Tag: NBA

Zmiany w rodzimym League Pass, czyli emocje kibiców ograniczone

Już za tydzień Energa Basket Liga wraca na ligowe parkiety, ekrany telewizorów oraz monitory komputerów. Z pewnością ten fakt wywołuje sporo ekscytacji wśród kibiców, którzy z radością śledzić będą poczynania swoich ulubionych zespołów. No i tutaj pojawia się mały zgrzyt – niby niewielka zmiana, lecz odczuwalna, gdyż zmieni się sposób płatności w serwisie emocje.tv. I to znacząco się zmieni.

No cóż, Liga idzie z duchem czasu i chce nawiązywać do najlepszych i popularnych rozwiązań. Godne podziwu i aprobaty, jednak czy na każdym polu należy dokonywać małych rewolucji? Czy dotychczasowe rozwiązania, związane z transmisjami meczów w Internecie były aż takie złe? Pod pewnymi względami – być może. Ciężko bowiem ocenić jakie są koszty pojedynczej transmisji i ile osób musiało wykupić do niej dostęp za legendarne już 4,90. Należy jednak ocenić na ile jest to sprawa kibiców, a na ile sprawa Ligi. Obecne zmiany  wycofują możliwość wykupienia pojedynczego meczu oraz pakietu klubowego, w których miejsce pojawia się miesięczna lub tygodniowa subskrypcja w cenach 40 i 18 złotych, dająca możliwość oglądania nieograniczonej ilości spotkań w tym czasie. Biorąc pod uwagę wprowadzenie zróżnicowania w godzinach rozpoczęcia gier, i tym samym możliwość zobaczenia ich większej ilości w ciągu dnia – koncepcja jest niezła. Jednak jak na polskie realia – w mojej opinii – mocno na wyrost.

Po pierwsze ciężko ocenić ilu mamy kibiców, którzy zagorzale śledzą poczynania wszystkich ligowych potyczek – oczywiście taka grupa się znajdzie, ale prawdopodobnie nie będzie ona liczona nawet w setkach. Zdecydowanie więcej fanów chętnie oglądała zespół, któremu kibicuje i z którym się utożsamia – stąd rozwiązanie pod tytułem „pakiet klubowy” wydawało się sensowne, choć tutaj też brak danych w jakim wymiarze się sprzedało. Po trzecie cena 4,90 zł. za pojedynczy mecz była bardzo sensowna i porównywalna z cennikiem ipla.tv, która oferuje transmisje realizowane na dużo wyższym poziomie. Myślę, że ta najprostsza opcja sprzedawała się najlepiej – kibic mógł w danej kolejce zobaczyć mecz swojej ekipy, załapać się na transmisję w Polsacie i jeszcze wybrać coś ekstra, jeżeli oczywiście dzieje się jeszcze coś w jego opinii ciekawego, kupując jeszcze jeden dostęp w serwisie bez żadnych zobowiązań. Bo to przecież tylko i wyłącznie wola kibica decyduje o tym, co będzie chciał obejrzeć – nikogo innego.

Natomiast subskrypcja to pewnego rodzaju narzucanie kibicowi zobowiązania, bo skoro ma zapłacić 18 złotych za tydzień, czyli w teorii jedną kolejkę (!), to nie będzie przecież wybierał tylko jednego meczu – albo obejrzy trzy lub cztery, albo sobie odpuści oglądanie tego jednego za kwotę większą, niż koszt biletu wstępu na większość ligowych hal w Polsce. W skali miesiąca jest nieco lepiej, natomiast w kontekście dotychczas obowiązującej stawki (4,90) zobaczyć należy minimum 9 spotkań, by ta inwestycja się opłacała. To przynajmniej dwa w każdy weekend plus jeszcze jeden. I tutaj również pojawia się wątpliwość, gdyż drużyna, której kibicujemy zagra w ciągu jednego miesiąca przynajmniej dwa razy u siebie, czyli tych meczów w internecie oglądać nie musimy i jako dobrzy fani zasiądziemy na trybunach. Tym samym w teorii obejrzeć możemy jeszcze dwa mecze drużyn, którym kibicujemy trochę mniej. I nie mówię tutaj o wybieraniu hitów, ponieważ te mają być przecież transmitowane w Polsacie w soboty i niedziele. Tym samym nasze ligowe menu zaczyna się solidnie kurczyć, a i czasu na obejrzenie tego wszystkiego może zabraknąć. Nie wspominając o tym, że subskrypcja odnawia się automatycznie, tym samym gdy jednak nie będziemy zadowoleni z usługi, to musimy pamiętać, by się z niej wycofać zanim emocje.tv zafundują nam kolejny miesiąc z ligowymi zmaganiami.

