Tag: PLK

Zmiany w rodzimym League Pass, czyli emocje kibiców ograniczone

Już za tydzień Energa Basket Liga wraca na ligowe parkiety, ekrany telewizorów oraz monitory komputerów. Z pewnością ten fakt wywołuje sporo ekscytacji wśród kibiców, którzy z radością śledzić będą poczynania swoich ulubionych zespołów. No i tutaj pojawia się mały zgrzyt – niby niewielka zmiana, lecz odczuwalna, gdyż zmieni się sposób płatności w serwisie emocje.tv. I to znacząco się zmieni.

No cóż, Liga idzie z duchem czasu i chce nawiązywać do najlepszych i popularnych rozwiązań. Godne podziwu i aprobaty, jednak czy na każdym polu należy dokonywać małych rewolucji? Czy dotychczasowe rozwiązania, związane z transmisjami meczów w Internecie były aż takie złe? Pod pewnymi względami – być może. Ciężko bowiem ocenić jakie są koszty pojedynczej transmisji i ile osób musiało wykupić do niej dostęp za legendarne już 4,90. Należy jednak ocenić na ile jest to sprawa kibiców, a na ile sprawa Ligi. Obecne zmiany  wycofują możliwość wykupienia pojedynczego meczu oraz pakietu klubowego, w których miejsce pojawia się miesięczna lub tygodniowa subskrypcja w cenach 40 i 18 złotych, dająca możliwość oglądania nieograniczonej ilości spotkań w tym czasie. Biorąc pod uwagę wprowadzenie zróżnicowania w godzinach rozpoczęcia gier, i tym samym możliwość zobaczenia ich większej ilości w ciągu dnia – koncepcja jest niezła. Jednak jak na polskie realia – w mojej opinii – mocno na wyrost.

Po pierwsze ciężko ocenić ilu mamy kibiców, którzy zagorzale śledzą poczynania wszystkich ligowych potyczek – oczywiście taka grupa się znajdzie, ale prawdopodobnie nie będzie ona liczona nawet w setkach. Zdecydowanie więcej fanów chętnie oglądała zespół, któremu kibicuje i z którym się utożsamia – stąd rozwiązanie pod tytułem „pakiet klubowy” wydawało się sensowne, choć tutaj też brak danych w jakim wymiarze się sprzedało. Po trzecie cena 4,90 zł. za pojedynczy mecz była bardzo sensowna i porównywalna z cennikiem ipla.tv, która oferuje transmisje realizowane na dużo wyższym poziomie. Myślę, że ta najprostsza opcja sprzedawała się najlepiej – kibic mógł w danej kolejce zobaczyć mecz swojej ekipy, załapać się na transmisję w Polsacie i jeszcze wybrać coś ekstra, jeżeli oczywiście dzieje się jeszcze coś w jego opinii ciekawego, kupując jeszcze jeden dostęp w serwisie bez żadnych zobowiązań. Bo to przecież tylko i wyłącznie wola kibica decyduje o tym, co będzie chciał obejrzeć – nikogo innego.

Natomiast subskrypcja to pewnego rodzaju narzucanie kibicowi zobowiązania, bo skoro ma zapłacić 18 złotych za tydzień, czyli w teorii jedną kolejkę (!), to nie będzie przecież wybierał tylko jednego meczu – albo obejrzy trzy lub cztery, albo sobie odpuści oglądanie tego jednego za kwotę większą, niż koszt biletu wstępu na większość ligowych hal w Polsce. W skali miesiąca jest nieco lepiej, natomiast w kontekście dotychczas obowiązującej stawki (4,90) zobaczyć należy minimum 9 spotkań, by ta inwestycja się opłacała. To przynajmniej dwa w każdy weekend plus jeszcze jeden. I tutaj również pojawia się wątpliwość, gdyż drużyna, której kibicujemy zagra w ciągu jednego miesiąca przynajmniej dwa razy u siebie, czyli tych meczów w internecie oglądać nie musimy i jako dobrzy fani zasiądziemy na trybunach. Tym samym w teorii obejrzeć możemy jeszcze dwa mecze drużyn, którym kibicujemy trochę mniej. I nie mówię tutaj o wybieraniu hitów, ponieważ te mają być przecież transmitowane w Polsacie w soboty i niedziele. Tym samym nasze ligowe menu zaczyna się solidnie kurczyć, a i czasu na obejrzenie tego wszystkiego może zabraknąć. Nie wspominając o tym, że subskrypcja odnawia się automatycznie, tym samym gdy jednak nie będziemy zadowoleni z usługi, to musimy pamiętać, by się z niej wycofać zanim emocje.tv zafundują nam kolejny miesiąc z ligowymi zmaganiami.

W kontekście powyższej oferty małe porównanie popularnych serwisów, które świadczą usługi w zakresie subskrypcji:
Showmax – 19,90 złotych miesięcznie, które poprzedza 14-dniowy, darmowy okres próbny
Netflix – 52 złote w pakiecie Premium
NBA League Pass – 64,99 zł./469,99 złotych za sezon w najwyższym (i jedynym porównywalnym w kontekście oferty) pakiecie „Every team, every game”
Basketball Champions League – 6,99 Euro/miesięcznie (kwalifikacje za darmo w serwisie YouTube)
Turnieje FIBA 3×3 (w tym rangi Masters) – za darmo w serwisie YouTube

Wiadomo, że koszykówki dotyczą trzy ostatnie, jednak należy zwrócić uwagę, że jakość realizacji w tych wszystkich opcjach jest absolutnie profesjonalna. Ponadto League Pass otwiera nam mnóstwo dodatkowych opcji  i różnych atrakcji, natomiast jedyną wartością dodaną transmisji na Emocje.tv ma być komentarz. Więc tym samym jeżeli pełny koszt zobaczenia sezonu NBA wynosi 469,99 złotych, a Polskiej Ligi Koszykówki 320 złotych, to zostawiam Was samych z tą decyzją i trzymam kciuki za wybór, który będzie Was satysfakcjonował.

Na zakończenie moich wywodów kilka gorzkich słów – w NBA, do której nieco chce się upodobnić nasza Liga pod względem transmisji internetowych zyski z praw telewizyjnych są dzielone pomiędzy kluby, natomiast koszty League Pass są dla przeciętnego Amerykanina raczej symboliczne i nijak mają się do cen biletów wstępu na mecze. Oczywiście skala popularności, zasięgu i wartości medialnej jest nieporównywalna, jednak w kontekście tej sytuacji pojawia się niezaprzeczalny fakt – Energa Basket Liga to jedyne profesjonalne rozgrywki w Polsce, w których Liga nie dzieli się z klubami zyskami z transmisji, mimo, że to przecież wizerunek klubów i ich zawodników jest w nich wykorzystywany. Tym samym po raz kolejny kibice żeby coś zobaczyć – płacą za siebie. A to, że transmisje mogły się do tej pory nie sprzedawać to nie jest sprawa ani klubów ani kibiców, tylko ligi i dostawcy usługi, którego sobie wybrała. Jeżeli budżet się nie domykał, to można było do niego dołożyć parę złotych więcej – nie dla siebie, nie dla dostawcy, nie dla klubów – dla kibiców.

Ludzie Basketu #6- Robert Kościuk

Były polski koszykarz i reprezentant kraju, czterokrotny mistrz Polski w barwach Śląska Wrocław. Ponad to, zawodnik klubów takich jak: Anwil Włocławek, Komfort Forbo Stargard Szczeciński, Czarni Słupsk, Noteć Inowrocław, czy szwedzkiego Atomics BBK Oskarshamn. Obecnie trener drugoligowego UKS Gimbasket Wrocław oraz założyciel szkoły podstawowej i liceum sportowego pod tą samą nazwą.

Dość długo zabieraliśmy się za tę rozmowę. W końcu udało się nam porozmawiać, a z ponad 1,5 godzinnej rozmowy przygotowałam materiał. Tematem przewodnim jest czas,  nie tak odległy, jakby się mogło wydawać, ale jednak inny niż jest znany większości z nas, bowiem nie każdy mógł wychować się właśnie na tej koszykówce.
Mój dzisiejszy rozmówca umożliwi nam powrót do przeszłości i poznania bliżej koszykówki lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i początku XXI wieku. O wrocławskiej koszykówce, „złotej dekadzie” i Eurobaskecie. Panie i Panowie, Robert Kościuk!

Pamela Wrona: Pytanie często zadawane, ale bez niego by się chyba nie obyło. Jak to się zaczęło? Skąd u Pana pojawiło się zainteresowanie koszykówką?

Robert Kościuk: Pytasz mnie co było 40 lat temu? (śmiech). Trochę czasu upłynęło od tamtej chwili, ale zacznę od tego, że przede wszystkim to był jeden, wielki przypadek. Ogólnie byłem bardzo aktywnym dzieckiem. Najpierw trenowałem pływanie, ale ze względów zdrowotnych musiałem zrezygnować z treningów. Z koszykówką nie miałem wcześniej styczności, ale namówił mnie na nią mój brat. Zacząłem chodzić na tak zwane SKS organizowane w Szkole Podstawowej numer 29 przy ulicy Kuźniczej we Wrocławiu. Początkowo chodziłem na treningi dwa razy w tygodniu, następnie z dwóch zrobiły się trzy, a moja więź z koszykówką stawała się coraz silniejsza. Okazało się, że szkoła, w której trenowałem współpracowała z Gwardią Wrocław, której zresztą jestem wychowankiem.

Jak wyglądały początki Pana sportowej kariery?

Same zajęcia SKS-ów to była w głównej mierze zabawa, dużo gry, młodzi chłopacy z podobnego rocznika, którzy chcieli uczęszczać na te treningi, trochę się pobawić i jednocześnie czegoś nauczyć. W moim przypadku z roku na rok wyglądało to coraz lepiej. Co więcej, przy współpracy z Gwardią, zaczęto organizować ligę międzyszkolną, trenerzy utworzyli grupy podzielone na kategorie wiekowe, w których mogliśmy grać. 

Przypuszczał Pan wtedy, że będzie grał na tak wysokim  poziomie?

Prawdę mówiąc, chodząc na zwykłe SKS-y, nigdy nie przypuszczałem, że wszystko się tak potoczy. Chodziłem na treningi z wielką chęcią, bardzo to lubiłem, natomiast nie pomyślałbym wtedy, że będzie to coś na tyle poważnego, że będę trenował koszykówkę przez wiele lat.  Natknąłem się na pewnego trenera, który powiedział mi, że jestem za niski i na zawodową koszykówkę się nie nadaje, powinienem sobie odpuścić. To mnie wcale nie zniechęciło. Mało tego, dało mi to dodatkową siłę i motywację do tego, aby ciężej pracować. Uważam, że bardzo dużo dobrego dla nas, jako małych graczy, zrobiło pokazywanie NBA w polskiej telewizji. W najlepszej lidze świata występowali gracze, którzy byli jeszcze niższi ode mnie i udowodnili wielu trenerom, nie tylko w Europie, ale i na świecie, że mali gracze też mogą i potrafią grać w profesjonalną koszykówkę. Po części mogę dziękować, że w takim dobrym momencie dla mnie i moich kolegów z boiska NBA pojawiło się w naszych odbiornikach, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć nie tylko wysokich, dobrze wysportowanych zawodników, ale także tych niskich, którzy byli świetnie wyszkoleni technicznie. Przecież jeden z najniższy graczy w historii NBA, Spudd Webb (1,68 cm) był zawodnikiem, który wygrał konkurs wsadów podczas Meczu Gwiazd. 

Tak naprawdę wzrost jest nieadekwatny do umiejętności, co zresztą Pan sam potwierdził.

Oczywiście, że tak!

Wobec tego, czy w latach osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych było zdecydowanie trudniej zaistnieć w świecie koszykarskim?

W tamtym okresie byli sami Polscy trenerzy, którzy inwestowali w młodych graczy. Jeżeli któryś z nich wyróżniał się i pokazywał swoje umiejętności podczas różnego rodzaju meczów i spotkań, trenerzy, którzy przychodzili na takie rozgrywki bardzo się nimi interesowali, zapraszali na treningi i ewentualnie dawali szansę gry w swoim zespole. Stąd bardzo wielu moich kolegów w młodym wieku zadebiutowało właśnie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wtedy to była pierwsza liga, czyli obecna ekstraklasa.   

O charakterze z innej epoki

Abstrahując, w ekstraklasie zadebiutował Pan mając 16 lat, podobnie jak Maciej Zieliński (17 lat), co teraz jest dość rzadkim zjawiskiem. Z czego to wynika? Zawodnicy mieli postawioną wyżej poprzeczkę? Można mówić o innej mentalności, większym talencie i zaangażowaniu? 

Po pierwsze, myślę, że mieliśmy umiejętności. Po drugie, mieliśmy dużo takiego silnego charakteru, który pozwalał nam jeszcze myśleć o tym, żeby rywalizować ze starszymi kolegami. Natomiast uważam, bazując na moim przypadku, że miałem to szczęście, że akurat w klubie, w którym trenowałem, byli trenerzy, którzy stawiali na młodych graczy i przede wszystkim nie bali się w nich inwestować i dawać im szansy. To zadecydowało o tym, że zadebiutowałem w tak młodym wieku. Faktem jest, że nikt za darmo mi nic nie dał. Musiałem walczyć o pozycję, o zaufanie. Musiałem udowadniać na każdym treningu, że zasłużyłem sobie na ten kredyt zaufania, którym obdarzył mnie szkoleniowiec, Pan Andrzej Zubrzycki. 

Praktycznie większość zawodników przechodziło przez etap „grzania ławy” w swojej karierze. Często zdarza się, że trener decyduje się na bardziej doświadczonych i ogranych graczy, pozbawiając tych młodych szansy na rozwój. Czy można mówić o strachu przed ryzykiem, a wyniki mogą być stawiane ponad rozwój młodego pokolenia?

Powiem tak. Gracze doświadczeni byli zawsze, ale też zawsze znalazło się miejsce dla tych młodych. Dla trenera prowadzącego pierwszy zespół najważniejsze jest to, aby osiągnąć jak najlepszy wynik, szczególnie w sytuacji kiedy jego zespoł, czy skład tego zespołu jest dobry. Cele jakie są stawiane przed trenerem, one jakby później decydują o tym, czy trener da młodemu zawodnikowi możliwość grania większej ilości minut, czy nie. Jednakże wiadomo, że sama ilość minut, dawanie grania młodemu zawodnikowi zależy od danej sytuacji na boisku. To ile ich dostanie i w jakim momencie, to wszystko uzależnione jest przede wszystkim od trenera. Byli tacy, którzy nie bali się ryzyka, dawali szansę na grę. Oczywiście, jeśli taki gracz ją wykorzystywał, miał możliwość, aby zaistnieć. Nic nie przychodziło od razu, musieliśmy płacić tak zwane „frycowe”. To nie jest tak, że młody gracz wchodzi do zespołu i od razu jest postacią, która będzie decydowała o wyniku, czy będzie stanowiła o sile daneg zespołu. Proces szkolenia nie jest łatwy. Należy pamiętać o tym, że każdy z nas jest inny. Jednemu coś przychodzi łatwiej, drugiemu trudniej, natomiast w pracy trenera potrzebna jest cierpliwość do danego gracza i na odwrót. Gracz musi oswoić się z tym, że wszystko przychodzi z czasem. 

Bądźmy szczerzy- może po prostu problem również tkwi w tym, że takich zawodników z prawdziwego zdarzenia, „europejskiego formatu” już prawie nie ma?

A czy wtedy byli gracze na europejskim poziomie? Nie wiem czy ktokolwiek mógłby powiedzieć, że mógłbym być graczem na miarę Europy, mimo, że zaczynając swoją przygodę byłem powoływany do pierwszej drużyny klubu. Prawdą jest, że grałem w różnych reprezentacjach młodzieżowych do lat 16, 18, czy 20. Myślę, że byłem takim graczem, który w jakimś stopniu się wyróżniał, ale czy można było wtedy stwierdzić, że zrobię karierę międzynarodową, tego nie wiem… Natomiast, najważniejsze było to żeby doprowadzić takiego młodego gracza jak ja, do takiego poziomu, który pozwoli dostać się do pierwszej reprezentacji. Mnie i wielu moim kolegom to się udało i graliśmy w niej przez wiele, wiele lat.

Nawiązując do tego określenia. Ostatnio widziałam ciekawe  spostrzeżenie na Twitterze: „Z własnych obserwacji, rozgrywający europejskiego formatu rodzi się w Polsce raz na 15 lat: Robert Kościuk (1969), Łukasz Koszarek (1984), Łukasz Kolenda (1999) (…)”

Miło mi słyszeć, że w ogóle ktoś zakwalifikował mnie do takiej kategorii. Opinie na temat rozgrywających są naprawdę różne. Tym bardziej cieszę się, że w momencie, w którym od dawna moje buty wiszą na kołku,  ktoś w pewnym sensie mnie docenia i zaliczył do graczy „europejskiego formatu”.

Facebook Maciek Kościuk

Załóżmy, że budzi się Pan dziś rano i znowu ma te 16 lat. Czy w teraźniejszości, mógłby zrobić Pan taką samą karierę jak kiedyś?

Czy zrobiłbym karierę? Tego nie wiem. Pewne jest to, że zrobiłbym wszystko żeby jak najszybciej wyjechać za granicę i dostać się do takiego klubu, który miałby bardzo dobry program szkolenia młodzieży, w którym mógłbym się rozwijać, miałbym perspektywy grania na lepszym, europejskim, a może i światowym poziomie.

To jest to, co zrobiłby Pan inaczej?

Zgadza się. Zawsze moim marzeniem było to, aby wyjechać za granice i tam się rozwijać. Były czasy jakie były, nie było zbyt wiele możliwości, aby ot tak opuścić kraj i grać w dobrym klubie. Pod koniec lat 90-tych zmieniły się trochę przepisy. Miałem nawet bardzo konkretną propozycję z FC Porto, grającą w Eurolidze, ale ostatecznie kontraktu nie podpisałem ze względu na przepis Bosmana. Charakter, zapał i podejście do sportu miałem zawsze. Pracy się nie bałem. Myślę, że miałbym ogromne szanse żeby zrobić nawet coś więcej niż zrobiłem dotychczas. Na pewno pracowałbym ciężej.

