Tag: Sokół Łańcut

Ludzie Basketu #7- Jerzy Koszuta

Wychowanek Sokoła Łańcut, który swoją koszykarską przygodę rozpoczął w roku 2004. 3114 punktów, 508 asyst, 1336 zbiórek i ponad 8976 minut spędzonych na parkiecie w 323 pierwszoligowych spotkaniach. W Sokole zaczynał, i w Sokole skończył. Teraz wrzuca nudę do kosza, bo pod taką nazwą kryje się jego autorska szkółka dla dzieci. Zapraszam na rozmowę z Jerzym „Jerrym” Koszutą!

„Wrzuć nudę do kosza” – tak nazywa się Twoja szkółka dla dzieci i młodzieży. Skąd pomysł, aby założyć projekt, w którym będzie promować się aktywność fizyczną wśród najmłodszych?

Tak, dokładnie tak nazywa się szkółka. Pomysł na pracę z młodzieżą zrodził się już dawno, tak naprawdę w Stargardzie Szczecińskim. Wracając do Łańcuta, w moje rodzinne strony, zrobiłem rozeznanie. Okazało się, że jest duże zainteresowanie w Łańcucie na naukę koszykówki i tak to się zaczęło. W klubie PTG Sokół Łańcut nie było nigdy szkółki dzieci w wieku 7-8 lat, więc warto było spróbować. Teraz wiem, że to był bardzo dobry ruch.

Dodam, że prowadzisz ją wspólnie z kolegą z drużyny Jackiem Balawendrem, a PTG Sokół Łańcut jest jej głównym patronatem. Jak wygląda Wasza współpraca?

Zgadza się, prowadzimy ją razem. Zaproponowałem Jackowi współpracę, ponieważ też pracował wcześniej z dziećmi i naprawdę lubi to robić. Można powiedzieć, że długo się nie zastanawiał. Swoją drogą, młodych adeptów koszykówki było bardzo dużo, a ja nie chciałem robić czegoś na ilość tylko na jakość. We dwóch zawsze można nauczyć więcej. Szkółka „Wrzuć nudę do kosza” jest oficjalną szkółką PTG Sokół Łańcut, a my obaj jesteśmy wychowankami Sokoła.

Czy dużo dzieci uczęszcza na zajęcia? Prowadzone są one w formie zajęć pozalekcyjnych?

Jeżeli chodzi o frekwencję uczęszczania na zajęcia, jesteśmy bardzo zadowoleni. Od września tego roku będziemy mieć już pod swoimi „skrzydłami” około 75 dzieci w 5 grupach wiekowych. Są to zajęcia pozalekcyjne.

Kiedyś nie było takich przedsięwzięć, musiały wystarczyć jedynie zajęcia w szkole lub każdy rozwijał się we własnym zakresie. Uważasz, że takie inicjatywy są w stanie pomóc dzieciakom w pracy nad doskonaleniem umiejętności związanych z uprawianiem koszykówki? Czy można traktować to bardziej jako zabawę i sposób na nudę?

Wydaje mi się, że dzisiejsze czasy niestety nie promują sportu i trzeba zachęcać dzieci do aktywności fizycznej. Najmłodsze dzieci przekonywane są przede wszystkim poprzez zabawę. Właśnie w ten sposób staramy się przeplatać elementy nauki gry w koszykówkę z dobrą, wspólną zabawą. Dzieci trzeba mobilizować, ponieważ telefon, komputer czy telewizor są ogromną pokusą. Sam mam dzieci i wiem jak to jest. Jeżeli te najmłodsze będą chciały kontynuować przygodę z koszykówką to mają taką możliwość w naszej szkółce.

Wróćmy do czasów, kiedy sam byłeś młody. Pochodzisz z malowniczego i niezwykle urokliwego Łańcuta, kojarzonego przede wszystkim z zabytkowego zamku. Jak na tamte możliwości i warunki, było ciężko Ci się wybić i zaistnieć w świecie koszykówki?

Mówiąc o mieście, to prawda, jest bardzo ładne (śmiech). Czasy kiedy ja zaczynałem były zdecydowanie inne i na pewno było dużo trudniej się wybić. Wydaje mi się, że nie ma co porównywać tamtych czasów do teraźniejszych. Teraz dzieci mają wszystko, tylko trzeba chęci. Kiedyś było odwrotnie.