W kontekście powyższej oferty małe porównanie popularnych serwisów, które świadczą usługi w zakresie subskrypcji:
Showmax – 19,90 złotych miesięcznie, które poprzedza 14-dniowy, darmowy okres próbny
Netflix – 52 złote w pakiecie Premium
NBA League Pass – 64,99 zł./469,99 złotych za sezon w najwyższym (i jedynym porównywalnym w kontekście oferty) pakiecie „Every team, every game”
Basketball Champions League – 6,99 Euro/miesięcznie (kwalifikacje za darmo w serwisie YouTube)
Turnieje FIBA 3×3 (w tym rangi Masters) – za darmo w serwisie YouTube

Wiadomo, że koszykówki dotyczą trzy ostatnie, jednak należy zwrócić uwagę, że jakość realizacji w tych wszystkich opcjach jest absolutnie profesjonalna. Ponadto League Pass otwiera nam mnóstwo dodatkowych opcji  i różnych atrakcji, natomiast jedyną wartością dodaną transmisji na Emocje.tv ma być komentarz. Więc tym samym jeżeli pełny koszt zobaczenia sezonu NBA wynosi 469,99 złotych, a Polskiej Ligi Koszykówki 320 złotych, to zostawiam Was samych z tą decyzją i trzymam kciuki za wybór, który będzie Was satysfakcjonował.

Na zakończenie moich wywodów kilka gorzkich słów – w NBA, do której nieco chce się upodobnić nasza Liga pod względem transmisji internetowych zyski z praw telewizyjnych są dzielone pomiędzy kluby, natomiast koszty League Pass są dla przeciętnego Amerykanina raczej symboliczne i nijak mają się do cen biletów wstępu na mecze. Oczywiście skala popularności, zasięgu i wartości medialnej jest nieporównywalna, jednak w kontekście tej sytuacji pojawia się niezaprzeczalny fakt – Energa Basket Liga to jedyne profesjonalne rozgrywki w Polsce, w których Liga nie dzieli się z klubami zyskami z transmisji, mimo, że to przecież wizerunek klubów i ich zawodników jest w nich wykorzystywany. Tym samym po raz kolejny kibice żeby coś zobaczyć – płacą za siebie. A to, że transmisje mogły się do tej pory nie sprzedawać to nie jest sprawa ani klubów ani kibiców, tylko ligi i dostawcy usługi, którego sobie wybrała. Jeżeli budżet się nie domykał, to można było do niego dołożyć parę złotych więcej – nie dla siebie, nie dla dostawcy, nie dla klubów – dla kibiców.

Jak oglądać koszykówkę – Okiem Pawła Mrozika

Stany Zjednoczone i koszykówka – oczywiste połączenie. W dzisiejszym odcinku naszego cyklu zapraszam Ciebie do spojrzenia na basket zza Oceanu, z perspektywy koszykówki akademickiej. Znajdziesz tutaj wiele tematów i nie chcę zabierać radości z ich odkrywania. Zasugeruję tylko: szkolenie młodzieży, rywalizacja w sporcie, kultura koszykarska, wszechstronni wysocy gracze i wiele, wiele więcej. Panie i Panowie, zaparzcie sobie kawę (najlepiej w kubku termicznym), usiądźcie wygodnie i czytajcie: przed Wami coach Paweł Mrozik.

Piotr Alabrudziński: NCAA jest specyficzną ligą. Nie chodzi mi jedynie o różnice w przepisach, ale też fakt, że zawodnicy spędzają w niej maksymalnie 4 lata. To chyba jeszcze bardziej podkreśla rolę trenera, jego opieki nad zawodnikiem. Jak to jest pracować na stanowisku trenerskim w NCAA?