Mimo tego, stawiając Pana przed wyborem: koszykówka kiedyś, a koszykówka dziś. Jaki byłby wybór?

Piłka nożna (śmiech). Tak na poważnie, w dzisiejszej koszykówce czułbym się bardzo dobrze. Zawsze lubiłem grę bardzo szybką, finezyjną, fajną dla oka, atrakcyjną pod wieloma względami dla kibica, opartą na umiejętnościach indywidualnych. Dzisiaj na pewno miałbym więcej możliwości. Taka koszykówka zawsze mi imponowała. Myślę, że bez problemu odnalazłbym się teraz na boisku. Taką koszykówkę, jaką w tej chwili mamy, wolałbym zdecydowanie od tej za moich czasów.

Jak według Pana zmieniała się na przestrzeni lat i jakie można dostrzec różnice?

Przede wszystkim, nie tylko w Polsce, ale i za granicą, ogromną rolę odgrywa przygotowanie fizyczne i  siłowe. Prawdą jest, że zawodnicy są lepiej zbudowani, muskularni, silni, wybiegani i sprawni. Wiele lat temu mogliśmy to zaobserwować szczególnie u zawodników zza oceanu. Kiedyś większą uwagę poświęcało się taktyce. Obecna koszykówka to umiejętności indywidualne, gra jeden na jeden, rozgrywanie akcji dwójkowych lub trójkowych, czytanie gry i wykorzystywanie słabych punktów obrony. Poza tym, teraz wszyscy lub prawie wszyscy gracze rzucają za 3 punkty włącznie z wysokimi. W koszykówce trzeba mieć takie cechy. Istotną rolę ma też głowa. Często gracze, którzy potrafią wiele, mają ogromne zdolności i predyspozycje, nie mają tak zwanej silnej głowy do grania. A wiadomo, że koszykówka to gra z wieloma różnymi rozwiązaniami i do tego potrzebne są umiejętności przyswajania informacji i jednocześnie przerzucenia ich na boisko.

Którego szkoleniowca z którym Pan współpracował wspomina najlepiej?

W całej swojej karierze miałem wielu bardzo dobrych trenerów. Mało tego, nauczyłem się wyciągać od każdego z nich to, co jest najlepsze i najważniejsze. Oczywiście, wszystkim mogę wiele zawdzięczyć. Pan trener Krzysztof Walonis był moim pierwszym. On jako pierwszy dał mi też szanse gry w tak młodym wieku, i to w finale Mistrzostw Polski w pierwszej piątce. Miałem wtedy 17 lat. O takich rzeczach pamięta się do końca życia. Kolejny trener, Pan Adam Chłopek, z którym spędziłem wiele czasu nie tylko na treningach i meczach, ale również poza, albowiem był On moim nauczycielem wychowania fizycznego. Mieliśmy fajną, zgraną ekipę, co zaowocowało później Mistrzostwem Polski na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Prudniku rocznika U16. Pan Andrzej Zubrzycki, pierwszy, który pozwolił mi zadebiutować w ekstraklasie, czyli w obecnej PLK. Nie bał się dawać mi szansy oraz minut. Grałem w lidze od 1985 roku, więc tych trenerów trochę miałem. Wiele zawdzięczam tym z Śląska Wrocław, Panom Mieczysławowi Łopatce i Rafałowi Kalwasińskiemu, z którymi zdobyłem pierwsze i drugie Mistrzostwo Polski. Współpracowałem również z Panem Aleksandrowiczem w Komforcie Forbo Stargard Szczeciński i w reprezentacji Polski. Do tego grona zaliczę jeszcze Pana Tadeusza Hucińskiego, a także trenerów zagranicznych Andreja Urlepa,z którym do dnia dzisiejszego mam bardzo dobry kontakt oraz Muli Katzurin. Ponad to, przez 10 lat pracowałem indywidualnie nad moim przygotowaniem fizycznym z trenerem lekkoatletyki Panem Jerzym Maciantowiczem z AWF we Wrocławiu. Naprawdę miałem się od kogo uczyć. Każdy z nich miał wpływ na moją karierę, na moje umiejętności i wyszkolenie, dzięki czemu mogłem odnosić sukcesy i było mi dane grać na najwyższym poziomie.

Czy są jakieś rady oraz metody, które stara się Pan stosować i powielać w swoim kunszcie trenerskim?

Zabrzmi to śmiesznie, ale wiele rzeczy, które robię w tej chwili z dziećmi i młodzieżą oraz z zawodnikami mojego drugoligowego zespołu, nie były wcześniej przeze mnie praktykowane. Teraz jako trener, mimo wielu lat spędzonych na parkiecie ciągle się rozwijam, szkolę jeżdżąc co roku na kliniki lub konferencje dla trenerów koszykówki. Swego czasu, jeździłem też na obozy koszykarskie w Serbii, byłem na stażu w Słowenii i tam mogłem podglądać jak wygląda szkolenie przyszłych gwiazd światowego basketu. Gdybym ja robił te rzeczy na treningach, co robię w tej chwili ze swoimi zawodnikami, gdybym szybciej trafił na trenerów, na których trafiłem dosyć późno, bo albo przed trzydziestką, albo po trzydziestce, to byłbym dużo lepszym graczem.

Cała Polska w cieniu Śląska

Wróćmy jednak do czasów świetności. Sezon 1997/1998. Na ławce trenerskiej Andrej Urlep, na boisku między innymi Pan, Maciej Zieliński, Jarosław Zyskowski, śp.Adam Wójcik, Jarosław Krysiewicz, Jacek Krzykała czy Mirosław Łopatka. Jak Pan wspomina te czasy?

Wspomnę, że w Śląsku Wrocław grałem trzykrotnie. Moja przygoda zaczęła się w 92 roku i to były sezony, o których trudno zapomnieć. Tam zdobyłem swoje pierwsze Mistrzostwo Polski, mieliśmy bardzo dobry zespół i dzięki temu spore sukcesy. Nie były one na arenie międzynarodowej, jednakże te, które osiągnęliśmy za czasów trenera Urlepa, czy Katzurina, były dla nas niezwykle ważne. Bardzo szanuję to, co mam w swoim dorobku- to mi dało dużo radości i potwierdziło, że zacząłem osiągać taki poziom sportowy, który pozwalał mi zdobywać sukcesy w tej dyscyplinie, aczkolwiek z biegiem czasu te wyzwania stawały się większe. Grałem z zawodnikami, którzy byli znani nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Tworzyliśmy naprawdę zgrany i fajny team, o którym ludzie pamiętają do dziś. Te czasy były wyjątkowe, nie tylko ze względu na osiagnięcia i tytuły, ale w głównej mierze przez atmosferę panującą na meczach koszykówki we Wrockawiu. Pełna Hala Ludowa, setki kibiców, nawet przed halą, niepowtarzalny doping i zwycięstwa w Superlidze i Eurolidze, możliwość rywalizacji z najlepszymi w Europie. Każdy z tych sezonów był pełen satysfakcji i zadowolenia, że robi się coś, co przynosi efekty. 

Śląsk Wrocław ma bardzo bogatą koszykarską historię. Mało który klub może pochwalić się zarówno takimi sukcesami, jak i zawodnikami, którzy zapisali w historii polskiego basketu. Co takiego sprawiało, że Śląsk wyznaczał koszykarskie trendy?

Trzeba pamiętać o tym, że to nie my tworzyliśmy historię koszykarskiego Śląska, ale też nasi koledzy, którzy w latach 80-tych i wcześniej osiągali sukcesy i mogli pochwalić się tytułem Mistrza Polski. My byliśmy jakby kolejnym pokoleniem, dostaliśmy od nich pałeczkę. Koszykówka we Wrocławiu była zawsze bardzo popularna, nie istniał wtedy tylko jeden klub. Były dwa kluby, które szkoliły młodzież, która mogła później zasilać pierwszy zespół w lidze. Przez wiele lat te kluby bazowały na swoich wychowankach, a dodając do tego jeszcze dobrych graczy zagranicznych, skutkowało to tym, że Polscy gracze w pewnym sensie ich naśladowali, lepiej się rozwijali u boku tych zawodników. Wrocław naprawdę żył koszykówką. Celem Śląska zawsze było zdobywanie najlepszego tytułu, granie w Europejskich Pucharach. Wtedy był Puchar Europy, a dopiero później Euroliga i Superliga, bądź co bądź, robiło się wszystko, aby ściągać jak najlepszych graczy, aby było jak najlepsze szkolenie, był większy poziom. Warto dodać, że przez sam Śląsk Wrocław przewinęło się wielu reprezentantów różnych krajów: Rosja, Litwa, Łotwa, Estonia- przede wszystkim cały blok wschodni. To też pokazuje, że ten klub był silny nie tylko w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej.  

W roku 1996 odbył się Mecz Gwiazd Polskiej Ligi Koszykówki. Chyba każdy znający się na koszykówce słyszał o słynnym wsadzie Roberta Kościuka, z małą pomocą Jarosława Zyskowskiego, który Pana podsadził. Nigdy przedtem nie można było zobaczyć Pana „pakującego” piłkę do kosza!

Ta sytuacja była podczas pierwszego Meczu Gwiazd (Północ-Południe) w Lublinie. Ponieważ grałem z wieloma kolegami w drużynie, z którymi mieliśmy na tyle dobry kontakt, że chcieliśmy nieco urozmaicić wieczór. Sam mecz w ogóle był bardzo dobry pod względęm poziomu dla kibiców. W trakcie spotkania wymyśliliśmy sobie, że Jarek Zyskowski mnie podsadzi,  przeciwnik nie będzie nam przeszkadzał, a ja wykonam wsad. Faktycznie tak się stało. Dla niektórych graczy było to dużym zaskoczeniem. Można powiedzieć, że była to w pewnym sensie gratka dla kibiców, bo byłem jednych z najniższych zawodników, a cała sytuacja wyszła po naszej myśli. Był aplauz na trybunach, była wrzawa, wszyscy byli zadowoleni, bo zobaczyli po prostu coś innego. Tak jak mówisz, człowiek poniekąd gdzieś tam zapisał się w historii, a takie chwile będzie pamiętało się do końca życia. Cieszę się, że taka sytuacja była, i to z moim udziałem.

W 1995 roku do historii przeszedł tak zwany „bunt w Śląsku”. Pięciu podstawowych zawodników, w tym Pan, zbuntowało się przeciwko trenerowi Arkadiuszowi Konieckiemu. To wydarzenie okrzyknięto końcem PRL-u w polskim sporcie. Jak ta sytuacja odbiła się na Pana dalszej karierze oraz na relacjach z kolegami z drużyny?

Nasze relacje się nie zmieniły. Myślę, że w Śląsku w tamtym okresie tworzyliśmy naprawdę super grupę. Nawet dziś, mimo, że każdy z nas ma swoje życie, swoje zajęcia, jeśli tylko możemy to się spotykamy i cały czas pozostajemy w kontakcie. Tamta sytuacja na pewno nie spowodowała, że straciliśmy kontakt i między nami były jakieś nieporozumienia. Wracając do tematu. Trenerzy zawsze byli zwalniani za brak wyniku, za brak progresu, czasami nawet za złą atmosferę. W większości przypadków konsekwencje ponosili przede wszystkim oni. Dlatego, że działaczom klubu łatwiej było zwolnić jedną osobę, niż pięciu czy dziesięciu graczy. My nie chcieliśmy, aby trener został zwolniony i mówię o tym jasno i otwarcie. My dążyliśmy do tego, aby pewne rzeczy usprawnić i zmienić, szukaliśmy nici porozumienia, nie  szukając jej tyko i wyłącznie z trenerem, ale również z przedstawicielami klubu. Niestety nie doszło do wspólnego spotkania. Grono osób interesujących się koszykówką, szczególnie na początku lat 90, wie, że zostały rozwiązane kontrakty, pięciu zawodników odeszło, każdy poszedł swoją drogą. Byliśmy na takim poziomie sportowym, że inne kluby interesowały się nami, ale niestety w rezultacie wszyscy musieliśmy wyjechać z Wrocławia i reprezentować barwy innych klubów.
Co do pozostałych konsekwencji, ja ucierpiałem chyba najbardziej. Wiele osób uważało, że to ja byłem głównym prowodyrem całej tej sytuacji, ale po wielu latach mogę powiedzieć, że to nie prawda. Po prostu byłem zdania, że drużyna to drużyna, ze względu na wszystko. Jeżeli gdzieś w trakcie rozmów podejmuje się jakieś decyzje, ktoś coś proponuje i wspólnie rozważamy wszelkiego rodzaju konswekwencje, czy sposób w jaki chcielibyśmy dany problem rozwiązać, chcąc tworzyć zespół, należy razem i wspólnie dążyć do tego, aby po prostu było lepiej. Chcieliśmy nadal odnosić sukcesy, rozwijać się, być najlepszymi w Polsce i nie tylko, dlatego to co się stało, o tym należało mówić. Skutek niestety był inny niż zamierzony, a tak jak już wspomniałem, wina spadła na mnie. Byłem wtedy kapitanem reprezentacji Polski. Po tej sytuaci kapitana od razu zmieniono. Tamta sytuacja miała bardzo duży wpływ na przebieg mojej dalszej kariery. Może potoczyłaby się inaczej i kto wie, może udałoby mi się spełnić moje największe marzenia, czyli grać w dobrym europejskim klubie.

Czy patrząc wstecz, to była dobra decyzja?

Mieliśmy bardzo dużo racji. Nasze argumenty były uzasadnione, nie były wyssane z palca. Były one na tyle poważne, że powinno się nad nimi zastanowić i poszukać rozwiązania dobrego dla drużyny i dla klubu. Gdybym miał wtedy głowę, którą mam dzisiaj, to na pewno nie zrobiłym tego. Uważam, że każdy z nas, zawodników, miał własny kontrakt, własne zobowiązania i każdy powinien sam decydować o sobie. Z jednej strony pokazaliśmy właśnie w 95 roku, że jesteśmy grupą, o którą potrafimy walczyć, ale efekt tamtej sytuacji pokazał, że każdy z nas poniósł po prostu inne konsekwencje. 

Po upływie tylu lat, można nazwać to odwagą? Taka sytuacja już nigdy więcej nie miała miejsca, a jak wiadomo, nie wszystkie kluby są wypłacane czy wywiązują się z umowy.

Wtedy zupełnie nie chodziło o pieniądze. Klub byl wtedy bardzo dobrze zorganizowany i wszystko było na czas. Problemem były nieporozumienia na lini trener-zawodnicy. Trener na pewno też chciał dobrze, ale nie zawsze da się coś zrobić tym największym kosztem, czyli zdrowiem. Rozchodziło się o zdrowie, o nic więcej. Taka sytuacja zaistniała i myślę, że teraz może i podjąłbym taką decyzję, ale indywidualnie, a nie w grupie.

Eurobasket, czyli o niewykorzystanej szansy 

W 1997 roku, Polska pierwszy raz wzięła udział w EuroBaskecie w Hiszpanii, gdzie zajęła historyczne siódme miejsce. Niestety, nie udało się wygrać w ćwierćfinale z Grecją. Czego wtedy zabrakło? Co zadecydowało o takim wyniku?

Przede wszystkim byliśmy naprawdę na fali wznoszącej. Mecze grupowe może nie były najlepsze w naszym wykonaniu, ale cel, nasze minimum został osiągnięty. Wygraliśmy z Łotyszami, dostając się do kolejnej fazy rozgrywek. Ciężko powiedzieć, czy to kwestia tego, że nasza forma z meczu na mecz rosła, czy poczuliśmy, że coś już osiągnęliśmy, dlatego podeszliśmy do tego bez dodatkowych obciążeń. W każdym razie, w kolejnych spotkaniach podejmowaliśmy wyżej notowane drużyny- Niemcy oraz Chorwację, i wygraliśmy oba mecze. To nam dodało dodatkowych skrzydeł, które naprawdę pozwoliły nam rywalizować z Grekami jak równy z równym. Przez znaczną część meczu byliśmy tą stroną wiodącą. Teraz pytanie, po tylu latach, co faktycznie zadecydowało o takim wyniku? Myślę, że wiele czynników wpłynęło na taki wynik końcowy, w rezultacie pozbawiając nas awansu do najlepszej czwórki. Na dobrą sprawę, zwycięstwo to dawało po pierwsze walkę o medale Mistrzostw Europy, a po drugie bezpośredni awans na Mistrzostwa Świata. Ja tych dwóch rzeczy żałuję najbardziej. Nie wykorzystaliśmy naszej dobrej gry, którą pokazaliśmy przez bodajże 30 minut. Kilka decyzji trenerskich moim zdanjem było nietrafionych, być może można było podjąć trochę inne. Należało wykorzystać większą ilość graczy w tym meczu, bo wiadomo, że zmęczenie z meczu na mecz narastało. Kto wie, gdybyśmy grali tym szerszym składem i bardziej rotowali, może udałoby się nam wyjść z tego zwycięsko. Postawiliśmy im bardzo twarde warunki, Grecja była silnym przeciwnikiem, co by nie powiedzieć, przecież  Ci co widzieli i czytali sprawozdania, wiedzą, że brakowało nam niewiele. W tych ważnych, znaczących momentach Grecy pokazali swoją wyższość, ogranie i doświadczenie na arenie międzynarodowej. Nam tego zabrakło. Może w jakimś stopniu trochę nas to przerosło i przestraszyliśmy się tego, że wygrywamy z jednym z  faworytów mistrzostw, co nas zdekoncentrowało. Niestety, ostatnie 10 minut przegraliśmy różnicą aż 22 punktów.

Podobno w szatni powiedział Pan: „Przecież mogliśmy wygrać tu i teraz. A co, jeśli nie będzie kolejnych okazji?”. Minęło 20 lat, a nikomu nie udało się poprawić Waszego wyniku…

Mimo młodego wieku, bo miałem wtedy 28 lat, byłem w takim momencie w swoim życiu, że wiele przeszedłem, ale też wiele było przede mną. Uważam, że takie okazje trzeba wykorzystywać i nie myśleć o tym co będzie później. Sytuacja może się zmienić i niestety, wykrakałem to. Dwa lata później nie przeszliśmy eliminacji do Mistrzostw Europy, gdzie wydawało się, że grupa eliminacyjna jest spokojnie do wygrania, ale w rezultacie tej grupy nie wygraliśmy. To co powiedziałem się sprawdziło, natomiast ja po tamtych Mistrzostwach czułem bardzo duży niedosyt, to była niewykorzystana szansa, a takie szanse trzeba po prostu brać. 