Pomógł Ci w tym Trener Dariusz Kaszowski? Wspomnę, że trenował cię już za czasów szkoły podstawowej.

Trener Dariusz Kaszowski bardzo mi pomógł. Najpierw muszę wspomnieć o tym, że nauczył mnie wiele rzeczy, które teraz ja staram się przekazać dzieciom, a później stawiać na nie. Miałem dużo możliwości, żeby uczyć się od lepszych bezpośrednio na parkiecie. Takie rzeczy są dla sportowca bardzo ważne. Zwłaszcza na początku kariery i ja właśnie dostałem taką szanse. Przy okazji, z tego miejsca serdecznie mu podziękuję za wszystko co osiągnąłem dzięki niemu oraz za obecną pomoc i współpracę.

Mając 14 lat, po raz pierwszy przyjąłeś barwy Sokoła. Jak do tego doszło? Można powiedzieć, że Trener Kaszowski widział w Tobie potencjał i talent, kiedy byłeś jeszcze chłopcem?

Jako młody chłopak próbowałem różnych sportów i mogę powiedzieć, że w każdym z nich mógłbym coś osiągnąć. Najbardziej po drodze było mi jednak z koszykówką i tę dyscyplinę sportu wybrałem. W podstawówce chodziłem do szkoły, w której nie uczył Trener Kaszowski, ale spotykaliśmy się w rozgrywkach międzyszkolnych. Przyszedł czas, kiedy namówił mnie na to, abym zasilił szeregi jego zespołu juniorów. Chwile później załapałem się do seniorów i tak stałem się „Sokołem”. Nie wiem czy to co widział we mnie trener to talent, czy to, że mogę ciężko pracować. Ale zobaczył i to jest najważniejsze (śmiech).

Kiedyś wspomniałeś, że za efektowny wsad dostawałeś pięciozłotową monetę. Czy to było Twoją motywacją? (śmiech).

Nie do końca to było w formie nagradzania, tylko mieliśmy taki układ, że kto pierwszy wykona poprawnie wsad, czyli bez błędu kroków, dostanie 5 zł. No i ja to wykonałem. Wielu z nas tego próbowało. Może nie było to moją motywacją, ale jest to jedno z takich wydarzeń, które się zapamiętuje na zawsze i wspomina z uśmiechem.

Jak rosła Twoja rola w zespole na przestrzeni lat?

Początki moich zmagań na parkietach seniorskich to przede wszystkim obrona. W tym, skromnie mówiąc byłem najlepszy (śmiech). Później dochodziło to, że od czasu do czasu wykonałem jakiś efektowny wsad. Wiadomo, jeżeli gracz rozwija się i ma większy wachlarz możliwości, to trener mu bardziej ufa i dzięki temu gra więcej. A im więcej gra, tym bardziej jest doświadczony i jego rola w zespole rośnie.

Wiele też mówiło się o Twoich wsadach, które swoje korzenie wypuściły już w podstawówce. Czy od zawsze miałeś w sobie tę skoczność?

Na to pytanie nie znam odpowiedzi. Jest wiele teori dlaczego tak skakałem. Pierwsza to taka, że może było to wrodzone i podparte treningiem. Druga to to, że jako młody chłopak bardzo dużo jeździłem na rowerze. Ale moja propozycja jest taka: to wszystko razem plus nauka i upór.

Dodam, że mogłeś zaprezentować ją między innymi podczas Meczu Gwiazd, w którym dwukrotnie wystąpiłeś. Jak wspominasz ten turniej?

Obydwa mecze wspominam bardzo dobrze. Ale jeden i drugi mecz to zupełnie inne momenty w mojej karierze. Wrocław to początki grania w I lidze, a Radom to czasy, kiedy grałem już w Stargardzie i byłem doświadczonym zawodnikiem. Było to zarówno w jednym jak i drugim przypadku ogromne wyróżnienie. Mecz Gwiazd – nigdy nie czułem się gwiazdą w swojej karierze.

Zatrzymajmy się przy Sokole. Skąd wziął się jego fenomen?