Paweł Mrozik, asystent trenera w Mercer Bears: Dla mnie jest to jedna z najfajniejszych rzeczy w byciu trenerem. Pan to nazwał opieką nad zawodnikiem, ja to nazwę jego rozwojem. Możliwość pracy z młodymi ludźmi, którzy chcą coś osiągnąć, dojść do czegoś w życiu, uczyć się – to właśnie powoduje, że co rano wstaję i chcę wykonywać swoją pracę. Prowadzenie ich w procesie nauki, pomaganie w zdobywaniu nowych koszykarskich szlifów, nowych umiejętności. Nie ma dla mnie jako trenera większej przyjemności niż widzieć, że zawodnik sam czuje, że w jakimś elemencie staje się lepszy i jest w stanie to wykorzystać najpierw na treningu, a później w meczu.

Pana przygoda z koszykówką od strony trenerskiej prowadziła przez różne stanowiska, których nazwy pozostawiają pewną dozę interpretacji. Mam tu na myśli funkcje Director of Basketball Operations w Valparaiso oraz Graduate Assistant w uczelni Liberty. W jednej z rozmów wspomniał Pan, że były to stanowiska o charakterze administracyjnym. Co wówczas wchodziło w zakres obowiązków?

Ogólnie rzecz biorąc – pomoc. W Stanach jest tak, że ludzi do pracy w drużynie jest dużo. Jest head coach, trzech asystentów tzw. trenująco-rekrutujących, czyli asystentów, którzy mogą trenować z zawodnikami, ale też jeździć rekrutować nowych graczy, a potem jest cała rzesza ludzi, która nazywa się po angielsku support staff. Tutaj pojawia się właśnie funkcja Director of Operations, Director of Player Development, czy Graduate Assistant. Kończymy takim stanowiskiem jak Manager, czyli pomocnikiem już do samego treningu, który zbiera piłki, itd. Nie wspominam o trenerze od siłowni, czy masażyście, ale gdyby wszystkich policzyć, to mamy ponad 12, czy 15 osób w sztabie trenerskim.

Director of Operations można przyrównać do kierownika drużyny, który jest na każdym treningu. Często tę funkcję pełnią zwykli trenerzy, którzy ze względu na nałożone przez NCAA limity, żeby w drużynie było 3 asystentów trenera, nie mogą pełnić tego stanowiska. Taka dygresja gwoli wyjaśnienia, gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego uczelnia może zatrudnić tylko 3 asystentów, a nie np. 7. Liga NCAA dąży do wyrównywania szans, tak jak i NBA, gdzie jest draft, który ma te szanse wyrównywać. W Europie nie ma takiego rozwiązania, więc drużyny w niektórych ligach mogą zdobywać wiele tytułów z rzędu, jak chociażby Red Star (Crvena Zvezda) Belgrad, czy kiedyś w Polsce Asseco. W NBA wielkim osiągnięciem jest three-peat, czyli 3 mistrzostwa z rzędu. Podobnie w NCAA, gdzie 2 mistrzostwa z rzędu są już niebywałym osiągnięciem, ponieważ charakter rozgrywek jest taki, że po jednej porażce w turnieju wypada się z gry. W tych ograniczeniach chodzi zatem o to, że gdyby szkoły, które mają wielomilionowe budżety, jak np. Kentucky, zatrudniły, powiedzmy, 15 asystentów miałyby olbrzymią przewagę nad innymi. Porównajmy sobie 15 trenerów rekrutujących, a tylko 3, którzy pracują na innej uczelni.

Wracając do pozycji Director of Operations, są dwa rodzaje osób, które zajmują to stanowisko. Trenerzy, lub byli trenerzy, którzy próbują przejść na wyższy poziom i zajmują akurat to stanowisko, bo nie było innego wolnego, albo kierownicy nie tylko z nazwy, ale z pasji, którzy chcą pełnić funkcje typowo organizacyjne. To jest ciężka, żmudna, ale bardzo potrzebna praca. Z kolei Graduate Assistant to podstawowa funkcja pomocnicza, dzięki której można również zdobyć wykształcenie. Słowo graduate, które jest w nazwie odnosi się do Graduate School. Osoba na tym stanowisku mniej zarabia, ale część wynagrodzenia przyjmuje formę możliwości ukończenia studiów podyplomowych, które są darmowe. Wielu ludzi się na to decyduje, żeby zdobyć cenne już doświadczenie.