Jaki może być powód tego, że nie udało się poprawić tego wyniku?

Nie wiem, może za bardzo uwierzyliśmy w siebie i zbyt szybko poczuliśmy się mistrzem świata? Prawdą jest, że byliśmy wysoko notowani, biorąc pod uwagę ostatnie ME, czyli te mistrzostwa z 1997 roku. Może wydawało się nam, ogólnie jako kadrze, zawodnikom, trenerom, że grając przeciwko Węgrom, Macedonii, Czechom, wszyscy się przed nami położą.  Rzeczywistość okazała się wręcz okrutna, bo eliminacje zaczęliśmy od porażki z Węgrami na własnym parkiecie w Tarnowie. Pare dni później znowu dostaliśmy srogie lanie. Macedończykom rzuciłem 41 punktów, ale niczego to nie zmieniło, także te pierwsze dwa mecze pokazały, że gra naszej reprezentacji jest słaba, mimo wielkiego potencjału. 

Czy wierzy Pan, że koszykówka będzie kiedyś na wyższym poziomie i w końcu uda się osiągnąć więcej niż dotychczas?

Chciałbym w to wierzyć. Ja jako trener też dążę do tego, aby wyszkolić swoich zawodników tak, by byli jak najlepsi, by doszli jak najdalej się da, natomiast na to, czy nasza reprezentacja będzie odgrywała istotniejszą rolę w Europie, na to składa się wiele czynników i od nich to będzie zależało. Polska koszykówka w moim odczuciu ma trochę problemów, które w pierwszej kolejności powinno się rozwiązać i zacząć od nich. A może być jeszcze gorzej. Mamy przede wszystkim problem na jedynce. To jest bardzo ważny element.

Przytoczę fragment książki „Z dystansu” Andrzeja Pluty:

(…) kolejne cztery finały ME bez nas oraz miejsca w drugiej i trzeciej dziesiątce Starego Kontynentu. Tylko w 2009 roku w EuroBaskecie rozgrywanym w Polsce reprezentacja doszła do miejsc 9-10. Wstyd? Tak, jest mi wstyd. 39-milionowy naród nie potrafi wychować dziesięcu solidnych koszykarzy. „Robimy” sukces, młodzi powinni nas ścigać, notorycznie wywierać presję na starych. A jak jest naprawdę? Uwstecznianie się. Regres. Oglądam film-bajkę Rocky V, gdzie stary Balboa pierze się po gębie z młodym mistrzem. I wygrywa. To, co wydaje się możliwe tylko w hollywoodzkim filmie, mogłoby się spokojnie zrealizować w naszej rodzimej koszykówce.  Gdybyśmy zebrali się teraz z Adamem Wójcikiem, Dominikiem Tomczykiem, Mariuszem Bacikiem, Maciejem Zielińskim, Krzyśkiem Dryją, Kordianem Korytkiem, Robertem Kościukiem, Tomkiem Jankowskim i resztą, gdybyśmy wszyscy razem potrenowali, to zapewniam, że teraz, będąc po czterdziestce, zlalibyśmy obecnych kadrowiczów. Przepraszam, chłopaki, takie jest moje zdanie. I wcale nie zwariowałem, na pewno byśmy wygrali. Bo mamy charakter z innej epoki. Byliśmy i jesteśmy zahartowani. Życie nauczyło nas ciężkiej pracy, rywalizacji i gry z maksymalnym zaangażowaniem. Wielu z nas, oprócz wytrenowania, miało też talent na skalę europejską.  Może nie ja, ale taki „Wujo”, „Domino”, czy „Bacior” to samorodki, talenty, które przez lata pozostaną u nas niedoścignione. Albo taki Maciej Zieliński? W Śląski grał znakomicie już jako młodzian. Miał dziewiętnaście lat, kiedy Keith Williams rzucał mu piłki na alley-oopy i on je kończył. Wielu by się zadowoliło. A on? Poleciał za ocean dostać szkołę koszykówki i życia w Providence. Nie było Skype’a, telefonów komórkowych, internetu. Poradził sobie, wrócił jeszcze silniejszy i poprowadził wrocławian do mistrzostwa Polski, pokonując w finale moje Bobry Bytom (…)”

Jak Pan się do tego odniesie? Jakby w Pana ocenie wyglądało to starcie?

Pierwsza sprawa, musielibyśmy kilka ładnych tygodni poświęcić na to, aby przygotować się fizycznie do tego meczu. Bo pewne  umiejętności posiedliśmy i je mieliśmy, ich się nie traci. Posiadaliśmy takie cechy, których wielu graczom niestety teraz brakuje. Graliśmy z ogromnym zaangażowaniem, dla nas nie było straconych piłek. My nie spuszczaliśmy głowy, tylko walczyliśmy do końca o jak najlepszy wynik. Myślę, że te cechy, o których powiedział Andrzej Pluta, i które zresztą sam potwierdzam, one by mogły decydować o tym, kto w tym pojedynku wyszedłby zwycięsko. 

Fot. Kolekcjonerbutow.pl

Wracając do Andrzeja Pluty. Kiedyś zapytany, czy ma swojego idola w polskiej lidze, bez zastanowienia wymienił Pana nazwisko, dodając, że nie zapomni, jak przeżywał swój pierwszy mecz przeciwko Panu. Warto dodać, że od momentu Pana kontuzji, rozpoczęła się jego poważna kariera sportowa.

Można powiedzieć, że Andrzej Pluta „wypłynął” trochę na moim nieszczęściu. Cieszę się, że mogłem być dla niego pewnego rodzaju idolem, jednak wracając do wcześniejszego wątku, uważam, że mieliśmy z Andrzejem wiele wspólnych cech, bardzo poważnie i profesjonalnie podchodziłem do swojego zawodu i do koszykówki. Andrzej pod względem zaangażowania i pracy, tego, co udało mu się osiągnąć, może zawdzięczać przede wszystkim sobie. Temu, że z wielkim oporem realizował swoje cele i dzięki temu stał się zawodnikiem europejskiego formatu. Oczywiście, można zadawać sobie pytanie, co by było gdyby mój nieszczęśliwy wypadek podczas meczu w Wałbrzychu się nie wydarzył, czy jego kariera przebiegłaby w taki sam sposób, czy inaczej. Teraz już nie ma o czym rozmawiać, mój upadek był na tyle fatalny, że trafiłem do szpitala z rozciętą brodą. Mimo wszystko, jestem szczęśliwy, że mieliśmy w swojej drużynie takiego zawodnika jak On, który pociągnął, dał radę, bez najmniejszych kompleksów stał się bohaterem, ojcem zwycięstwa. Koszykówka jest grą zespołową, o wyniku tego meczu i późniejszych eliminacji, w których grał rewelacyjnie, nie tylko jego dyspozycja była ważna, ale ważna była również dyspozycja pozostałych graczy. Niemniej jednak, Andrzej był tym najjaśniejszym punktem. Szkoda, że z chwilą, kiedy doszło do tej sytuacji na parkiecie, z zawodika pierwszopiątkowego, stałem się graczem rezerwowym, ale taki jest sport, takie są zasady. To jest to, czego w tej chwili brakuje młodym graczom. Cierpliwość. Oni by chcieli już, od razu, chcieliby być z marszu wiodącymi postaciami, nie potrafią cierpliwie czekać na swoją szansę. Andrzej Pluta i to zdarzenie doskonale pokazuje jaki miał charakter, jaki był cierpliwy. Pracował ciężko, czekał na swoją szansę i ją otrzymał. A to, że akurat w takich okolicznościach to nie jego wina. Czasami nieszczęście jednego gracza może być szczęściem drugiego.

W Pana odczuciu, brakuje teraz takich zawodników jak na przykład Ś.p. Adam Wójcik?

Adam był wspaniałym człowiekiem. Sympatyczny, życzliwy i uśmiechnięty. To nie był typ gwiazdy. Był bardzo otwarty, lubiany, ale to wynikało z jego usposobienia. Był osobą, która chciała z każdym porozmawiać. Jak przychodzili kibice i chcieli zdjęcie czy autograf, nigdy nie odmawiał. Dzięki takiej postawie był bardzo dobrze odbierany. Z punktu widzenia czysto sportowego, wydaje mi się, że mógł zrobić coś więcej. Czy mógł się dostać do NBA? Mógł, ponieważ potencjał miał przeogromny. Po prostu Adam musiałby być bardziej zaangażowany, jeszcze więcej trenować, i kto wie, może by to osiągnał. Grał w wielu klubach, grał za granicą, grał w Eurolidze i myślę, że był w pewnym sensie spełniony. Chociaż nie wiem czy po cichu nie liczył na to, aby swoją karierę europejską poszerzyć jeszcze o NBA, ale niestety, stało się co się stało i już się tego nie dowiemy.

Kiedy buty zawisną na kołku 

Pana szkoła „Gimbasket” łączy naukę ze sportem. Czy zawsze po skończeniu kariery planował Pan założyć taką szkołę i zostać trenerem?

Pomysł w zasadzie wyszedł po moim rocznym pobycie w Szwecji. Tam, do dnia dzisiejszego funkcjonują tak zwane szkoły koszykarskie, dzięki którym młodzież może w dogodny sposób łączyć naukę ze sportem. Bardzo mi się ta inicjatywa spodobała. W ogóle nie myślałem, że to będzie pomysł na moje życie po skończeniu kariery. Z chwilą, w której założyłem szkołę przestałem grać w koszykówkę. Na dobrą sprawę otwierając szkołę, nie miałem zamiaru przechodzić na sportową emeryturę. Faktycznie, nie planowałem wyjeżdżać z Wrocławia. Po prostu nie dostałem kolejnej propozycji gry w Śląsku, co było powodem tego, że moja kariera zakończyła się w wieku 34 lat, tak naprawdę z dnia na dzień.

Co młodym ludziom może zapewnić Pańska szkoła?

Uważałem, że przeniesienie takiego modelu szkolenia, które pozwoli łączyć obydwie rzeczy, będzie dobrym pomysłem. Sport może być fajny, może być przyjemny, ale należy pamiętać, że niesie za sobą różne niebezpieczeństwa: choroby, urazy, kontuzje, które mogą wyeliminować z uprawiania sportu. Później bazuje się na tym, co wyniosło się ze szkoły  czy się ją skończyło, poszło na studia i tak dalej. Nie można zapomnieć, mówię to na bazie moich doświadczeń z prowadzenia szkoły, że brak tej cierpliwości w dążeniu do celu, o której już wspominałem, powoduje, że mimo tego, że ma się duży potencjał, to ta przygoda się po prostu kończy. Pozostaje tylko nauka. Jeżeli ktoś myśli o tym, aby kiedyś otrzymać dobrą pracę, to trzeba w siebie zainwestować. Stąd w naszej szkole, bo prowadzę Szkołę Podstawową i Liceum, jest tak duży nacisk na to, aby młodzież uczyła się jednocześnie i realizowała się w sporcie.

Czy ma Pan jakieś cele na przyszłość?  Chciałby Pan ze swoim GimBasket Wrocław awansować do pierwszej ligi?

Nie będę ukrywał, że tak, mam taki plan. Bardzo bym chciał, aby mój zespół Roben Gimbasket awansował do pierwszej ligi. To jest mój cel na niedaleką przyszłość. Liczę się z tym, że potrzeba jeszcze wiele pracy ze strony zarówno trenerów, jak i zawodników. Będziemy do tego dążyć i wierzę, że uda nam się zadebiutować i grać w ogóle w rozgrywkach na zapleczu ekstraklasy.

Wakacje koszykarza, czyli sezon wcale nie ogórkowy (część V)

Nadszedł czas ciężkiej pracy! Po około dwumiesięcznej przerwie zawodnicy pojawiają się w klubach i przystępują do pierwszych treningów, a my wracamy z drugą częścią cyklu. Zaczyna się okres przygotowawczy, w trakcie którego należy osiągnąć właściwą formę przed startem rozgrywek. Zespoły trenują po dwa lub nawet trzy razy dziennie, rozgrywają sparingi, wchodzą w rytm. Lekko być nie może – praca, którą wykona się teraz zaprocentuje w pierwszej fazie sezonu, tym samym nikt nie odpuszcza. Cieszę się, że akurat teraz udało mi się porozmawiać z graczem, który znany jest ze swojego znakomitego przygotowania fizycznego – to w dużej mierze dzięki temu unika poważniejszych urazów. Mowa o Bartku Wołoszynie, który niebawem rozpocznie swój trzeci sezon w MKS-ie Dąbrowa Górnicza.

Bartek to postać dobrze znana polskim kibicom – najbliższy sezon będzie już jego czternastym na ligowych parkietach. Karierę rozpoczynał we Włocławku, kontynuował w Kutnie i Koszalinie, ostatnie dwa sezony spędził w Dąbrowie Górniczej. Jak sam przyznaje – nie za bardzo lubi się często przenosić – przede wszystkim z uwagi na rodzinę: żonę i dwóch synów w wieku przedszkolnym. Jak sam podkreśla w Dąbrowie mu dobrze – widać to także na parkiecie – w poprzednim sezonie zagrał w 34 meczach, zawsze wychodząc w pierwszej piątce, na parkiecie spędzając średnio ponad 28 minut. Warto więc podpytać jak przygotował swoje ciało i głowę do zbliżających się rozgrywek.

Marcin Cieńciała: Okres przygotowawczy już się rozpoczął, jednak z pewnością wykonałeś sporo pracy pomiędzy sezonami – gdzie i jak pracowałeś nad optymalną formą przed sezonem?

Bartłomiej Wołoszyn: Od kilku lat mam podobny schemat przygotowań do okresu przygotowawczego. Przede wszystkim odpoczynek i wyleczenie mikrourazów powstałych podczas sezonu. Razem z całą rodziną jedziemy również na wakacje – ogólnie czas między sezonami stoi pod znakiem rodziny i spotkań ze znajomymi. Po tym miłym okresie przychodzi czas wzmożonej aktywności fizycznej. W lipcu wyjeżdżamy z całą rodziną do Gdańska, a ja pod okiem mojego wieloletniego kolegi z rodzinnego miasta Mirka Babiarza ze SCEC (czyli Strength & Conditioning Education Center) w Gdyni przeprowadzamy specyficzny trening siłowy w oparciu o ćwiczenia olimpijskie, tzw. trening strongmana. Potem przychodzi okres wejścia na halę i  zajęcia koszykarskie połączone z treningiem wytrzymałościowym. Pod nadzorem Mirka robimy testy biegowe i siłowe, które pokazują stan przebytej pracy i poziom wytrenowania. Ostatni tydzień poprzedzający okres przygotowawczy to już czas relaksu i łapanie nowej motywacji na ten ciężki czas.

MC: W MKS-ie, z którym związałeś się na dwa kolejne sezony nastąpiła spora przebudowa – czy w związku z tym może się zmienić Twoja rola w zespole?

BW: Rola nie do końca się zmieni – z pewnością nadal chciałbym być wiodącym Polakiem i ważną częścią zespołu. Wiadomo, ze w nowym sezonie będziemy dysponować innymi zawodnikami, więc myślę, że możemy spodziewać się mnie grającego trochę minut na pozycji nr 2, obok Mathieu Wojciechowskiego na „trójce”.

MC: To będzie już Twój 14. sezon na ekstraklasowych pakietach – jak porównałbyś obecny i poprzednie okresy wakacyjne? czy coś się zmieniło na przestrzeni lat w kwestii Twojego podejścia do przerwy pomiędzy sezonami?

BW: Współpracuję z trenerem Babiarzem od 4 lat i po tym wspólnie przepracowanym czasie czuję się lepszym sportowcem. Jego wizja i warsztat bardzo trafia w moją wizję prowadzenia się jako zawodnika, wiec w pełni ufam jego wytycznym. Wiadomo, że co roku modyfikujemy plan treningowy w zależności od przepracowanego sezonu. Na przykład rok temu miałem lekki problem ze stopą i ćwiczenia musieliśmy połączyć z szeroko pojętą rehabilitacją. W tym takich problemów nie było, wiec mocno weszliśmy w trening strongmana, który polecam wszystkim zawodowym sportowcom.

MC: Nie samym treningiem człowiek żyje – udało się zaliczyć jakiś wypad wakacyjny z rodziną?

BW: W tym roku całkiem sporo podróżowaliśmy – wszystko z myślą o dzieciach. Najpierw byliśmy w Hiszpanii, następnie w polskich górach, ale najwięcej czasu spędziliśmy nad polskim morzem.

MC: Na koniec już nieco oklepane pytanie – czego kibice mogą życzyć Bartkowi Wołoszynowi przed rozpoczęciem sezonu?

BW: A ja na pewno dam oklepaną odpowiedź – zdrowia! Tak w życiu, jak i w sporcie jest to element nieodzowny do osiągnięcia celów, które sobie postawiliśmy. Życzyłbym sobie również żeby halę MKS-u oraz wszystkie inne w PLK wypełniali po brzegi kibice, entuzjastycznie dopingujący swoje zespoły. Ze sportowym pozdrowieniem dla wszystkich!

MKS rozpocznie sezon już za niecały miesiąc, rozgrywając awansem mecz w Zielonej Górze przeciwko Stelmetowi. To stosunkowo niewiele czasu, tym samym w uprzywilejowanej sytuacji są gracze, którzy mocno przepracowali okres letni. Tym bardziej wszystko wskazuje na to, że Bartek będzie podstawowym ogniwem swojej drużyny. W poprzednim sezonie po raz drugi z rzędu (i drugi raz w karierze) spędził łącznie na koszykarskich parkietach ponad 950 minut – to świetny wynik, który zarazem świadczy o niesamowitym przygotowaniu i świadomości swojego ciała. Również w poprzednich rozgrywkach skrzydłowy pochodzący ze Stalowej Woli zdobył łącznie 383 punkty we wszystkich meczach, które rozegrał – to także jego najlepszy wynik w karierze. Biorąc pod uwagę rotację, w której powinien być kluczową postacią istnieje szansa, że te wyniki wyjdą na jeszcze wyższy poziom, czego Bartkowi życzymy.