Sokół to nie tylko zespół w I lidze, to jest rodzina. Kto tu grał to się ze mną zgodzi, sama o tym wiesz. Tu każdy każdemu może powiedzieć o wszystkim. Panuje tutaj rewelacyjna atmosfera, która sprzyja dobrym wynikom samego zespołu. Cieszę się, że nadal jestem członkiem tej rodziny.

To prawda, sama poznałam tę magię. Trzeba przyznać, że takiego klimatu niektóre kluby mogą pozazdrościć. Tworzą go ludzie, a dodatkowo w tym mieście jest niezwykła energia. Tak było zawsze? Jaki jest sekret?

Sekretów się nie zdradza (śmiech). A tak na poważnie, to wydaje mi się, że tak było tutaj zawsze. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają sprzyja budowaniu fajnej atmosfery.

Nie omieszkam stwierdzić, że wiele trzeba zawdzięczyć wspomnianemu Trenerowi Kaszowskiemu, który od lat małymi kroczkami budował siłę Sokoła. Myślisz, że wkrótce do medalowego dorobku dołożą jeszcze złoto?

Oczywiście, że to On jest głową tego całego mechanizmu. On dobiera sobie ludzi w zespole. Złoty medal ucieszyłby nas wszystkich, zarówno zawodników, trenerów, działaczy, kibiców miasta Łańcuta. Po tylu latach grania w I lidze i walcząc co sezon o najwyższe cele, byłoby to zwieńczeniem tej całej ciężkiej pracy. Tego medalu z całego serca im życzę.

Od lat mówi się o finansach klubu. Tak naprawdę nikt nigdy wprost nie powiedział, że nie ma pieniędzy na ekstraklasę, ba! Pieniądze by się nawet znalazły. Może budżet jest mniejszy niż w innych klubach, ale kilka lat temu była już nawet w planach przebudowa hali, klub pozyskał nowego sponsora, jest też większe wsparcie miasta. W Twoim odczuciu, Łańcut jest gotowy na ekstraklasę?

Łańcut jest gotowy na ekstraklasę, ale czy Łańcut stać na to? Przepisy, które są wymagane przy przystąpieniu do ekstraklasy są zbyt wygórowane. Patrząc na I ligę, gdzie Sokół ma budżet o połowę mniejszy niż inne zespoły, sportowo walczy z pozostałymi jak równy z równym.

Łańcut ma prawie 18 tysięcy mieszkańców. Czy mogłaby powtórzyć się sytuacja z sąsiedniego Jarosławia? Czy to mogłoby mieć wpływ na rozwój i funkcjonowanie koszykówki w tak małym mieście?

W Łańcucie są mocno stojący na nogach ludzie. Nie wydaje mi się, żeby mogło do takiej sytuacji dojść. Na siłę pewnych rzeczy się nie robi, bo później kończy się jak w podanym przez Ciebie przykładzie.

Wracając do Twojej kariery, po sezonie 2007/2008, opuściłeś rodzinne strony i parafowałeś kontrakt ze Spójnią Stargard, w której spędziłeś kilka lat. Co skłoniło cię do takiej zmiany?

Zmiany czasami są potrzebne. Powodem głównie była wyższa oferta finansowa. Z perspektywy czasu uważam, że to była bardzo dobra decyzja. Koszykarsko stałem się jeszcze lepszym zawodnikiem, a i życiowo też miało same plusy. Wyjeżdżając z Łańcuta miałem już żonę i syna. Daleko od domu i rodziny staliśmy się bardziej odpowiedzialni i samodzielni. Z wszystkim musieliśmy sobie radzić sami i dawaliśmy sobie świetnie radę. To doświadczenie bardzo zbudowało i scaliło nas.

W roku 2015, powróciłeś jednak na Podkarpacie. Czy powrót wiązał się z planowanym nadchodzącym końcem Twojej kariery?

Zmiany jakie zachodziły podczas mojej kariery sportowej były podyktowane nie tylko patrząc na tę sportową stronę, tylko na całe moje życie. Rodzina była i jest najważniejsza, a decyzje były podejmowane właśnie z tą myślą. Tak samo było tym razem. Podejmując tę decyzję było wiele różnych powodów, by wrócić na Podkarpacie, ale na pewno nie myślałem wtedy o zakończeniu kariery.