Przez 4 lata pełnił Pan, co warto dodać z sukcesami, funkcję głównego trenera w Mountain Mission High School. W 2016 roku zespół który Pan prowadził znalazł się na liście najlepszych w całych Stanach Zjednoczonych. Jeśli dobrze rozumiem chodzi o program szkolenia młodych koszykarzy, ich rozwoju. Proszę powiedzieć więcej na ten temat.

Pracę w Mountain Mission zaczynałem samodzielnie, a w ostatnim roku miałem już 3 asystentów. Przez 3 lata pracował ze mną były reprezentant Polski, Kamil Pietras, który grał w kadrze Urlepa, wcześniej w młodzieżowych kadrach Polski, ale zmogły go kontuzje. Rzetelnie wykonywał swoją pracę, bardzo mi pomagał i był współtwórcą tego, co stworzyliśmy. Z małej szkoły w górach z przeciętną drużyną udało nam się stworzyć program, który był i do tej pory jest (choć po naszym odejściu trochę mniej) rozpoznawalny w całych Stanach. Na polskie warunki bycie w pierwszej setce – udało się nam również być w pierwszej 25-tce – może wydawać się niewielkim osiągnięciem, ale weźmy pod uwagę to, że tych szkół jest tam ok. 15 tysięcy. Ranking rozpatruje się inaczej niż w przypadku drużyn juniorów w Polsce.

Szkolenie wygląda naprawdę różnie. Nie jest tak, że każda szkoła świetnie przygotowuje. W niektórych te warunki są lepsze, w innych gorsze, jednak w USA jest bardzo dużo dobrych ośrodków szkoleniowych i z dumą powiem, że my też takim ośrodkiem się staliśmy. Stawialiśmy przede wszystkim na rozwój graczy. Moim celem było niekoniecznie wygrywanie meczów, choć wygraliśmy ich też sporo, ale dla mnie wygrywanie było efektem ubocznym wykonania dobrej pracy. O co mi chodzi? W młodym wieku, między 15 a 18 rokiem życia, zdarza się, że zawodnik mniej utalentowany, ale silniejszy fizycznie będzie miał przewagę nad tym bardziej uzdolnionym, ale słabszym. Często trenerzy w koszykówce młodzieżowej skupiają się na wygrywaniu tzw. mistrzostw podwórka, a nie na rozwoju graczy. W Polsce widzę to szczególnie z zawodnikami wysokimi. Część pracy z wysokimi jest wykonywana dobrze: są wszechstronni, niektórzy potrafią rzucać, ale widzę nagminnie, że niektórych zawodników się odstawia i marnują się, bo nie są odpowiednio prowadzeni w tym wieku. Moim celem było, żeby z każdego zrobić zawodnika na miarę jego możliwości. Każdy ma różny potencjał. Nie każdy ma potencjał na NBA, pierwszą Dywizję NCAA, czy jakąś lepszą ligę, ale może mieć świetną karierę na poziomie, na którym jest w stanie grać. To był mój cel, żeby dawać tym zawodnikom szansę maksymalizacji swojego potencjału.

Jako pierwszy Polak objął Pan stanowisko trenerskie w lidze NCAA na uczelni Cal Poly. Do Pana obowiązków należała m.in. rekrutacja członków drużyny. Mógłby Pan pokrótce opisać ten proces? Jakich cech, umiejętności poszukiwał Pan u kandydatów?