Ludzie Basketu #3- Dominika Kuchta

Pierwszy żeński pierwiastek w moim cyklu, który robi coś, o czym być może nie wszyscy słyszeli lub nie wiedzą na czym dokładnie polega. Absolwentka studiów psychologicznych o dwóch specjalizacjach: Psychologia Kliniczna oraz Psychologia Organizacji, Zarządzania i Marketingu, ponadto skończyła Stosowaną Psychologię Sportu na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu. Współpracuje między innymi z Polskim Związkiem Koszykówki, Polską Ligą Koszykówki, Reprezentacją Polski Mężczyzn i Kobiet w Koszykówce oraz swego czasu z WKS Śląsk Wrocław.

Prawdą jest, że zbudowanie składu to kwestia krótkiego czasu. Ale żeby zbudować go w taki sposób, aby wszystko prawidłowo funkcjonowało na każdym szczeblu, to już jest sztuką, na którą potrzeba go znacznie więcej. „Team spirit” to zupełnie inna historia. To coś, czego często brakuje, a może przekładać się na wyniki drużyny. Atmosfera w drużynie jest czymś niezwykle ważnym. Tak samo jak dobre relacje na linii trener – zawodnik.

Ilu z Was, zawodników, czuje się lepiej i pewniej siebie, gdy trener stanowi oparcie? Po udanym meczu poklepie po ramieniu, przybije piątkę, a kiedy trzeba, powie pare słów, aby zmotywować do cięższej pracy, a Twoi koledzy z drużyny są z Tobą niezależnie od wszystkiego?

Trener nie daje szansy, nie wykorzystuje potencjału zawodnika, który cały sezon przesiedział na ławce lub pełnił w zespole mało znacząca role. A baty zazwyczaj dostaje. W składzie przecież widnieje. Brak rozmowy. Blokada. A rozmowa jest kluczem do wszystkiego.

W związku z tym, w czym tkwi problem i jak go rozwiązać? Być może nie wszyscy wiedzą w jaki sposób się z nim uporać, jak poprawić swoje indywidualne wyniki i czy istnieje jakiś złoty środek. Czy jest w ogóle coś takiego jak trening mentalny? Psycholog sportu to konieczność, a może zbędność i ujma? W ten temat zagłębie się wraz z Dominiką Kuchtą!

Pamela Wrona: z wykształcenia jesteś psychologiem sportowym. Nasza rozmowa nie jest więc przypadkowa, albowiem współpracujesz między innymi z Polskim Związkiem Koszykówki. Na czym polega Wasza współpraca? Z kim jeszcze współpracujesz?

Dominika Kuchta: W Polskim Związku Koszykówki jeszcze za czasów studiów zaczęłam pomagać w marketingowych działach – to moja druga specjalizacja, taka hobbystyczna. Sprawdziłam się jako reporterka podczas meczów reprezentacji Polski i tak też poznałam bliżej całe koszykarskie środowisko od środka. Już po zakończonej specjalizacji z Psychologii Sportu, rozpoczęłam pracę jako psycholog, również z wybranymi reprezentantami Polski, stąd też moje związanie z PZKosz i kadrami. Obecnie współpracuję nad częścią mentalną programu szkolenia dzieci do lat 10 w tenisie. Jest to dla mnie duże wyróżnienie.

Domniemam, że koszykówka w Twoim życiu pełni ważną rolę. Czy wobec tego, jesteś ukierunkowana głównie na współpracę z zawodnikami tej dyscypliny?

Koszykówka  zawsze pełniła najważniejszą rolę w moim życiu i tak już zostanie. Chociaż od pewnego czasu, prywatnie w moim sercu zagościł także tenis. Jeśli chodzi o współpracę, to nie jestem ukierunkowana na jedną, czy dwie dyscypliny. Co prawda, na początku specjalizowałam się głównie w koszykówce i innych sportach drużynowych, ale po powrocie do Trójmiasta rozpoczęłam współpracę w sportach indywidualnych takich jak: tenis, sztuki walki, triathlon, czy lekkoatletyka.

Co możesz zaoferować sportowcom?

Z pewnością pomoc w zrealizowaniu ich celów sportowych, życiowych, a także w ich odnalezieniu. Tak naprawdę sfera mentalna, która wpływa na wyniki zawodnika jest bardzo obszerna. Pewność siebie, koncentracja, radzenie sobie ze stresem i emocjami, szybkość reakcji i motywacja to umiejętności, z którymi nie rodzimy się, tylko nabywamy poprzez doświadczenia, a co najważniejsze- możemy je wytrenować. Dlatego wielu „topowych” sportowców zgłasza się do mnie nie z problemami, a z chęcią doskonalenia tego typu umiejętności, aby równych sobie technicznie i motorycznie przeciwników pokonać mentalnie. Zawodnicy są zadaniowcami, dlatego ja również w swojej pracy działam zadaniowo. U mnie trenuje się jak na każdym innym treningu, a nie tylko rozmawia i słucha.

Jak wygląda indywidualne mentalne  przygotowanie zwodników?

Indywidualny trening mentalny jest ściśle dopasowany do dyscypliny zawodnika, jego planu treningowego, stylu życia i  osobowości. Jest zwykle opracowany  w porozumieniu z trenerami/rodzicami, jeśli jest się niepełnoletnim. Staram się podchodzić do każdego bardzo elastycznie i nie robić niczego wbrew jego woli. Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, wiec jestem skarbnicą kulis polskiego sportu! Często wizyta u psychologa kojarzy się z kozetką, na której kładzie się klient i następuje terapia. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, nie lubię określenia terapia, ponieważ nie jestem psychoterapeutką, a trenerką. Oczywiście mam także specjalizacje psychologa klinicznego, ponieważ sportowcy to również ludzie, którzy mogą mieć takie same problemy jak wszyscy inni i wiedza z dziedzin klinicznych jest potrzebna. Jednak jak już wspomniałam wcześniej – ja zajmuje się wytrenowaniem najważniejszego mięśnia – głowy, aby można było wycisnąć z siebie jeszcze więcej potencjału. Spotykam się z zawodnikami w różnych miejscach: w gabinecie, na sali treningowej, w parku, nad morzem, na meczach. Pierwsze spotkanie wygląda typowo organizacyjnie – określamy potrzeby zawodnika, opowiadam o swoich metodach, technikach, wspólnie tworzymy kontrakt naszej współpracy. Od drugiego spotkania ustalamy dokładne cele sportowe na sezon oraz cele naszych treningów, aby były kompatybilne z resztą. Kolejne spotkania to już praca z indywidualnie wybranymi technikami dla konkretnej osoby. Prowadzę również konsultacje on-line, bo niestety, czasami nie można być w pięciu miejscach jednocześnie.

Czy takie treningi są potrzebne każdemu zawodnikowi?

Uważam, że zdecydowanie tak. Jak już wspomniałam, psycholog sportu nie zajmuje się problemami, a wytrenowaniem w człowieku tego, co jeszcze nie zostało wytrenowane, a czasami nawet odkryte. Na szczęście świadomość sportowców w Polsce w obszarze psychologii sportu rośnie, jednak szkoda, że u działaczy klubów i związków mniej. Wciąż na najważniejsze potrzeby często nie ma pieniędzy, dlatego zawodnicy są zdani na siebie w poszukiwaniu dobrych specjalistów.

Spotkania zawsze przynoszą zamierzone efekty? Czy to kwestia indywidualnego podejścia klienta?

Powiem szczerze, że rola powodzenia moich treningów zależy przede wszystkim od indywidualnego podejścia klienta. Oprócz spotkań ze mną zawodnik dostaje ode mnie szereg ćwiczeń, które musi robić w domu. Na meczach jest zobowiązany do wychodzenia ze swojej strefy komfortu, ponadto musi wypełniać nasze założenia, bo bez jego pełnego zaangażowania niczego nie osiągniemy.

Mówiłaś o treningu głowy. Czym różni się od treningu mięśni?

Trening głowy od treningu mięśni rożni się nie rodzajem ćwiczeń, a systematycznością, powtarzalnością i ciężka pracą. Psycholog to nie czarodziej, który po jednej wizycie sprawi, że zawodnik pofrunie nad koszem! Chociaż czasami mam wrażenie, że niektórzy tak myślą.

W jaki sposób zawodnik kwalifikuje się do pracy z psychologiem sportu? Jesteś zdania, że każdy klub, zarówno ekstraklasowy, jak i na jej zapleczu, powinien dysponować taką osobą jak Ty?

Nie ma sprecyzowanych wytycznych, które kwalifikują zawodnika do pracy z psychologiem. Uważam, ze każdy sportowiec i klub powinien wprowadzić trening mentalny z psychologiem do systemu szkolenia od najmłodszych lat. Siłę psychiczną cały czas trzeba trenować i regenerować jak inne mięśnie. Wspomniałam o najmłodszych, ponieważ to wtedy najbardziej rozwija się i kształtuje nasz umysł. Oczywiście miałam sportowców, którzy przychodzili do mnie z konkretnym problemem prywatnym, bo to zawsze wpływa na wyniki sportowe i wtedy skupiamy się na ich rozwiązaniu.
Często trenerzy wysyłają do mnie swoich podopiecznych, w których widzą potencjał, a oni z czymś nie dają sobie rady, nawet jeśli chodzi np. o rzuty osobiste.

Czyli mogłoby się to przełożyć na wyniki i indywidualne statystyki zawodników?

Oczywiście, że tak. Sama prowadzę statystyki wynikowe swoich zawodników, którzy solidnie pracują. Wiem, że one znacznie się poprawiają. Drużynowo tym bardziej, ponieważ poza indywidualnościami na parkiecie musi być współpraca, a komunikacja w drużynach często zawodzi, co również wpływa na wyniki.

Bazując na Twoim doświadczeniu, skąd u sportowców biorą się pewne problemy, które powodują u nich blokadę? Czy przyczyną może być- jak wcześniej wspomniałaś, brak prawidłowej komunikacji w drużynie i zrozumienia ze strony trenera? 

Wszystkie te czynniki w pewnym sensie wpływają na człowieka, a w jakiej skali, to już jest bardzo indywidualna kwestia. Tak samo jak niektóre trudności, nawet w kontaktach z drużyną mogą mieć swoje podłoże w jakichś doświadczeniach z przeszłości. Często nawet czasy dzieciństwa mają tutaj duże znaczenie.  Jeżeli chodzi na przykład o samych trenerów czy drużynę, z którą zawodnik się nie dogaduje, bądź czuje się niewykorzystywany, może rzutować  to na jego wyniki, grę oraz postawę. Mnóstwo takich aspektów ma w sporcie drużynowym wpływ na prawidłowe funkcjonowanie zawodnika, dlatego tak ważna jest atmosfera i prawidłowa relacja z resztą.  Wszystko wypływa z uwarunkowań osobistych-każdy jest inny. Nie zawsze przyczyna leży w samym zawodniku, stąd ważne jest to, aby trener znał swoich podopiecznych, również od strony prywatnej. Musi znać ich charakter i osobowość, aby lepiej mógł wykorzystać ich potencjał. Takie badania i testy robiłam dla trenerów w grupach młodzieżowych Śląska Wrocław, co miało pozytywny skutek. Zaangażowana powinna być też cała drużyna, z trenerem na czele. Dlatego w tym chętnie mogę pomóc i udzielić cennych rad. Jeśli jednak w klubie nie ma specjalisty, bądź trener o to nie dba, zawodnik może sam rozpocząć  współpracę z psychologiem sportu, aby nauczyć się większej odporności, a w trudnych chwilach obrócić to w atut na przyszłość.

Od pewnego czasu, wizyty u psychologa nie są już tematem tabu. Czy dużo sportowców korzysta z Twojej pomocy?

Tak, od czasu kiedy zaczynałam praktykę jako psycholog sportu ta liczba zwiększa się cały czas, a to bardzo pozytywnie brzmi. Myślę, że już w mentalności polskich sportowców rozwój w dziedzinie psychologii sportu to nie jest temat tabu, a raczej pewien prestiż, że trenują kompleksowo.
Dzięki klubom i sportowcom z zagranicy Polska otwiera oczy. Ja często słyszę kwestie finansowe, chociaż to też niekiedy wygodna wymówka.

Z czego to wynika? Ze świadomości? 

To wynika z tego, co dzieje się zagranicą. W najlepszych światowych drużynach w każdej dyscyplinie współpraca z psychologiem sportu jest podkreślana. W jednej akademii piłkarskiej w Hiszpanii potrafi pracować dziewięciu psychologów sportu. To mówi samo za siebie, a ja mam nadzieje, że i Polska z czasem zapewni swoim zawodnikom takie warunki i świadomość ludzi jeszcze bardziej wzrośnie.

Jesteś w stałym kontakcie ze swoimi klientami? Twoje usługi są potrzebne przez cały czas, czy po zakończonej współpracy już nie, gdyż dobrze wiedzą w jaki sposób mogą samodzielnie borykać się z napotkanymi przeszkodami i jak wykorzystać w praktyce Twoje lekcje?

Tak, jestem w stałym kontakcie ze swoimi klientami. Z tymi, z którymi obecnie współpracuje to bardzo częsty kontakt. Spotkania są czasami nawet dwa-trzy razy w tygodniu, poza tym, staram się bywać na treningach i meczach. Czasami pomimo tego są to częste rozmowy telefoniczne. Oczywiście wszystko zależy od potrzeb danej osoby. Jeśli chodzi o tych, z którymi współpracowałam, to ten kontakt pozostał cały czas na zasadzie wsparcia i radości z sukcesów – często dostaję telefony i wiadomości z radosnymi wieściami o kolejnych wygranych. Staram się tak wyposażyć i nauczyć swoich podopiecznych korzystania z narzędzi mentalnych, aby w każdej chwili mogli je sami wykorzystać i to jest dla mnie sukces – ich samodzielność. Wiedzą też, ze zawsze mogą na mnie liczyć.

Założyłaś swój autorski projekt „Sportem żyję”. Czy jest on kwintesencją całej Twojej pracy i jej zasięgu?

Ten projekt powstał po moim powrocie z Wrocławia, gdzie współpracowałam ze Śląskiem Wrocław. Stworzony został z myślą o indywidualnie potrzebujących wsparcia psychologicznego. Wszędzie można mnie znaleźć jako „Sportem żyję”, wiec ta nazwa już została.

Czyli żyjesz nie tylko koszykówką? Wspomnę, że masz też drugi projekt, który związany jest z tenisem.

Już nie tylko. I tu niektórzy mogą mieć mi za złe, że „zdradziłam” koszykówkę, a więc mówię nie! Zawsze piłka do kosza będzie u mnie na pierwszym miejscu. Jednak w Polsce, w moim zawodzie muszę też sobie jakoś radzić. „Sportem ŻyjeMY” to projekt założony razem z moim narzeczonym, który jest byłym tenisistą i obecnie trenerem zawodowych tenisistów. Projekt ma na celu stworzenie Centrum Twojego Tenisa, w którym będzie kompleksowe przygotowanie tenisisty od małego, łącząc wszystkie najważniejsze obszary rozwoju. Ciesze się, że razem możemy działać na rzecz rozwoju polskiego sportu.

Jak oglądać koszykówkę – Okiem Przemysława Frasunkiewicza

„Są kłamstwa, jeszcze większe kłamstwa i statystyki.” Tak, znajdziesz takie zdanie w rozmowie, którą zaraz będziesz czytał. Znajdziesz też jeszcze wiele innych, które myślę, że zapadną w pamięć, niezależnie od tego, czy jesteś związany z koszykówką jako kibic, zawodnik, czy trener. Miało być tylko o scoutingu, a jest o wiele szerzej. O założeniach przedmeczowych, doświadczeniu, którego nie da się nauczyć nawet przez 15 lat grania, o emocjach, które udzielają się nie tylko zawodnikom. Panie i Panowie, przed Państwem Przemysław Frasunkiewicz, główny trener Asseco Gdynia i kadry młodzieżowej Polski U20, oraz świat basketu widziany z jego perspektywy!

 

Piotr Alabrudziński, Puls Basketu: Są tacy zawodnicy, o których można z pewnością powiedzieć, że nie zakończą swojej przygody ze sportem wraz z karierą zawodniczą, ale naturalnie, płynnie przejdą do obowiązków trenerskich. Tak można powiedzieć o Panu. A jak to wyglądało z drugiej strony? Od kiedy wiedział Pan, że chce zostać trenerem i co było kluczowe dla takiej decyzji?

Przemysław Frasunkiewicz, trener Asseco Gdynia: W bardzo młodym wieku, gdy miałem 18 lat, prowadził mnie trener Aleksandrowicz, który miał wobec mnie bardzo duże wymagania. Od razu dał mi sporo minut i właściwie pierwszą piątkę w większości meczów w ekstraklasie i wtedy powiedział do mnie, wydawało się dziwne wtedy zdanie: “Młody, Ty się ucz i słuchaj wszystkiego, co mówię. Ty będziesz kiedyś trenerem”. Nie wiem skąd trener Aleksandrowicz to wiedział, ale takie były jego słowa 20, może nawet 21 lat temu. Może powodem było to, że zawsze się bardzo angażuję w to, co robię. Gdy byłem zawodnikiem, to od najmłodszych lat nie przychodziłem tylko pograć – zawsze interesowało mnie dlaczego coś jest wykonywane tak, a nie inaczej. Z biegiem lat coraz większe było moje zainteresowanie szczegółami i tym wszystkim, co jest związane z koszykówką od strony taktycznej. Tak jak to Pan powiedział, było to naturalnym przejściem, ale też nie każdy ma taką możliwość. Wielu chce zostać trenerami, a nie mogą. Ja dostałem od Asseco taką możliwość, żeby prosto po karierze przejąć zespół jako pierwszy trener.

Czy to większa odpowiedzialność, większe wyzwanie niż w przypadku rozpoczęcia nowej przygody w innym miejscu? Jak Pan do tego podchodził?