Gdyby nie kontuzja, której doznałeś podczas meczu, nie zawiesiłbyś jeszcze butów na kołku?

Moja kontuzja z ostatniego meczu w Sokole i koniec kariery sportowej to dwie różne rzeczy. Decyzję o zakończeniu grania podjąłem już dużo wcześniej i poinformowałem o tym „Kaszę” już dobry miesiąc przed feralnym meczem. Nie taki był plan końca kariery, a kontuzja tylko postawiła kropkę nad „i”. Zawsze chciałem – myśląc o końcu kariery – zakończyć granie będąc podstawowym graczem, a nie odcinać tak zwane kupony. W ostatnim sezonie na meczach dawałem z siebie wszystko i uważam, że to był dobry sezon w moim wykonaniu. Może nie było tego widać na parkiecie, że coś jest nie tak, ale w domu wieczorami dolegliwości bólowe były momentami nie do wytrzymania. To był powód mojej decyzji.

Jeśli miałbyś wymienić najlepsze i najgorsze chwile w czasie Twojej kariery, to co pierwsze przychodzi Ci na myśl?

Wydaje mi się, że najgorsza to pierwsza poważna kontuzja, gdy czułem, że moja kariera rozwija się i idzie ku górze. Pamiętam ten dzień. W jednej chwili świat mi się zawalił. Nie wiedziałem co mam robić. Na szczęście miałem swoją rodzinę przy sobie, która stanęła na wysokości zadania i pomogła w 100%. Druga strona to to, że miałem ogromne szczęście spotkać ludzi, którzy pomogli mi wyjść z tej kontuzji i mobilizowali mnie do ciężkiej pracy. Najlepszych chwil było wiele i związanych z wynikami sportowymi, ale tez prywatnych związanych z koszykówką. Ciężko mi powiedzieć teraz, które były najlepsze.

Od zakończenia kariery, biernie oglądasz koszykówkę na łańcuckim Mosirze. Szczerze, czy jest to latwe? Nie masz momentami ochoty zejść z trybun, pobiec do szatni, przebrać się w strój i wbiec na boisko?

Tak, oglądam z trybun mecze Sokoła i nie jest to łatwe. Jak jest sezon przygotowawczy i trzeba litry potu wylać na stadionie, to cieszę się, że już nie muszę tego robić. Ale jak zaczyna się już sezon i regularne mecze oraz emocje z tym związane, jest mi strasznie szkoda. Faktycznie momentami chciałbym się przebrać, wybiec na parkiet i pomóc drużynie w trudnych chwilach, a czasami cieszyć się z nimi z efektownej wygranej, być częścią tego. Brakuje mi tej adrenaliny.

Jest jeszcze coś, co chciałbyś robić na koszykarskiej emeryturze? Czy na ten moment, chcesz w pełni poświecić się swojemu projektowi i szerzyć zainteresowanie koszykówką wśród dzieci?

Emerytura koszykarska wydawało by się, że to więcej czasu dla siebie i rodziny, bo nie ma treningów, wyjazdów na mecze. Nic bardziej mylnego. Czasu brakuje. Doba jest za krótka o jakieś 12 godzin. Szkółka „Wrzuć nudę do kosza” to priorytet i wiele czasu poświęcam temu zadaniu. Do tego pracuję dodatkowo i nie zapominajmy o rodzinie. Jesteśmy aktywnymi ludźmi. Razem z żoną lubimy jeździć na rowerach, dużo zwiedzać i bardzo byśmy chcieli, żeby nasze dzieci przejęły tę pasję po nas. Staramy się każdą wolną chwilę spędzać razem. Uprawiamy różne sporty na poziomie mocno amatorskim,  gramy w tenisa, jeździmy na rolkach, biegamy. Do tego w miarę możliwości staramy się pokazać Polskę i Europę dzieciom i sobie (śmiech).
Koszykówka była i będzie bardzo ważna w moim życiu, ponieważ jak się coś robiło przez 20 lat, to nie da się zapomnieć o tym tak po prostu. To już jest we krwi. Na ten moment chciałbym w Łańcucie przekazywać najmłodszym to czego się nauczyłem prze te lata. A później zobaczymy…