Wszystko zależy od tego, ile mamy stypendiów. Załóżmy, że w przyszłym roku zwalniają nam się 2 stypendia. Oczywiście to się może zmienić, może nam odejść jakiś zawodnik – w koszykówce akademickiej jest tak, że po każdym roku zawodnik może odejść, nie ma wieloletnich kontraktów wiążących, ale są limity przenoszenia się. Rekrutacja zależy od tego, kogo szukamy. Po pierwsze – jaka pozycja. Czy szukamy rozgrywającego, wysokiego, skrzydłowego. Ja na pewno zawsze patrzę na cechy, których trudno nauczyć gracza, tzw. intangibles. To może być atletyzm, sprawność u wysokiego gracza. Może nic nie umieć, ale jest sprawny i widać, że ma duży potencjał. Zawsze staram się też patrzeć, jak ten zawodnik, przy założeniu, że będzie ciężko pracował, może się rozwinąć, gdzie jest jego sufit. Czy jest zawodnikiem na NBA, wysoką półkę NCAA? Później patrzy się na charakter. Czy on pozwoli mu dojść do tego miejsca, bo może ma niesamowity talent, ale jego charakter jest słaby i raczej nie będzie to zawodnik, który będzie tytanem pracy i będzie szedł przeciwko wszelkim przeciwnościom. Wystarczy jakaś mała kontuzja, ból, tęsknota za domem i to go może zablokować. Trzeba pamiętać też, że jest to koszykówka akademicka i jak sama nazwa wskazuje ci ludzie są studentami. Najpierw muszą się dostać do naszej szkoły, żebyśmy mogli ich trenować. Oczywiście, możemy patrzeć na nich wcześniej, ale jak widzę, że ktoś się bardzo słabo uczy, czy w przypadku zawodnika z zagranicy nie zna angielskiego, nie chce mu się uczyć, to prawdopodobnie nie jest to dobry materiał dla mnie, niezależnie od tego, jaki miałby talent.

Najpierw pomoc w rozwoju graczy, później poszukiwanie ich, rekrutacja na wyższym etapie – to na pewno daje szerszy obraz tego, jak funkcjonuje szkolenie młodych graczy, przygotowanie ich do boiskowej dojrzałości. O priorytetach już Pan wspomniał, ale jakie są największe niedociągnięcia czy trudności w procesie szkolenia młodzieży? Czy pracując dla uczelni NCAA jest Pan w stanie “zdiagnozować” te szkoleniowe problemy również za oceanem?

W wieku szkolnym w USA nie ma praktycznie klubowego sportu. Jest co prawda liga AAU, ale ma ona charakter wyłącznie pokazowy, tam się za dużo nie trenuje, ale gra mecze, żeby się pokazać, więc o tym nie będziemy rozmawiać. Szkoła średnia i później NCAA są to ligi akademickie. Minusem zatem jest to, że nie można się skupić tylko i wyłącznie na koszykówce. Ja osobiście uważam, że jest to ogromny plus, ale mówiąc o szkoleniu można uznać, że jest to plus i minus w jednym. Na pewno są tutaj ograniczenia, choć nie za duże. Nie jest tak jak niektórzy mówią, że w USA się trenuje tylko 4 miesiące. Trenuje się cały rok, tylko sezon jest inaczej ułożony. Od połowy sierpnia do początku listopada jest sezon przygotowawczy. Mecze gra się od listopada do końca marca, z tym że intensywność jest duża – co najmniej dwa, lub nawet trzy mecze w tygodniu. A od kwietnia do lipca jest okres, w którym bardzo intensywnie pracuje się nad poprawą umiejętności indywidualnych gracza. Na pewno specjalizacja wygląda inaczej niż np. u zawodnika 13-letniego trafiającego do Realu Madryt (Luka Doncic), gdzie jest on tylko i wyłącznie wychowywany na koszykarza. Amerykanie dodali tutaj komponent akademicki i na tyle umiejętnie połączyli, że z niczym się nie kłóci. Wszystko świetnie, jeżeli kariera dobrze się układa, ale wystarczy kontuzja i już jest inaczej. A co później? Nawet bez kontuzji wiek koszykarza to 30, 30-parę lat, a jednak potem zostaje kawał życia i coś trzeba z nim zrobić. Mój były asystent, Kamil Pietras, jest tego bardzo dobrym przykładem. Bardzo utalentowany zawodnik, wyjechał, kontrakt podpisał w wieku chyba 16 lat, ale maturę zdał dopiero w wieku 20-paru lat, ponieważ w klubie, w którym był nie przywiązywali do tego zupełnie wagi, liczyła się tylko koszykówka. Podsumowując, ten system nazwałbym takim niedociągnięciem, które, być może, uniemożliwia specjalizację na takim poziomie jak w Europie. Chociaż z drugiej strony amerykańscy sportowcy są często dużo lepiej rozwinięci motorycznie, bo we wczesnych latach trenują wiele sportów, co uważam za bardzo dobre. A warunki treningowe, ilość osób zaangażowanych w treningi, dostępność do sal jest o niebo większa.