Miałem jeszcze kontrakt i mogłem grać kolejny rok, może nawet dłużej, bo czułem się bardzo dobrze, ale miałem też zakodowane z tyłu głowy, że tutaj w Asseco są młodzi gracze, którzy stawiali pierwsze kroki w drużynie. Jako starszy zawodnik trochę im pomagałem i gdy nadarzyła się okazja, żeby poprowadzić tych chłopców: Przemka Żołnierewicza, Filipa Matczaka, czy Wojtka Czerlonko, to pomyślałem, że jest to najlepszy moment, żeby zakończyć karierę zawodniczą i rozpocząć trenerską. Oni mnie znali, ja ich znałem – ta współpraca była po prostu dużo łatwiejsza.

Rozmawiając niedawno z Tomaszem Jankowskim usłyszałem, że spojrzenia na koszykówkę byłego gracza i trenera różnią się od siebie. Nie wiem, czy zgodzi się Pan z tym, ale jeśli tak, to co wymaga największego przewartościowania, największej zmiany?

Może to głupio zabrzmi, ale będąc zawodnikiem, nawet takim bardzo dociekliwym i angażującym się w funkcjonowanie całego zespołu jak ja, człowiek nie zdaje sobie sprawy z wielu rzeczy. Przejście do roli trenera nie jest może szokiem, ale ogromnym zdziwieniem jest to, że teraz trzeba ogarniać już nie tylko siebie, ale dwanaście różnych historii i osobowości, które mają odmienne spojrzenie na koszykówkę. Różne rzeczy mogą się u nich wydarzyć nawet w ciągu jednego dnia. Jeden zawodnik przyjdzie obrażony, jeden smutny, jeden szczęśliwy i to wszystko trzeba poskładać. Tak jak do tej pory to był jeden charakter, teraz jest ich 12, 13 i to jest właśnie ta największa różnica.

Wróćmy do momentu przejęcia Asseco Gdyni w roli głównego trenera. Czy wprowadzał Pan swoje sety i “narzucał” je zawodnikom, czy też tworzył playbook pod ściśle określone umiejętności, posiadane przez zawodników?

Jestem zwolennikiem tego, żeby playbook tworzyć za każdym razem na nowo ściśle pod graczy. Oczywiście, mam swoje preferencje. Dam tu przykład pozycji numer 4, moim zdaniem najbardziej jaskrawy. Są gracze typu “stretch four”, którzy bardziej rzucają i operują na obwodzie i są też klasyczne 4, kręcące się pod koszem i walczące o zbiórkę. Ja jestem zwolennikiem tego pierwszego rozwiązania. Jeżeli tylko mogę szukam graczy, którzy odpowiadają temu profilowi i wtedy dopiero konstruuję playbook i próbuję znaleźć jak najlepsze miejsce dla takiego zawodnika. Wraz ze sztabem trenerskim oglądamy mecze, analizujemy, a ja często rozmawiam z zawodnikami i pytam gdzie się najlepiej czują, i wtedy dopiero powstaje konkretna zagrywka. Przykład? Filip Matczak był jedną z naszych czołowych postaci, grał na pozycji numer 2, jest leworęczny i ma o wiele lepszą penetrację w lewo, więc sety były tak ustawione, żeby Matczak w większości przypadków miał miejsce i mógł zaatakować w lewo. Ten sam set grany w następnym roku na Żołnierewicza – gdy przesunęliśmy go na pozycję numer 2 – trzeba było zmodyfikować i zrobić lustrzane odbicie, żeby Żołnierz lepiej się w tym odnajdywał.

Mówiąc o zagrywkach – czy ulubione sety gracza Przemysława Frasunkiewicza są również ulubionymi setami trenera Przemysława Frasunkiewicza? Nastąpiła tutaj jakaś zmiana?

Można znaleźć jakieś odniesienia, ale zawsze staram się robić to tak, żeby gracze czuli się swobodnie i żeby to im jak “najwygodniej” się grało. Przywołam tutaj pewną historię: przed swoim pierwszym sezonem jako trener zapytałem jednego z graczy, jaki set chciałby sam wprowadzić, taki swój ulubiony, w którym najlepiej się czuje. Nie był wtedy w stanie mi odpowiedzieć, musiałem go poobserwować i sam ustawić pod niego pewne rozwiązania. Taka niepewność wynika z faktu, że gracze często boją się odpowiedzialności, bo zazwyczaj jest tak, że jak gracz zażąda czy poprosi o jakiś set, to z miejsca jest zobligowany, żeby go dobrze grać. To była mała anegdotka, ale wracając jeszcze do pytania: jest coś z tego, co lubiłem grać, ale staram się zawsze robić zagrywki ściśle pod graczy.

W jaki sposób Pan jako główny trener przygotowuje się do spotkań? Co stanowi główny wyznacznik czy motor napędowy w takim procesie jeśli chodzi o konkretnego przeciwnika?

Są tutaj dwa światy. Jeden świat to przygotowanie zespołu, omówienie taktyki i rozwiązań pod danego przeciwnika. Poświęcamy dużo czasu i staramy się przygotować jak najlepiej, bo naprawdę się na tym skupiamy. Przypuśćmy, że w Anwilu gra Paweł Leończyk, a wiadomo, że jest on bardzo mocnym graczem pod koszem, ale nie jest wybitnym strzelcem, to nasza taktyka obronna przeciwko drużynie, w której gra jest skoncentrowana na tym, żeby wypchnąć Leończyka spod kosza, podwoić go lub zmusić żeby pozbył się piłki, a jeżeli jest na obwodzie to bardziej od niego pomagamy niż od np. Nowakowskiego. To jest jeden z elementów, które przed każdym meczem staramy się wyodrębnić i przekazać graczom. Drugą rzeczą, drugim światem jest to, że staramy się skupić na swojej grze. Nie można powiedzieć, że zrobimy dobry scouting, dobrze przygotujemy się przeciwko np. Spójni Stargard, i wszystko jest już ok. Nasza gra też musi wyglądać bardzo dobrze, bo jak to w sporcie bywa: czasami można zrobić idealne założenia a zdarzy się taki mecz, że przeciwnik trafia przez ręce, ma 100% z rzutów wolnych i nie robi właściwie żadnych strat nawet gdy jest naciskany. Wtedy trzeba po prostu pokazać swoją jakość i wywalczyć zwycięstwo.

Czasem pewnie zdarzy się tak, że założenia to jedna sprawa, a boisko pisze do nich własny scenariusz. Pamięta Pan jakiś mecz, który pasowałby do tego stwierdzenia?

Najbardziej pamiętny mecz pod tym względem to ten z Anwilem u nas w Gdyni. Na papierze byliśmy dużo słabszym zespołem. Musieliśmy ryzykować i żeby zagęścić strefę podkoszową trzeba było pewnych zawodników odpuścić na obwodzie – to była jedyna nasza szansa – ale akurat Anwil miał taki dzień, że wspomniany Leończyk trafił 3/4 za 3, Zyskowski miał 4/4. Wszyscy rzucali naprawdę na bardzo wysokiej skuteczności. Przegraliśmy ten mecz. Anwil rzucił nam, jeżeli dobrze pamiętam, 17 trójek na wysokim procencie. Wtedy faktycznie te nasze założenia się nie sprawdziły, natomiast jeżeli chodzi o samo konstruowanie założeń, nie oceniam ich nigdy przez pryzmat jednego meczu, tylko całego sezonu. Jeżeli dobrze się je przygotuje i jeżeli je zrealizujemy, to zdarzy się jeden czy dwa takie mecze, ale koniec końców będziemy mieli pozytywny wynik w sezonie.

W tym meczu i Anwil i Asseco miały po 17 trójek.

Tak, zgadza się. Generalnie grając samym polskim składem i to w większości młodymi zawodnikami musieliśmy grać szybko, agresywnie, potem mieliśmy również najwięcej rzutów za 3 punkty w całej lidze. Musieliśmy wprowadzić jakiś pierwiastek ryzyka. Anwil jest znany z tego, że gra bardzo mocno pod koszem: para Sobin-Leończyk współpracowała ze sobą bardzo dobrze. Chcieliśmy ich zamknąć pod koszem, ale to jest klasowy zespół i na to nasze zamknięcie strefy podkoszowej odpowiedzieli taką kanonadą rzutów za trzy punkty, że nie mieliśmy szans w tym meczu.

Kibic czasem spogląda i ocenia grę zespołu czy konkretnego zawodnika przez pryzmat statystyk. Jaką rolę pełnią one dla głównego trenera, jakie decyzje (jeśli w ogóle) można podjąć pod ich wpływem?

Bardzo dobre pytanie. Mówi się, że są kłamstwa, jeszcze większe kłamstwa i statystyki. Prawda jest taka, że można coś wyczytać ze statystyk i wszyscy na świecie się tym posiłkują, oceniają według nich. Jest w nich dużo prawdy, ale jest też cała masa rzeczy (mówimy o tych podstawowych statystykach), których nie widać. Dam przykład Piotra Szczotki, który potrafił skończyć mecz z 5 punktami i 4 zbiórkami, a był najlepszym graczem na boisku. Bardzo mocno analizujemy każdy mecz, mamy też takie swoje analizy, które mówią np. o tym, jaki gracz jest odpowiedzialny za ile punktów przeciwnika, a tego nie ma w podstawowych statystykach. Właśnie one mówią nam dużo. Ale to jest sport i jest w nim taki czynnik X, którego nie ma w liczbach i procentach na kartce. Znam graczy, którzy potrafią mieć przez cały mecz 0/9 za 3, a w najważniejszym momencie, przy remisie albo -2, wiem, że ten zawodnik powinien dostać piłkę i rzucić. Według statystyki nie powinien rzucać wtedy do kosza, a życie pokazuje coś zupełnie innego. Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. Oczywiście, sugerujemy się statystykami, bez tego by się nie dało, ale to też nie jest cała prawda.

Jest wśród statystyk taki wskaźnik, Morey Index, mówiący o najbardziej wartościowych rzutach, czyli tych zza łuku, z linii rzutów wolnych i z pola trzech sekund. Asseco Gdynia z poprzedniego sezonu jest pod jego względem na pierwszym miejscu spośród drużyn, które statystykami obejmuje baza danych PLK. Oczywiście każdy zespół i trener stara się dążyć do oddawania łatwych rzutów, ale czy można powiedzieć, że ten wynik obrazuje Pana myśl szkoleniową?

Wyraźnie mamy powiedziane, jakie chcemy wykonywać rzuty, w jakim momencie i w jakich sytuacjach i do egzekwowania tego założenia przykładamy szczególną uwagę. W naszym zespole hierarchia jest bardzo mocno widoczna i nie może być tak, że każdy zawodnik na boisku może zrobić w trakcie meczu co tylko będzie chciał, albo co mu przyjdzie na myśl. Bardzo tego pilnujemy i przez to współczynnik Moreya jest dla nas tak korzystny. Oczywiście, zdarzają się głupie rzuty, czy nieprzemyślane akcje, bo gramy najszybciej w lidze co potwierdza fakt, że mieliśmy w tym sezonie najwyższy pace. Czasami zdarzają się dziwne decyzje. Koniec końców chciałbym, żeby zawodnicy mieli dużą pewność siebie w ataku, ale chciałbym też, żeby rozumieli, że czasami otwarty rzut z 9 metra jest lepszy niż ten przez ręce spod samego kosza.

Patrząc na zakontraktowanych zawodników na przyszły sezon możemy powiedzieć, że skończył się polski projekt Asseco Gdynia. Mógłby Pan dokonać analizy tego, jakie były jego cele, w jakim stopniu udało się je zrealizować? Czy to “polskie” Asseco grało swoją, szczególną koszykówkę?

Taki był plan i takie były możliwości klubu przez te 2 lata, nikt wtedy jeszcze nie wiedział, że będzie możliwość zagrania w EuroCup. To miał być plan długoletni. Staraliśmy się ściągnąć młodych, utalentowanych polskich graczy. Myślę, że wstydu nie przynieśliśmy. Ci gracze dostali szansę, wcześniej sobie ją wypracowując, bo jestem przeciwnikiem dawania szansy ot tak. To są ludzie, którzy długo walczyli o swoje. Teraz nadarzyła się okazja, żeby zagrać w EuroCup. Może od razu powiem, że był taki pomysł, żeby zagrać polskim składem w tych rozgrywkach, ale niestety trzeba by mieć dwa razy większy budżet. Trzeba sobie to powiedzieć prosto w oczy, że to było po prostu niemożliwe do zrealizowania ze względów finansowych. Postanowiliśmy zatem zatrudnić obcokrajowców, ale to też nie będzie tak, że nasz styl się zmieni tylko dlatego, że są obcokrajowcy. Gracze zagraniczni też są dobrani charakterologicznie i prezentują taki a nie inny styl po to, żebyśmy mogli kontynuować to nasze granie, tyle tylko, że teraz polaków nie jest 12, ale 8.

W Asseco miał Pan do dyspozycji nie tylko młodych, głodnych gry zawodników, ale też pewną dozę doświadczenia. W kadrze Polski u20, oczywiście z całym uznaniem i szacunkiem dla młodych graczy, trudno mówić o aż takim doświadczeniu. Jak duże miało to znaczenie przy prowadzeniu jednej i drugiej drużyny? Albo inaczej – ile procent sukcesu może dać doświadczenie, a ile charakter czy sportowa agresja?

Na pierwszy rzut oka można by ocenić, że w Asseco była młodość i zawziętość a do tego 2 starszych graczy, którzy wnosili doświadczenie. Ale nie jest tak do końca. Nasi “starsi” gracze Piotrek czy Krzysztof to gracze bardzo charakterni. Oni każdego dnia przychodzili na trening jak na mecz i dzięki temu rywalizacja była bardzo duża. Mając ogromne doświadczenie często ciągnęli mecze charakterem i zawsze byli zaangażowaniu na 100%. Oczywiste jest, że młody gracz, który tego doświadczenia jeszcze nie ma, musi nadrabiać czymś innym i zazwyczaj jest to determinacja. Z drugiej strony Łukasz Kolenda i Adrian Bogucki byli liderami zespołu kadry U-20, udowadniając, że już w tak młodym wieku – 18, 19 lat – są bardzo ograni. W Polsce generalnie cały czas się powtarza jak mantrę takie zdanie: “musisz grać, musisz grać, musisz grać”. Nie jestem zwolennikiem takiej filozofii. Uważam, że najpierw trzeba się nauczyć grać, a dopiero później iść i grać. Gracze często albo zapominają o tym, albo nie wiedzą, i myślą, że trochę więcej minut np. w niższej lidze da im szansę większego rozwoju. A czasem jest tak, że można grać przez 15 lat i nadal robić to samo. Niektórych rzeczy nie jest się człowiek w stanie nauczyć: luzu boiskowego, pewności siebie. Widziałem zawodników, którzy przez 15 lat nie potrafili tego załapać i  wieku trzydziestu paru lat nadal się stresowali. A są też tacy jak Adrian albo Łukasz, u których pomimo młodego wieku widać dojrzałość i wyrafinowanie na boisku. Myślę, że to są gracze, którzy stanęli na wysokości zadania i po prostu grają jak dojrzali gracze. Ciężko określić, że są to młodzi, na których nie można liczyć w ważnych chwilach, bo za każdym razem jak był gorszy moment, albo trzeba było pobudzić zespół trochę, w szatni, czy na treningu, to bardzo dobrze wywiązywali się z tej roli. Niektórym nie starczy na to 15 lat, a niektórzy są gotowi od urodzenia.

Przed chwilą mówiliśmy o podziale na doświadczenie i charakter. A jak takie procenty wyglądałyby w pytaniu o to, co jest ważniejsze w przygotowaniu drużyny i zawodników: atletyzm i fizyczność, czy też przygotowanie taktyczne? Rzeczywiście jest tak, że “lepiej mądrze stać niż głupio biegać”?

Jako zespół, który miał w składzie samych Polaków, w większości młodych, nie mogliśmy sobie pozwolić na żadną taryfę ulgową i musieliśmy być przygotowani bardzo mocno, jak na polskie warunki nawet wybitnie, zarówno fizycznie jak i taktycznie. Mieliśmy bardzo dużo rozwiązań i myślę, że jeśli chodzi o playbook, to byliśmy gdzieś w ścisłej czołówce Polski jeżeli chodzi o ilość zagrywek. To nie było spowodowane tym, że miałem takie “widzimisię” i wprowadzaliśmy zagrywki do playbooka na ilość, tylko chcieliśmy zaskoczyć pewne drużyny. Chcieliśmy mieć dużą gamę zagrań i być gotowi na każdy rodzaj obrony. Nie jestem w stanie wybrać, co jest ważniejsze, bo po prostu musieliśmy być w każdym elemencie najlepsi jacy mogliśmy być.

Aż się prosi o pytanie, jakie zagrywki były ustawiane pod konkretne drużyny…

Każda drużyna w Polsce gra inny rodzaj obrony – mogę to powiedzieć, bo to nie jest żadna tajemnica, każdy to wie. Trener Winnicki i trener Kamiński bardzo lubią grać obronę “show”, nawet z 5-kami i na tę obronę trzeba być gotowym. Trzeba wiedzieć w jakim momencie i gdzie rozrzucić piłkę, pozbyć się jej, żeby nie utknęła. Z tych 60 zagrywek, które mieliśmy, zawsze przed każdym meczem i przeciwnikiem wybieraliśmy sobie 8, czy 10 podstawowych, które najbardziej pasują w meczu z tą drużyną i najczęściej z tego korzystaliśmy. Zespół z Krosna np. bardzo często broni “side defence” na side p’n’r i do tego też były specjalne sety, których nie używaliśmy przez 10 kolejek, i które czekały na właśnie na ten konkretny mecz.

Miał Pan możliwość być częścią polskiej koszykówki przez ostatnich kilkanaście, kilkadziesiąt lat, wcześniej jako zawodnik, teraz jako trener drużyny grającej w EBL. Co można powiedzieć o naszym baskecie, szczególnie tym ligowym. Jaki on jest, jak można scharakteryzować polską koszykówkę ligową?

