to trzeba pamiętać, że po pierwsze o zwycięstwie często decydują czynniki niewidoczne w statystykach – takie jak fizyczność, pewność siebie, przewaga mentalna. Choć koszykówka to sport zespołowy to nie możemy zapominać, że często oglądamy po prostu pięć pojedynków jeden na jednego, gdzie każdy ma swoje role i zadania. Jeśli jesteś w stanie wyłączyć swojego gracza nawet nie zdobywając przy tym punktów – to już jest ogromna wartość i przewaga. Po drugie trzeba wyrobić w sobie nawyk zwracania uwagi na to co dzieje się z dala od piłki. Poruszyliśmy ten temat przy okazji poprzedniego pytania. Po trzecie trzeba zrozumieć, że aby wygrać trzeba grać „razem” i we „właściwy sposób”.  Kibice lubią oglądać gwiazdy i ich popisy strzeleckie, ale indywidualności bardzo rzadko wygrywają mecze w pojedynkę. Ja w swojej pracy lubię przysłuchiwać się jak zawodnicy komunikują się ze sobą na boisku, czy sobie ufają, czy się rozumieją. Drużyny które wygrywają zazwyczaj mają lidera, ale też jasny i klarowny dla wszystkich podział ról, grają fizycznie, poświęcają swoje indywidualne popisy na rzecz zespołu. Podsumowując trzeba zaznaczyć jednak, że koszykówka to piękny sport, ale dość zaawansowany taktyczno-technicznie, nie wszystkie przepisy są zrozumiałe dla każdego kibica. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że poziom wiedzy „przeciętnego” kibica w naszym kraju jest wciąż dość niski. Mam nadzieję, że w Polsce wróci moda na kosza, potrzebna jest nie tylko popularyzacja, ale również edukacja.