W Europie, w Polsce, to przede wszystkim brak konkurencji. Stosunkowo mało dzieci trenuje koszykówkę w Polsce. W rozgrywkach młodzieżowych pojawiają się niekiedy niebotyczne wyniki. Mistrzostwo Polski, a jedna drużyna wygrała z drugą 40 punktami i to nie na etapie ćwierćfinału, czy półfinału, ale w meczu, po którym jedni mają na szyi złote medale, a drudzy srebrne. Jest to dużym problemem, bo ci zawodnicy nie są przyzwyczajeni do tego, żeby rywalizować. Jeżeli jesteś w Polsce utalentowanym zawodnikiem, kadrowiczem, to praktycznie masz gwarantowane miejsce w swoim klubie. Trener chucha i dmucha, żebyś tylko nie odszedł. To nie jest dobre, bo zawodnicy wtedy trochę się psują charakterologicznie, nie mają wyzwań. Potem jest to jednym z głównych czynników, dla których słabsi psychicznie europejczycy, którzy przyjeżdżają do Stanów sobie kompletnie nie radzą. Przyjechał zawodnik, który talentem przewyższa Amerykanina, ale tamten w rywalizacji zjada go na śniadanie. I europejczycy, Polacy w szczególności – nie wiem, to jest jakaś cecha narodowa? – wycofują się, zaczynają grać pasywnie, boją się pokazać, bo wyjdzie, że czegoś nie potrafią, a tam, w środowisku, w którym byli wychowywani, nie było czegoś takiego, nikt ich nie cisnął do ściany. Wiadomo było, że nawet jak coś nie wyjdzie i tak będą grali, bo nie ma zastępcy, a tutaj jest gość, który może jest mniej utalentowany, ale jest twardszy, ciężej pracuje – i robią się problemy. To jest największa bolączka polskiej koszykówki młodzieżowej. Nie będę mówił o takich banalnych rzeczach jak brak infrastruktury, brak pieniędzy w koszykówce młodzieżowej, brak dostępu do sali – to z czym nie ma tutaj problemu, a w Polsce trochę jest.

Na marginesie tego pytania i skoro wspomniał Pan nazwisko Doncic – przy okazji draftu pojawiały się różne słowne przepychanki, zastanawianie się, czy to on powinien być jedynką w drafcie, czy nie. Da się w ogóle tak ocenić, zaszufladkować i porównać graczy po NCAA i tych spoza ligi akademickiej przed rozegraniem choćby jednego meczu na parkietach NBA?

Nie da się. Nie można powiedzieć, komu się lepiej powiedzie. Ostatecznie z pierwszym numerem draftu został wybrany DeAndre Ayton. Mówiono, że pierwszy powinien być Doncic, bo on grał już w Eurolidze. Ok, Euroliga to bardzo wysoki poziom koszykówki, jednak, jakby nie było, niższy niż NBA głównie w jednym aspekcie – atletyzm i szybkość. Zawodnicy w NBA są ciut wyżsi, szybsi, bardziej skoczni i mają dłuższe ręce, mówiąc bardzo kolokwialnie. Doncic będzie grał teraz przeciwko zawodnikom trochę lepszym. Fizyczność ma znaczenie w koszykówce. Luka to wielki talent i mam wrażenie, że sobie świetnie poradzi w NBA, ale nie wiem, czy będzie sobie tak dobrze radził od samego początku – zresztą tak samo jak zawodnicy po NCAA, którzy przychodzą tutaj w wieku lat na przykład 19. Z reguły ci, którzy parę lat spędzili w lidze akademickiej bardziej płynnie przechodzą do NBA. Teraz jest tak w NBA, że niekoniecznie w drafcie rekrutuje się najlepszego zawodnika, ale największy potencjał. To nie jest tak, że ten zawodnik wybrany z numerem od 1 do 5 będzie grał lepiej niż ten wybrany z 20. Tamten może mieć lepsze statystyki w pierwszym roku, czy dwóch. Kluby biorą jednak takiego gracza, bo wiedzą, że on ma niesamowity potencjał i czują, jakim graczem będzie za rok, dwa. Jeśli prześledzimy karierę wielu graczy: Kobe Bryant, Kevin Garnett, Dirk Nowitzki, zobaczymy, że często pierwsze lata szły wolniej, rozwijali się, ale wreszcie dochodzili do swojego potencjału. Jestem daleki od sformułowań, przepychanek słownych – ciężko jest to wszystko przewidzieć. Z jednej strony doświadczenie w koszykówce zawodowej i gra z doświadczonymi zawodnikami jest na pewno dużym plusem Doncica, ale Ayton to jest fizyczny fenomen, ciężko mu to odebrać.