Wiele osób narzeka na poziom polskiej ligi, ale gdy to słyszę, powiem szczerze, chce mi się śmiać, bo nie wiem, co ma na celu powtarzanie co chwilę, że poziom polskiej ligi jest niski, albo za niski. Jest taki, jaki jest. Przyjeżdżają przecież do Polski zawodnicy z najlepszego poziomu w Europie. Mistrz Europy przyjechał i jakoś nie błyszczał w polskiej lidze w Zielonej Górze, co nie znaczy, że jest słabym zawodnikiem. Uważam po prostu, że polska liga jest bardzo specyficzna. U nas dużo się kombinuje i ryzykuje. Czasami zawodnik z naprawdę wysokiej półki jak choćby Muric ma problemy, żeby tutaj zaistnieć. Wszyscy z tego, co słyszę, narzekają na poziom, a obcokrajowcy przyjeżdżają do nas, wcale nie słabi, nie mówią co prawda, że jest tu lepszy poziom niż w Hiszpanii, czy we Włoszech, ale zawsze są zdziwieni, bo spodziewali się słabszego poziomu.

Wyobraźmy sobie, że ktoś nie oglądał meczów koszykówki w naszym kraju przez ładnych parę lat. Ostatnie co pamięta, to początek lat 2000. Jakie zmiany najbardziej mógłby zauważyć taki kibic. Czego jest więcej, mniej, co jest inne w koszykówce obecnie w porównaniu do tej kilka lat wstecz?

Na pewno widać to, co jest tendencją ogólną, światową – w sporcie zwiększyło się tempo. Nawet na przestrzeni ostatnich 5 lat wszystko bardzo przyspieszyło. Jest parę powodów, dlaczego tak się dzieje, i dziś nie da rady już grać na takiej intensywności całe 40 minut. Kiedyś, 10, czy 15 lat temu, zawodnicy wielokrotnie grali średnio po 38, czy 39 minut i wszystko było ok. Teraz wszystko przyspieszyło i stąd też te wysokie wyniki, ale słyszę często, że jest to efekt braku obrony. Tak to nie wygląda, jest po prostu więcej posiadań, gra jest szybsza, więcej się rzuca za 3 punkty. Pamiętam kiedyś jak ktoś trafił 3, 4 trójki w meczu to już był popłoch w lidze, że nie wiadomo jaki świetny shooter. Teraz zawodnicy trafiają 5, 6 i potrafią 3 mecze z rzędu tak zagrać. To również powoduje, że odchodzi się od grania post up. Ja też nie jestem zwolennikiem grania post up 5, wolę jak 4, a nawet 3, czy 2 gra post up. To jest tendencja światowa, za którą idzie Polska. Anwil pod tym względem mi się podobał, bo miała taką przekrojowość ofensywną. Bardzo mocno grali pod koszem, ale jak trzeba było to przyspieszyli grę, jak trzeba zwolnili, mieli też sety na takiego “quick hittera” za 3 punkty. Pomimo różnych momentów w sezonie myślę, że dlatego, że Anwil prezentował taką różnorodność w ataku i obronie zdobył mistrzostwo Polski.

O dobrym rozumieniu gry mówimy raczej w kontekście zawodników, tego co widzą, będąc na boisku. A gdyby spróbować odnieść ten termin do kibica, oglądającego spotkanie z trybun, albo fotela przed telewizorem – jak można by je opisać? Na czym powinien skupić się kibic, żeby więcej wyciągnąć z oglądanego widowiska? Na co zwraca uwagę trener Frasunkiewicz gdy ogląda mecz dla czystej rozrywki?

To jest w ogóle bardzo ciężka sprawa, bo jest bardzo dużo założeń przedmeczowych i kibicowi, który o tych założeniach nie wie, będzie naprawdę trudno zrozumieć to, co dzieje się na boisku, dajmy na to, że zawodnik X z drużyny przeciwnej w ogóle nie jest kryty na obwodzie. Jakby nie było, gra się w procenty, a jeżeli ktoś ma za 3 tych procentów 15, czy 20, to damy mu tych rzutów 20, niech on sobie rzuca. Dla kibica może to być niezrozumiałe, bo przecież ten zawodnik raz trafił. Tymczasem trzeba sobie te procenty poustawiać, wyznaczyć granice, nie da rady w koszykówce wszystkiego obronić. To jest podstawowa zasada i trzeba tak kombinować, żeby przeciwnik oddawał rzuty jak najbardziej korzystne dla nas. Parokrotnie gdy zostałem poproszony o to, żeby komentować mecze, nie zgodziłem się, ponieważ nie wiem kompletnie jakie są założenia trenera i ciężko byłoby mi to komentować. Naprawdę koszykówka jest grą na tyle złożoną, że aby wiedzieć, co się dzieje, trzeba byłoby być w środku zespołu i wiedzieć na co dziś ktoś zwraca uwagę i czego wymaga. Przyznam szczerze, że oglądając mecze dla rozrywki skupiam się trochę na taktyce, bo inaczej się nie da, takie skrzywienie zawodowe. Niektóre rzeczy mnie dziwią, dlaczego jeden zespół gra tak, a nie inaczej, ale od razu gryzę się w język, bo ciężko jest oceniać kogoś, jeżeli nie wiem, jakie ma założenia. Na pewno mam jedną radę dla kibiców. Jeżeli ktoś idzie na mecz, niech zostawi telefon w samochodzie. Druga rada: niech jak najmniej patrzy na gracza z piłką, a jak najwięcej na graczy, którzy są pod koszem, czy w rogach, bo to oni będą zaraz coś grali. Są takie momenty, gdzie się gra tylko p’n’r, już cała taktyka gdzieś uleciała i wtedy naturalną rzeczą jest, żeby patrzeć na piłkę, ale to sytuacje marginalne. A trzecia rzecz do kibica: dobrze jest zmieniać miejsce siedzenia na każdym meczu. Całkiem inaczej ogląda się mecz z 2 rzędu, a inaczej z 12. Naprawdę można mieć inną perspektywę i dostrzec inne rzeczy. Podpowiadam też, że jeżeli jest taka możliwość, warto usiąść sobie za ławką zawodników jak najbliżej, żeby było słychać, co mówi trener i jak reagują na to zawodnicy. Wtedy kibice będą mogli zaobserwować bardzo dziwne dla nich zjawisko: trener rysuje prostą linię, ścieżkę poruszania dla zawodnika, mówi, że ma iść w prawo, zawodnik mówi, że rozumie, a 5 albo 10 sekund później na boisku zamiast iść w prawo idzie w lewo i wszyscy się dziwią, dlaczego nic nie wychodzi. Takie są moje 3 rady dla kibica.

Na marginesie tego siedzenia za ławką kojarzy mi się jedna scena z tego sezonu, gdy przy okazji meczu derbowego w Ergo Arenie na czasie przypomniał Pan swoim graczom, że gramy jeden na jednego, nie biegamy po ścięciach, nie jesteśmy Rosa Radom.

Dziwię się, że nie dostałem “Złotych Ust EBL” za to. W Trójmieście te derby, nawet jeżeli teraz i my i Trefl walczyliśmy o playoff i te drużyny są trochę słabsze (a przecież relatywnie niedawno graliśmy w finale przeciwko Treflowi), zawsze wywołują jakiś popłoch i dodatkowe emocje. Zawodnicy, którzy przez 2, 3 lata nigdy nie robili jakichś zachowań nagle w takim meczu telewizyjnym z Treflem je robią. Trochę mylnie można zrozumieć tę wypowiedź, bo nie chciałem w żaden sposób obrazić Rosy, ani trenera Kamińskiego. Oni po prostu mają taki system: przy pewnym p’n’r zawsze (albo w większości przypadków) zawodnik z rogu ścina. My nie ścinamy, a w tym meczu 3 razy ścięliśmy, gdzie mamy całkiem inne założenia, i to po czasie. Powiedziałem to na kolejnym czasie, żeby już się dobrze wbiło do głowy. Wychodzimy na boisko, znowu ta sama sytuacja, znowu ścięcie i znowu strata, więc powiem jeszcze raz na swoje usprawiedliwienie, że to nie był atak w stronę Rosy Radom, raczej w naszą stronę, że zrobiliśmy rzeczy, których do tej pory nigdy nie robiliśmy.

Zasugerował Pan tutaj bardzo ciekawą rzecz. Trener bierze czas, zawodnicy słuchają, rozumieją, a w ważnym momencie pojawia się strata. Czy nie jest tak, że czasem przesadny scouting, tłumaczenie większej liczby rzeczy zawodnikom, szczególnie młodszym, może ich gdzieś blokować, bo z tyłu głowy będą mieli jakieś żelazne myśli?

Oczywiście. Jest jakiś limit zadań, które można dać zawodnikom. Zawodnikowi lepszemu – można dać parę zadań i on czuje się w tym swobodnie. Młodemu zawodnikowi, który dopiero stawia pierwsze kroki, powiedzmy gra pierwszy, czy drugi sezon – trzeba dawać jak najmniej zadań, np. żeby dokładnie podał piłkę ze strony lewej na prawą, żeby dobrze bronił jeden na jeden swojego zawodnika i zastawił go, a jak tylko przechwycimy piłkę, żeby sprintem biegł do rogu i rozciągnął trochę obronę. Jeżeli się da młodszemu, czy mniej doświadczonemu zawodnikowi więcej zadań, to może mu się to wszystko pomieszać. Do tego dochodzi stres, przeciwnik. Różni gracze różnie się zachowują w czasie meczu. Jedni lubią gadać, inni nie bardzo. Wielokrotnie sam tego używałem, bo też dużo gadałem w czasie meczu. Byli gracze, którzy dobrze grali, a jak się zaczęło z nimi rozmawiać, prowadzić mały trash talk, kompletnie przestawali grać. Takich czynników jest bardzo dużo, więc trzeba delikatnie narzucać zadania na zawodników. Wiadomo, lider zespołu musi dźwigać drużynę na swoich barkach, więc i zadań ma najwięcej. Stres jest takim czynnikiem, który potrafi zniszczyć nawet najlepszego gracza, ale też tylko najlepsi potrafią ten stres zwalczyć w sobie w czasie meczu. W tym spotkaniu derbowym bardzo dobrze kryliśmy Obiego Trottera, chyba miał 0/9 z gry i nie mógł nic zrobić, po czym w ostatniej minucie trafił 2 bardzo ciężkie rzuty, właściwie wziął na swoje barki i zamknął mecz. Tak samo było w naszym meczu we Włocławku, gdzie Krzysiu Szubarga nie wyszedł w pierwszej piątce, trochę się nieswojo czuł przez cały mecz, a w 4 kwarcie trafił takie niewiarygodne rzuty, pociągnęło to Marcela, Kubę Garbacza i udało nam się wygrać. Zadania zadaniami, ale przez całą karierę im szybciej tym lepiej dla zawodnika jeżeli nauczy się panować nad stresem, myśleć bardziej o pozytywnych rzeczach, a nie o negatywnych: co będzie jak trafię, a nie co będzie jak nie trafię – tak to można powiedzieć w skrócie. Wtedy gracz jest w stanie szybciej osiągnąć swój potencjał.

Tu chyba zaczęliśmy temat-rzekę odnośnie psychiki zawodników, czy nawet szerzej mówiąc psychologii sportu. Wspomnieliśmy o tym, że trener rozrysował akcję, a zawodnik pod wpływem stresu mógł podjąć inną decyzję, ale czy to samo można powiedzieć o trenerach? Czy na niektóre ich zachowania też należy patrzeć przez pryzmat emocji?

Trenerzy tak samo jak zawodnicy to tylko ludzie i mają swoje uczucia. Każdy gra tutaj o swoją przyszłość. Kolej rzeczy jest taka, że po iluś przegranych meczach (różnie to wygląda w drużynach) najpierw się zwalnia trenera, potem dopiero zawodników, i tak jest w większości klubów na świecie – chyba że ktoś ma bardzo mocną pozycję, jak np. Gregg Popovich, który jest człowiekiem nie do zwolnienia, bo zbudował całą kulturę San Antonio. Pozbyto się najlepszego gracza, a Popovich jest dalej w tym samym miejscu, ale to jest jeden przypadek. Ja też przez te ostatnie 2 lata miałem parę razy taką sytuację, że wkradły się jakieś nerwy i popełniłem błąd. Coś wydarzyło się na boisku nie tak, ja źle spojrzałem, źle zareagowałem w stosunku do mojego zawodnika, który nie był w ogóle winien, a dostał ode mnie jakąś wykrzyczaną uwagę, i to też był duży błąd z mojej strony. Nerwy spowodowały to, że miałem złą ocenę sytuacji. Zawodnik, który grał dobrze, dostał reprymendę, i też różnie wtedy gracze reagują: jedni się potrafią zamknąć w sobie, a innych to motywuje. Trenerzy tak jak i zawodnicy ulegają presji. Najważniejszą kwestią jest to, czy te błędy potem mają wpływa na wynik.

Wspomniał Pan Gregga Popovicha. To on jest inspiracją dla Pana myśli szkoleniowej?

Nie będę ukrywał, że zawsze bardzo mi się podobały drużyny Popovicha, ponieważ grały zespołowo. Sam jako zawodnik uwielbiałem podawać. Całe życie chciałem grać na 1, kierować zespołem. Na początku z pozycji 2, potem 3, później 4 starałem się jak tylko mogłem podawać, bo mnie asysty bardzo cieszą. Właśnie ten styl San Antonio, który Popovich wykreował, gdzie piłka chodzi z jednej strony na drugą i wysoki gracz może mieć czasami 8 asyst, a rozgrywający 8 zbiórek – zawsze mi się podobał. W Asseco jakieś zaczątki takiego myślenia i grania chcieliśmy stworzyć. Słyszałem takie głosy, że to niedobrze, że Marcel Ponitka ma 6 zbiórek na mecz, ale to jest wszystko zamierzone. Jeżeli Krzysiek Szubarga potrafi zebrać 5 piłek, a Mikołaj Witliński dać 4 asysty, to to jest to, co my chcieliśmy zrobić.

W taką też stronę zmierza chyba nowoczesna koszykówka. To nie jest tak, że jak grasz na 1 to musisz kolekcjonować same asysty, a nie po prostu podawać, czy szukać zbiórki.

Przekazałem naszym graczom na u20, Mistrzom Dywizji B, że nie jestem zwolennikiem trzymania piłki przez jednego gracza tak długo, aż zrobi asystę, bo to nie jest w mojej opinii gra w koszykówkę. Nie musi być wcale tak, że rozgrywający, czy 2, czy 3 jest graczem nastawiony na asysty, bo z tego bierze się to, że piłka stoi i nic się nie dzieje. Jak piłka jest podawana asysty same się produkują i potem na koniec meczu można spojrzeć, że mimo, iż nikt się tego nie spodziewał, zawodnik ukończył mecz z 4, czy 5 asystami. Chciałbym, żeby w tym roku w Asseco też tak to wyglądało.

Czyli w nowym Asseco możemy spodziewać się stylu gry rodem z San Antonio Spurs?

Nie do końca. Tak jak bardzo lubię San Antonio i Popovicha za to, że potrafi do tego systemu wrzucić różnych graczy, powiedzmy, na warunki NBA również słabych, którzy funkcjonują bardzo dobrze i tworzą silny zespół, to jednak my chcemy grać szybciej i nadal utrzymać najszybsze tempo w lidze. Ktoś może na to spojrzeć i powiedzieć, że to jest element szaleństwa i braku rozwagi, ale to jest nasz styl i na pewno nie będziemy go zmieniać. Dołączył do nas Florence i z Szubim na pół, wspierani na pozycji numer 1 przez Marcela – myślę że dopiero teraz będziemy mogli zagrać szybko. Krzysiek przez ostanie 2 lata musiał grać po trzydzieści parę minut, więc też trudno było od niego wymagać, żeby napędzał cały czas grę zespołu i jeszcze rzucał ileś punktów, bronił, itd. Teraz mamy szerszy skład i myślę, że jeszcze możemy przyspieszyć.

 

Szybsze tempo, równa się większe zainteresowanie kibiców? Na pewno patrząc na budowę składu i grę w EuroCup jest na co czekać.

Po zeszłym sezonie, gdzie mieliśmy chyba 14 końcówek na mniej niż 3 punkty różnicy, nie wiem, czy jesteśmy w stanie powtórzyć coś takiego kiedykolwiek. Pewnie zapamiętane z nich są głównie nasze porażki, chociażby ta dzięki trójce Kuby Karolaka o deskę w ostatniej sekundzie, ale masę z tych końcówek też wygraliśmy. Ciężko będzie powtórzyć takie emocje, żeby każdy mecz kończył się taką różnicą punktów, ale zrobimy wszystko, żeby kibice byli zadowoleni. Staraliśmy się dobierać takich graczy, którzy lubią grę pod presją i lubią grę o najwyższe stawki, bo i Adam Łapeta i Filip Dylewicz to są uznani zawodnicy i grali już w różnych pucharach, Eurolidze, w reprezentacji, a i gracze amerykańscy bardzo lubią rywalizację. Taki skład udało się dobrać i myślę, że nie będzie problemu z motywacją, albo podejściem, nie będzie tak, że gramy w EuroCup, a polska liga jest mało ważna. To są ludzi, którzy chcą wygrywać każdy mecz i w każdym meczu będą chcieli grać na 100%.

O przygotowaniach do meczu słów kilka

Wiele osób pytało mnie ostatnimi czasy o to, w jaki sposób sędziowie przygotowują się do prowadzenia meczów – i to niezależnie od poziomu rozgrywkowego. Temat niełatwy i niesamowicie obszerny, ale spróbujmy się z nim zmierzyć.

Na początku krótka refleksja – najczęściej sędziowie popełniają błędy podczas spotkań, ponieważ …. zostają zaskoczeni. Przychodzi im zmierzyć się z sytuacją, która ich zaskoczyła, która według ich świadomości nie powinna mieć miejsca. A jak człowiek zaskoczony, to i reaguje w sposób nieprawidłowy – albo wcale. A brak reakcji czyli brak decyzji, to też decyzja w żargonie sędziowskim. Nie odgwizdałeś kroków, faulu błędu? Taką podjąłeś decyzję. Zaskoczenie powodować może kilka rzeczy – brak znajomości przepisów, brak koncentracji lub właśnie brak przygotowania. No to jak ci straszni sędziowie przygotowują się do zawodów?

Przede wszystkim – im wyższa ranga zawodów, tym wyższa profesjonalizacja. Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć, że sędzia PLK przygotowuje się zupełnie inaczej do zawodów niż sędzia okręgowy mający w planach sędziowanie meczu 3 ligi, o kadetach czy młodzikach nawet nie wspominając. Natomiast mając to wszystko z tyłu głowy, można jednak pokusić się o kilka elementów wspólnych, wspominając o kilku szczegółach.

Po pierwsze – rzut oka na obecną formę drużyn. Brzmi trywialnie, ale niestety wielu sędziów tego nie praktykuje, a to podstawowe źródło informacji i naszego przygotowania, nawet jeśli jesteś sędzią okręgowym. Gwoli wyjaśnienia powiedzieć należy, że sędziowie otrzymują nominacje na swoje mecze z odpowiednim wyprzedzeniem. Ono jest różne – są okręgi gdzie obsady są robione od razu na cały miesiąc z góry, są też takie gdzie odbywa się to w rytmie 2 – tygodniowym lub po prostu tygodniowym.  Na szczeblu centralnym oraz w ligach zawodowych (EBL oraz EBLK) z reguły również jest to tryb miesięczny/2 – tygodniowy. W związku z powyższym każdy sędzia powinien znaleźć czas chociażby na to. O co chodzi? O rzut oka na tabelę i wyniki ostatnich meczów drużyn, których mecz mamy posędziować. To jest początek naszego przygotowania, który już daje nam szereg informacji. Z mojej strony wygląda to tak -> sprawdzenie pozycji w tabeli, wyników 3-4 ostatnich meczów, jeśli mecz odbywa się w trakcie sezonu to też sprawdzenie pierwszego meczu pomiędzy tymi drużynami.  Jeśli mamy mecz dwóch drużyn będących „w dołku” – szykuje się twardy i trudny mecz (każdy będzie grał z przysłowiowym nożem na gardle i nie odpuści … ), jeśli obydwie drużyny są „na fali” – prawdopodobnie szykuje się dobre i wyrównane granie (nikt nie będzie chciał schodzić ze zwycięskiej ścieżki). Taka informacja daje nam chociażby ogólną świadomość tego, czego możemy się spodziewać.

Zapraszamy do wypełnienia naszej ankiety 

Po drugie – zebranie informacji na temat aktualnej sytuacji wewnątrz zespołów. Dziś w zależności od poziomu, o którym mówimy mamy różne źródła pochodzenia takich informacji. Na poziomie lig zawodowych czy też zespołów szczebla centralnego szereg informacji znaleźć można w internecie – strona internetowa ligi, klubów, TT, inne media społecznościowe. W przypadku sędziów okręgowych – również media społecznościowe, znajomi zawodnicy/trenerzy/sędziowie. Po co nam taka informacja?  Kontuzja kluczowego zawodnika, zmiana na stanowisku trenera, nowy transfer wzmacniający drużynę – to wszystko są informacje, które pozwalają nam po raz kolejny na przygotowanie się na tego, czego możemy się spodziewać -> czy w obrazie gry danej drużyny może się coś zmienić, a jeśli tak to w jakim kierunku.

Po trzecie – scouting. Mamy podpunkt, który sam w sobie jest tematem rzeką. Jeśli ktoś by pytał – TAK, sędziowie robią przed meczami scouting drużyn, jak i poszczególnych zawodników. Zacznijmy może od lig zawodowych (dla przykładu PLK) oraz lig szczebla centralnego i zobaczmy jak to wygląda. Przede wszystkim – każdy sędzia ma dostęp do nagrania video z każdego meczu danego szczebla rozgrywkowego. I dzięki temu naprawdę może sobie przeanalizować grę każdej z drużyn, z która spotka się podczas zbliżającej się kolejki. Podam prosty przykład – słynna już obrona Anwilu podczas meczów PlayOff, która dała włocławianom finał i niektóre mecze w serii finałowej. Gdyby sędziowie nie analizowali wcześniej spotkań Anwilu, nagłe pozostanie graczy obrony na całym boisku mogłoby ich zaskoczyć. Idąc dalej, dzięki analizie i przygotowaniu sędziowie wiedzieli dokładnie, w których miejscach gracze obrony zakładają pułapki i podwajają zawodnika z piłką – ta kluczowa informacja pozwalała na prawidłową ocenę tych zdarzeń pod kątem ewentualnego faulu, wybicia piłki na aut, itd. Nie mówię, że podstawowe zasady mechaniki sędziowskiej nie mówią na ten temat ani słowa, ale bez scoutingu i analizy konkretnych zagrywek i sposobów obrony, na pewno sędziom byłoby dużo trudniej.

Trochę poszliśmy w szczegóły, więc może bardziej ogólnikowo – sędziowie robiąc scouting drużyn jako całości zwracają uwagę na podstawowe kwestie – jak drużyna gra w obronie i w ataku. Czy broni strefą, a może na całym, a może tak i tak – zależnie od sytuacji na boisku. Czy w ataku głównie penetruje pod kosz, czy odrzuca piłkę na obwód szukając rzutów z dystansu. A jeśli już jesteśmy przy rzutach z dystansu, to pytanie jak bronią – czy skaczą „do końca”, czy też odpuszczają. To jest wiedza, która sędziom pozwala na jedną bardzo ważną rzecz, o której wspomniałem na samym początku – eliminuje to ewentualne zaskoczenie boiskową sytuacją.

Ok – a co np. ze scoutingiem poszczególnych zawodników? Tutaj też sędziowie nie odpuszczają. Ktoś mi kiedyś powiedział, że „każdy jest jakiś”. I w kontekście zawodników również – każdy zawodnik jest „jakiś”. I sędziowie (o ile są przygotowani) o tym wiedzą 😉 Nie chodzi o jakąś tajemną wiedzę, ale o rozpoznanie podstawowych nawyków danego zawodnika. Przykład? Bardzo proszę – taki Adam Hrycaniuk bardzo często stawia ruchome zasłony (zatem należy na to uważać). Takich przykładów mógłbym tutaj mnożyć. Są zawodnicy, którzy regularnie podpychają na zbiórce (do momentu, aż sędzia nie zauważy), są tacy którzy rzucając z dystansu wyrzucają nogi do przodu szukając kontaktu z obrońcą, są tacy którzy regularnie dodają od siebie. Wiedząc o tym i mając gdzieś z tyłu głowy takie informacje – sędziuje nam się po prostu łatwiej.

Sędziowie szczebla centralnego również mają do dyspozycji niesamowite narzędzie w postaci nagrania video z każdego meczu danego sezonu. Pomijając fakt, że każdy z sędziów po swoim meczu ogląda nagranie z niego 2-3-krotnie analizując podjęte przez siebie decyzje (o czym więcej przy innej okazji), to sędziowie przed meczami oglądają mecze drużyn, z którymi spotkają się w następnej kolejce. Dodatkowo – zasięgają informacji od swoich kolegów, którzy daną drużynę i danych zawodników widzieli na parkiecie ostatnio. Zawsze warto pozyskać takie spostrzeżenia. Będzie nam łatwiej 🙂 Na co uważać, co się wydarzyło, gdzie są zagrożenia.

Sędziowie okręgowi pod tym kątem mają dużo trudniej – przynajmniej w kontekście materiałów video. Niestety żaden okręg (z oczywistych przyczyn) nie rejestruje wszystkich spotkań, ani też nawet tych najważniejszych. Z reguły materiały video w okręgach pochodzą …. od sędziów, którzy we własnym zakresie dbają o swój warsztat sędziowski i nagrywają swoje mecze, żeby później móc je przeanalizować, wyciąć z nich ciekawe/kontrowersyjne sytuacje. Natomiast nie mówmy, że się nie da na tej podstawie zrobić sobie scoutingu video – oczywiście, że się da. Czy ktoś to robi? Bardzo rzadko … Z braku czasu, braku chęci, braku możliwości. Taka prawda. Natomiast scouting to nie tylko video. Poniekąd wspomniałem o tym trochę przy punkcie drugim. Na poziomie sędziego okręgowego, żyjąc basketem i naprawdę interesując się tą działką swojego życia, jesteśmy w stanie całkiem sprawnie ustalić rutynowe zachowania niektórych zawodników, ich zwyczaje, słabsze i lepsze strony, wytypować „lidera” danego zespołu. Wystarczy chcieć 🙂 Ja przez lata sędziowania i interesowania się życiem swojego okręgu i klubów szczebla centralnego, którego się z niego wywodziły, losem kadr wojewódzkich czy też po prostu kadr młodzieżowych, rozmawiając często z trenerami – potrafiłem przychodząc na dany mecz 3 ligi, mecze juniorów, a nawet kadetów, być przygotowanym na to,  czego mogę się spodziewać. Naprawdę – da się.

Po czwarte – przygotowanie stricte pod kątem sędziowskim. Sędziowanie polega na byciu stale na bieżąco. FIBA w ostatnich latach raczy nas różnymi interpretacjami przepisów nawet w trakcie trwania danego sezonu. Dlatego warto regularnie odświeżać sobie przepisy, śledzić nowinki, interpretacje, uaktualnienia, itd. Na jakimkolwiek sędziujemy poziomie – jest to „praca na cały etat”. Ale jeśli dla kogoś basket i sędziowanie to pasja – to o jakiej „pracy” my mówimy? 🙂

Wpis powstał długi, a i tak mam wrażenie, że nie wyczerpałem tematu. No cóż, mam nadzieję,  że mimo wszystko przybliżyłem Wam trochę tematykę tego, jak na co dzień przygotowujemy się do prowadzenia meczów 🙂

Ludzie Basketu #2 – Artur Pacek

Dlaczego nie przyjedziesz i tego nie sprawdzisz?”. Osoba, która mi odpisała to Tim Grover. Trener personalny Michael’a Jordan’a przez 15 lat, później DWade’a i Kobe’go – od tych słów wszystko się zaczęło.

Dziś, jego nazwisko zna już chyba każdy i specjalnie przedstawiać go nikomu nie trzeba. Specjalista od przygotowania motorycznego, powrotu sportowców do pełnej sprawności po kontuzjach oraz pracy nad samym sobą – w stawaniu się lepszym, w przekraczaniu własnych granic i w spełnianiu marzeń. Tak jak kiedyś On spełnił swoje i spełnia nadal.
Trener zawodników grających w Polskiej Lidze Koszykówki, Eurolidze, NBA, NCAA, czy w wielu, nie tylko europejskich reprezentacjach. Swoje doświadczenie zdobył w Attack Athletics w Chicago, pod okiem legendy Tima Grover’a. Jako pierwszy polski trener przygotowania motorycznego wziął udział w NBA Draft Combine i konferencji trenerskiej trenerów przygotowania motorycznego z najlepszej ligi świata.
Założyciel GETBETTER – stań się zwycięzcą oraz Strength & Conditioning Education Center – Artur Pacek i jego „american dream”!

Archiwum prywatne

Profesjonalista w każdym calu. Wszystko co robi to albo na 200% albo wcale. Jego podejście do kultury pracy jest niesamowite. Wszystko ma działać jak w szwajcarskim zegarku, nie ma miejsca na przypadkowość. Każdego dnia sumiennie pracuje nad sobą rozwijając warsztat trenerski. Bardzo dużo czyta oraz analizuje. Mógłby się czasami więcej uśmiechać (śmiech). Wierzę, że dojdzie na sam szczyt. Życzę mu pracy z Orłem na piersi oraz z najlepszymi na świecie w NBA. – Mateusz Leja

Pamela Wrona: Czy od zawsze wiedziałeś, co chcesz robić w życiu? Kiedy i jak narodził się pomysł, aby założyć camp GETBETTER i zostać trenerem od przygotowania motorycznego sportowców?

Artur Pacek: Tak, od zawsze. Od najmłodszych lat chciałem być koszykarzem. Nie wyszło. Musiałem podjąć jakąś decyzję. Bardzo chciałem ,,zostać przy” koszykówce, pomagać innym, podzielić się z nimi swoimi błędami, aby ich nie popełniali. Kiedy sam trenowałem próbowałem wszystkiego. Wszystkich metod treningowych, planów dietetycznych. Błądziłem. Przez to ciągle zbaczałem z wyznaczonej drogi. Wtedy tego nie rozumiałem. Frustrowałem się. Teraz wiem, że dzięki temu bardzo dużo się nauczyłem. Jeszcze kiedy byłem na studiach i biłem się z myślami w głowie ,,co robić dalej”, natrafiłem w internecie na filmiki z treningami zawodników z NBA w placówce sportowej w Chicago, które odbywały się cyklicznie pomiędzy sezonami. Na tych filmikach można było zobaczyć m.in. DWade’a, Gilbert Arenas’a, Caron Butler’a, Andre Igoudala, czy Juwan’a Howard’a. Poszperałem i dotarłem do osoby, która ich trenowała. Napisałem do tej osoby maila, nie marząc nawet o tym, że mi odpisze. Chciałem dowiedzieć się, jak to jest trenować takie osoby, jak wygląda ośrodek, jak jest wszystko zorganizowane. Zapomniałem o tym. Sprawdziłem skrzynkę mailową po kilku dniach i otrzymałem wiadomość zwrotną: ,,Dlaczego nie przyjedziesz i tego nie sprawdzisz?”. Osoba, która mi odpisała to Tim Grover. Trener personalny Michael’a Jordan’a przez 15 lat, później DWade’a i Kobe’go. Z racji tego, że jak na tamten czas to było dla mnie wielkie wyzwanie, pod każdym względem. Poleciałem na pół roku do Stanów Zjednoczonych. Bardzo dużo się nauczyłem właśnie od mojego trenera – Tim’a Grover’a, ale i od graczy. Pokazał mi wiele. To zmieniło moje życie.

Zapraszamy do wypełnienia naszej ankiety 

Można powiedzieć, że chcesz być dla innych taką samą inspiracją, jaką Tim Grover jest dla Ciebie. Taki jest Twój cel i misja GETBETTER?

Nadrzędnym celem jest wielowymiarowa pomoc zawodnikom w każdym aspekcie koszykarskiego rzemiosła. Dosłownie. Technika indywidualna, przygotowanie motoryczne, mentalność. Każdego dnia zawodnicy odbywają po 5-6 jednostek treningowych. To wielkie wyzwanie dla ciała, ale przede wszystkim umysłu. Dzięki temu przekraczają oni swoje granice i stwarzają sami sobie lepsze warunki do rozwoju. Nie boją się wyzwań, ciężkiej pracy, wyrzeczeń. Mam do każdej osoby, która przyjeżdża do nas wielki szacunek za to co robią, bo wiem jak wiele ich to kosztuje.

Czy na swoich klientów (będzie to chyba najtrafniejsze określenie), patrzysz przez pryzmat samego siebie? Chcesz poniekąd pokazać im, że niemożliwe nie istnieje oraz jak w skuteczny sposób przekroczyć własne granice i spełnić marzenia?

Wydaje mi się, że poniekąd zawsze tak jest, że dostrzega się gdzieś cząstkę siebie. Cały system GETBETTER jest stworzony tak, aby gracze przekraczali granice, które ciężko byłoby im pokonać samemu. To ułatwia cały proces i buduje wielką pewność siebie. Naukowo jest udowodnione, że osoby korzystające z pomocy innych osiągają zdecydowanie więcej.

Getbetter.pl

Trener Artur to dla mnie najlepszy trener przygotowania motorycznego z jakim miałem okazje pracować. Profesjonalista na każdym kroku. W 100% oddany swojej pracy i swoim zawodnikom. Szczerze, bardzo żałuję, że nie będziemy mogli współpracować razem w tym sezonie w Rosie Radom. – Artur Mielczarek

Artur Pacek głównie kojarzony jest ze środowiskiem koszykarskim, ale prawdą jest, że nie pracujesz jedynie z przedstawicielami tego sportu. Czy masz jakieś ograniczenia? Z jakimi sportowcami możesz współpracować?

Nie mam żadnych ograniczeń. Trenowałem wielu sportowców z różnych dyscyplin sportowych: siatkówka, piłka nożna, sporty walki, gimnastyka, piłka ręczna. Skłamałbym mówiąc, że koszykówka nie jest mi najbliższa. Jest! Prawdą jest fakt, że 70-80% w przygotowaniu motorycznym jest taka sama dla wszystkich dyscyplin, a tylko 20-30% to specyficzne różnice. Zgięcie w stawie biodrowym to zgięcie w stawie biodrowym, podciąganie to podciąganie, wyciskanie to wyciskanie. Nie zastąpimy tych rzeczy niczym innym. Ciężko wymyślić nowe koło. Te 20-30% to już specyfika dyscypliny: systemy energetyczne, które są używane w danym sporcie, miejsca w ciele które są najbardziej narażone na kontuzje, czy rodzaje pracy mięśniowej które dominują.

Skąd czerpiesz swoją wiedzę?

Bardzo dużo czytam. Kieruje się zasadą 10 przeczytanych stron dziennie. 10 stron dziennie to 3650 stron w roku. To 12, 300 stronicowych książek przeczytanych w 12 miesięcy. Do tego analizuje, zbieram dane, ,,update’uje” je. Piszę artykuły, które pomagają segregować wiedzę, przelewać ją na papier. Ale co najważniejsze – trenuje ludzi! Dzięki temu można nauczyć się najwięcej. Tak naprawdę całe moje życie to przygotowanie motoryczne. Wiem, że tym zdaniem narażam się mojej kochanej żonie (śmiech).

Kto, oprócz Ciebie jest odpowiedzialny za prawidłowe funkcjonowanie campu? Co GETBETTER możecie zapewnić sportowcom?

Mamy cały zespół osób który odpowiada za poszczególne ,,segmenty GETBETTER”: fizjoterapia, przygotowanie motoryczne, koszykówka. Każdy z nas odpowiada za coś innego, ale wszyscy podążamy w tym samym kierunku – pomoc każdemu zawodnikowi z osobna. Konrad Kaźmierczyk odpowiada za technikę indywidualną na sali, Łukasz Kulikowiec za fizjoterapię i korekcję, Mateusz Leja oraz Dominik Duda za trening młodzieży i kobiet. Michał i Wojtek z kolei, prowadzą motorykę, Michał i Maciej współtworzą fizjoterapię a Łukasz współprowadzi treningi wraz z Konradem i Dominikiem. To są bardzo dobrzy trenerzy. Co możemy zapewnić? Najlepsze warunki do rozwoju pod każdym względem.

Getbetter.pl

Artura znam od 6 lat. Jego konsekwencja w dążeniu do celów, które systematycznie sobie wyznacza, jest czymś niezwykłym. To jedna z osób, które żyją dla swojej pracy a nie pracują po to żeby żyć. – Marcin Pławucki

Obóz w Jezierzycach Słupskich trwa od 25 czerwca do 11 sierpnia, a treningi są prawie przez cały tydzień. Kiedy masz czas na odpoczynek?

Prawdę mówiąc…Nie mam (śmiech).

Trafne będzie stwierdzenie: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”. Zgadzasz się z tym? Jak to się ma do tego, co robisz każdego dnia?

Zdecydowanie. Nie traktuję tego jako pracę. To mój styl życia.

W zeszłym roku wydałeś książkę „GetBetter Jump Program”. Domniemam, że nie chodzi tylko o wyskok. Czego można się dzięki niej nauczyć? Czemu ma służyć?

Chciałem podzielić się swoją wiedzą z innymi osobami. Ta książka to coś w rodzaju ,,misji”. Jak sam trenowałem, to ciągle błądziłem, tak jak wspomniałem na początku. Dostęp do internetu był bardzo ograniczony, nie było tyle wiedzy, która jest dostępna teraz, nie było campów etc. Człowiek się motał sam ze sobą, podejmował głupie decyzje. Ta książka to kwintesencja ostatnich lat mojej pracy. Wszystko co najlepsze. To sprawdzony program, który działa! Pomoże Ci zwiększyć wyskok, ale i zabezpieczy Cię przed kontuzjami, poprawi siłę, szybkość, gibkość. Wszystko to co potrzebne jest do gry w koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną, czy ręczną.

Doszły mnie słuchy, że planujesz wydać drugą autorską książkę. Czym będzie różnić się od „GetBetter Jump Program”? Czy myślisz, że odniesie sukces jak pierwsza, która została wyprzedana w zaledwie 2,5 miesiąca?

„Sekrety przygotowania motorycznego” – tak będzie nazywać się moja druga książka, którą piszę z moim przyjacielem Mirkiem Babiarzem. Będzie ona bardziej związana stricte z przygotowaniem motorycznym. Jak budować, rozgrzewkę, trening siłowy, ocena dysfunkcji, trening typu strongman, gumy i łańcuchy oraz wiele innej tematyki, do tego znajdą się gotowe programy treningowe dla sportowców wielu dyscyplin. Tworzymy coś, czego nie było w polskim środowisku przygotowania motorycznego. Uważam, że tę książkę powinien mieć każdy sportowiec i trener. Premiera koniec lub początek roku kalendarzowego.

Przeszedłeś długą drogę, aby osiągnąć sukces. Od zwykłego chłopaka, który uwierzył w siebie i pogonił za marzeniami, aż do kogoś, kto robi niezwykle rzeczy. Stworzyłeś własną, rozpoznawalną markę. Faktem jest, że znaczna część środowiska koszykarskiego w każde wakacje oddaje się w Twoje ręce, by podążać Twoimi śladami, jakbyś był ich mentorem. Czy kiedykolwiek pomyślałbyś, że będziesz w miejscu, w którym teraz jesteś? Czy masz jeszcze jakieś cele, które chciałbyś urzeczywistnić?

Nigdy nie analizuję tego w takich kategoriach. Zawsze staram się iść do przodu i nie oglądam za siebie. Nie lubię gdybać. Lubię działać. Od zawsze uwielbiałem marzyć. Uważam, że nasze marzenia powinny nas przerażać. Jest takie świetne ćwiczenie, które nazywa się ,,lista 1000 marzeń”. Bardzo proste. Bierzesz kartkę i zapisujesz swoje 1000 marzeń. Jest to niezwykle ciężkie do zrobienia, ale pobudza kreatywne myślenie i pozwala otworzyć się na nowe pomysły i rozwiązania.

Czy to prawda, że otrzymałeś propozycję współpracy od jednego z klubów NBA? Czy jest szansa, że będziesz pracował tam na stałe?

Tak, to prawda. W czerwcu przebywałem w jednym z klubów z NBA, ale w tej chwili nie mogę mówić nic więcej. Zobaczymy co się wydarzy. To jest proces. Nadchodzący sezon spędzę na pewno w drużynie BM Slam Stal Ostrów.

Czy zawodnicy, z którymi pracowałeś w Stanach mają inne podejście i inną świadomość treningu siłowego i motorycznego niż zawodnicy, z którymi współpracujesz na co dzień?

W USA jest inna kultura treningu. Infrastruktura, budżety, sztab trenerski, medyczny, a konkretnie ilość osób, to jest coś co pozwala zawodnikom lepiej i ciężej trenować. Oczywiście historie krążące o Kobe’m Bryant’cie i jego podejściu do treningu i tytanicznej pracy są prawdziwe. Ja bardzo wierze w swoich zawodników i wiem jak trenują Jakub Dłoniak, Krzysztof Szubarga, Paweł Kikowski, Artur Mielczarek, Paweł Leończyk, czy młodsi: Michał Michalak, Krzysztof Sulima, Mikołaj Witliński oraz wielu innych, których nie wymieniłem. Uważam, że naszym graczom nie można niczego zarzucić. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę. Szkoda, że u nas się o tym tyle nie mówi, nie propagujemy tak ciężkiej pracy i takich niesamowitych historii jak w USA. Michał Michalak, który skończył sezon, odpoczął 1-2 tygodnie i zaczął przygotowywać się do zgrupowania kadry, nie został powołany do meczowej dwunastki, ku zaskoczeniu wielu osób. Wielu zawodników by się poddało, spakowało i poleciało na wakacje. Michał wrócił do domu i dalej trenował. I trenuje do dnia dzisiejszego. Takich przykładów jest więcej. Jakub Dłoniak, kiedy zostaw królem strzelców po sezonie w którym przesiedział na ławce w końcówce sezonu, trenował w pre-season blisko 12 tygodni bez dnia przerwy. Wielu ludzi to podważało, mówiąc, że w Siarce to każdy mógłby być królem strzelców, ale jakoś to się nie stało w ciągu ostatnich 20 lat od kiedy Kuba stał się najlepszym strzelcem. Krzysiek Szubarga to materiał na książkę. Walka z kontuzją. Jego transformacja i powrót na poziom dla niektórych nieosiągalny, wywalczył króla strzelców ligi i prowadził do wielu zwycięstw swoją drużynę, gdzie wiele osób go skreśliło. Etyka pracy i miłość do rywalizacji to najlepsze cechy które opisują te osoby. Historii jest oczywiście więcej i pewnie trzeba by kilka książek o tym napisać, ale warto o tym mówić, żeby zaszczepiać właściwe postrzeganie świata oraz nawyk ciężkiej pracy młodszym graczom.

 

 

Wakacje koszykarza, czyli sezon wcale nie ogórkowy (część IV) – Jakub Parzeński

Niewielu jest w polskiej lidze graczy o wzroście powyżej 210 centymetrów wzrostu – szczególnie dysponujących polskim paszportem. Jednym z nich jest Jakub Parzeński, który w poprzednich rozgrywkach miał wyjątkowego pecha – po zaledwie siedmiu meczach musiał zakończyć sezon z powodu kontuzji kolana. Oczywiście konieczna była operacja, następnie kilka miesięcy żmudnej rehabilitacji by wrócić na boisko. Najważniejsze, że już teraz Kuba jest gotowy, a co więcej ma już pracodawcę – postawił na niego Anwil Włocławek, prowadzony przez trenera Igora Milicicia. Popularny Parzyk będzie jedną z kilku opcji podkoszowych. Zobaczmy zatem jak spędza on wakacje przed rozpoczęciem rozgrywek w barwach Mistrza Polski.

 Marcin Cieńciała: Jak wygląda Twój okres przygotowawczy? Opowiedz nam jak i gdzie trenujesz?

Jakub Parzeński: Patrząc na mój ogólny program przygotowań między sezonami od kilku lat wygląda to podobnie w kwestii samego przygotowania motorycznego: 7 dni całkowitego odpoczynku po sezonie, później zaczynam pracę na siłowni, stadionie i na basenie. W zakresie planu przygotowań i ich wykonania współpracuję z Bartkiem Bibrowiczem. W tamte wakacje co prawda nie mogliśmy wspólnie trenować, gdyż Bartek pracował w Chinach, ale otrzymałem od niego szczegółowy plan, który był podzielony na poszczególne okresy przerwy międzysezonowej. Oczywiście nie mówię tutaj o ćwiczeniach związanych z kolanem – tutaj praca jest zupełnie inna i przede wszystkim polega na systematycznym wzmacnianiu zgodnie z wytycznymi z kliniki, w której przechodziłem rehabilitację. Jest to już jednak głównie profilaktyka, która ma mi pomóc utrzymać nogę w optymalnej formie. Natomiast między tymi okresami, które przygotowuje dla mnie trener przygotowania motorycznego są jeszcze przeważnie dwie jednotygodniowe przerwy – wtedy jest czas na wyjazd wakacyjny i odpoczynek. A jeżeli chodzi o koszykówkę i pracę, jaką mam do wykonania w kontekście przygotowania do sezonu, to każdego roku jest inaczej – parę lat temu byłem w USA z Jarkiem Zyskowskim u trenera, który teraz jest asystentem w Charlotte Hornets – Jaya Hernandeza, w kolejne wakacje była praca w Gdyni z trenerami Asseco, innym razem technika indywidualna z Robertem Kościukiem bądź Radosławem Hyżym we Wrocławiu.

Wracasz po ciężkiej kontuzji – jak się czujesz po czasie spędzonym na rehabilitacji i gdzie się ona odbywała?

Czuję się bardzo dobrze! Rehabilitację przechodziłem we Włoszech w Bolonii pod okiem świetnego fachowca. Facet naprawdę zna się na rzeczy, a co dla mnie ważne miał już nieraz do czynienia z zawodnikami powyżej 210 centymetrów wzrostu. Sam Danilo Gallinari po zerwaniu więzadła przyleciał z Denver i leczył się pod jego okiem, co z pewnością świadczy o jego jakości, więc jestem przekonany, że właściwie pokierował procesem mojego powrotu do pełnej sprawności.

Czy przed sezonem jest miejsce na trochę odpoczynku? Była okazja do wakacyjnego  wyjazdu?

Powiedzmy, pół żartem, pół serio, że „wakacje” miałem cały sezon – co prawda poświęcałem osiem godzin dziennie od poniedziałku do piątku na rehabilitację, ale jest to zdecydowanie inna praca niż podczas sezonu z drużyną. Był również czas w weekendy, żeby pojeździć i pozwiedzać Italię, dlatego teraz nie ma już co myśleć o odpoczynku tylko o regularnej ciężkiej pracy.

Jakie wyzwania stawiasz sobie przed nowym sezonem w Anwilu Włocławek?

Dużym wyzwaniem na pewno będzie obrona Mistrzostwa Polski i rywalizacja w Champions League. Indywidualnie po prostu chcę dawać zespołowi jak najwięcej i cieszyć się grą, której przez ostatni rok tak bardzo mi brakowało. Już nie mogę się doczekać, kiedy rozpoczniemy przygotowania – z pewnością chcę dać z siebie wszystko i pomóc drużynie, jak tylko będę potrafił.

Jakub pomimo utraty niemal całego poprzedniego sezonu nadal jest graczem, który może stanowić o podkoszowej sile swojego zespołu. Poza punktami, które zdobywa spod kosza dysponuje niezłym rzutem, choć raczej go nie nadużywa. Przez większość swojej kariery utrzymuje średnią z gry na poziomie oscylującym wokół 50%, natomiast w ostatnich dwóch sezonach (wliczając 7 meczów poprzednich rozgrywek) trafiał na poziomie zbliżonym do 60%. Parzyk regularnie zdobywa około 8 punktów i zbiera niespełna 5 piłek. W Dąbrowie Górniczej dobrze radził sobie także w akcjach typu pick’n’roll, które często kończył efektownymi wsadami. We Włocławku życzymy mu przede wszystkim zdrowia oraz wielu dobrych podań od kolegów, które z pewnością otworzą mu możliwość do niejednego wsadu elektryzującego Halę Mistrzów.

Krajobraz PLK

Andrzej Romański/Energa Basket Liga.

Zestawienie aktualnych składów drużyn PLK. Zawodnicy zostali umownie przypisani do pozycji, na których najczęściej występują lub będą występować.

Poniższe podsumowanie zawiera tylko i wyłącznie zawodników i trenerów oficjalnie potwierdzonych. Gracze  i trenerzy zapisani przy użyciu pogrubienia zostali ogłoszeni przez swoje kluby tego lata.

Do drzewek!

Anwil Włocławek 

PG Kamil Łączyński, Vladimir Mihailović, Igor Wadowski
SG Michał Michalak, Jarosław Zyskowski
SF Mateusz Kostrzewski, Chase Simon
PF Nikola MarkovićWalerij Lichodej, Rafał Komenda
C Josip Sobin, Jakub Parzeński, Szymon Szewczyk
Trener Igor Milicić

BM Slam Stal Ostów Wielkopolski

PG  Mike Scott, Daniel Szymkiewicz
SG  Michał Chyliński,  Przemysław Żołnierewicz
SF Blake Hamilton, Łukasz Majewski
PF  Witalij Kowalenko, Michał Nowakowski
C  Shawn King, Danilo Tasic
Trener Wojciech Kamiński

Polski Cukier Toruń

PG Robert Lowery, Tomasz Śnieg
SG Łukasz Wiśniewski
SF Bartosz Diduszko, Karol Gruszecki
PF Aaron Cel, Aleksander Perka
C Przemysław Karnowski, Cheikh Mbodj, Krzysztof Sulima
Trener Dejan Mihevc

Stelmet Enea BC Zielona Góra

PG Łukasz Koszarek, Markel Starks, Kacper Traczyk
SG Filip Matczak, Gabe DeVoe, Kacper Mąkowski
SF Michał Sokołowski, Przemysław Zamojski
PF Żeljko Sakić, Boris Savović, Jarosław Mokros
C Darko Planinić, Adam Hrycaniuk
Trener Igor Jovović

Rosa Radom

PG Obie Trotter, Filip Zegzuła,
SG Marcin Piechowicz, Cullen Neal, Mateusz Szczypiński
SF Artur Mielczarek
PF Daniel Wall, Szymon Szymański, Łukasz Bonarek
C Hanner Mosquera-Perea, Wojciech Wątroba
Trener Robert Witka

MKS Dąbrowa Górnicza

PG Trey Davis, Jakub Kobel
SG Ben Richardson
SF Bartłomiej Wołoszyn, Mateusz Zębski
PF Michał Gabiński, Mathieu Wojciechowski, Cleveland Melvin
C Szymon Łukasiak
Trener Jacek Winnicki

King Szczecin

PG Kaspars Vecvagars, Jakub Schenk, Maciej Majcherek
SG Martynas Paliukenas, Dominik Wilczek
SF Paweł Kikowski, Tauras Jogela
PF Łukasz Diduszko, Mateusz Bartosz
C Darrell Harris, Martynas Sajus
Trener Mindaugas Budzinauksas

TBV Start Lublin

PG James Washington, Michael Gospodarek, Bartłomiej Pelczar
SG Earvin Morris, Mateusz Dziemba
SF Marcin Dutkiewicz, Wojciech Czerlonko
PF Uros Mirković, Kacper Borowski, Paweł Kowalski
C Devonte Upson, Roman Szymański
Trener David Dedek

Trefl Sopot

PG Ian Baker, Łukasz Kolenda
SG Vernon Taylor, Piotr Śmigielski, Sebastian Walda
SF Damian Jeszke, Michał Kolenda, Patryk Pułkotycki
PF Paweł Leończyk, Grzegorz Kulka
C Milan Milovanović, Jakub Motylewski
Trener Marcin Kloziński

Asseco Gdynia

PG Krzysztof Szubarga, James Florence,
SG Deividas Dulkys, Marcel Ponitka,
SF Joshua Bostic, Jakub Garbacz, Karol Kamiński
PF Filip Dylewicz, Mikołaj Witliński
C Robert Upshaw, Adam Łapeta, Dariusz Wyka
Trener Przemysław Frasunkiewicz

Polpharma Starogard Gdański

PG Justin Bibbins, Paweł Dzierżak
SG Tre BusseyAleksaner Załucki
SF Thomas Davis, Daniel Gołębiowski, Filip Struski
PF Kacper Młynarski, 
C Brett Prahl, Adam Kemp
Trener Artur Gronek

AZS Koszalin

PG Aleksandar Radulović, Marek Zywert
SG Drew Brandon, Krzysztof Jakóbczyk, Bartosz Bochno
SF Alan Czujkowski, Maciej Kucharek
PF Grzegorz Surmacz, Dragoslav Papic
C Marko Tejić, Brandon Walters
Trener Dragan Nikolić

GTK Gliwice

PG Myles Mack, Mateusz Szlachetka
SG Riley LaChance, Piotr Robak, Kacper Radwański
SF Tanel Kurbas, Marek Piechowicz, Daniel Dawdo
PF Brian Dawkins, Szymon Kiwilsza
C Damonte Dodd, Dawid Słupiński
Trener Paweł Turkiewicz

Miasto Szkła Krosno

PG Jabarie Hinds, Grzegorz Grochowski
SG Charlie Westbrook, Paweł Krefft
SF Jordan Loveridge, Mihajlo Bogdanović, Maciej Bojanowski
PF Filip Put, Tim Williams, Damian Pogoda
C Adrian Bogucki
Trener Mariusz Niedbalski

Legia Warszawa

PG Sebastian Kowalczyk, Michał Kucharski, Dawid Sączewski
SG Mo Soluade, Roman Rubinshtein, Mariusz Konopatzki, Bobby Word
SF Omar Prewitt, Jakub Karolak
PF Michał Kołodziej, Keanu Pinder, Adam Linowski
C Ruslan Pateev, Patryk Nowerski
Trener Tane Spasev

KS Spójnia Stargard

PG Anthony Hickey, Dawid Bręk
SG Piotr Pamuła, Maciej Raczyński, Marcin Dymała
SF
PF Jalen Hayes, Hubert Pabian,  Wojciech Fraś
C Albert Owens, Nick Madray, Marcel Wilczek
Trener Krzysztof Koziorowicz