Wracając do Cal Poly, zajmował się Pan tam również organizacją ofensywy. Od młodych graczy trudno raczej wymagać znajomości szeregu zagrywek, więc zapewne dla wielu z nich były to pierwsze poważne przetarcia. Na co zwracał Pan największą uwagę?

Starałem się uczyć zawodników wykorzystania ich najmocniejszych cech. Precyzując pytanie muszę powiedzieć, że to główny trener podejmuje decyzje. Nie byłem całkowicie odpowiedzialny za ofensywę, ale za to np, że jak graliśmy przeciwko jakiemuś zespołowi, to przygotowywałem systemy, zagrywki, które mogą się najlepiej sprawdzić. Załóżmy, że gramy przeciwko zespołowi, który broni tylko strefą, albo tzw. match-up zone, który jest jeszcze bardziej skomplikowany. Wtedy trzeba grać zupełnie inaczej, niż gdy ktoś broni każdy swego. Dodatkowo, czy odcinają pierwsze podanie, czy nie. To są może takie szczegóły, ale bierze się te informacje pod uwagę i próbuje dołożyć do tego, co mamy trenować przed meczem i grać. Główny trener podejmuje końcową decyzję i w to już nie miałem wglądu, natomiast całe przygotowanie, próba ułożenia strategii ofensywnej to było moje zadanie.

NCAA rządzi się swoimi prawami, które różnią się od przepisów panujących na parkietach NBA, czy europejskich. Chodzi tu między innymi o czas na przeprowadzenie akcji. Czy stanowi to różnicę przy przygotowaniu zagrań ofensywnych?

Nie gra się takich zagrywek, żeby zajmowały 20 sekund. Z reguły dziś gra się quick hittery, rzadko się zdarza, żeby dochodziło się do ostatnich sekund. Różnice w przepisach są minimalne. Jest 10 sekund na przeprowadzenie piłki przez połowę w NCAA, a 8 w przepisach FIBA. Te 10 akurat się przydaje, bo więcej zespołów w lidze NCAA gra press na całym boisku przez cały mecz, więc też zupełnie inaczej trzeba przygotować wyjście z własnej połowy. W Europie mało zespołów tak gra, zwykle rozgrywający spokojnie sobie kozłuje, nikt go specjalnie nie naciska. Tutaj często zdarzają się podwojenia, pułapki. To wszystko się jednak jakoś wyrównuje. Prowadziłem zespoły jako główny trener w przepisach fibowskich i w tych, nie widzę specjalnej różnicy w przygotowaniu.

Jeśli już rozmawiamy o przygotowaniu zagrywek to nie mogę pominąć pytania o ulubione zagrywki, które Trener ma w swoim playbooku.

Mam ulubione zagrywki, ale przede wszystkim są one oparte na czytaniu gry. Wszystkie zagrywki, które staram się tworzyć i używać wykorzystują tzw. ogólne zasady obronne. Podam przykład. Jeżeli gramy z zespołem, który bardzo mocno odcina pierwsze podanie, jest agresywny na piłce, wtedy trzeba wykorzystać zagrania typu backdoor cut, które mogą obnażyć ich słabości. Zawsze lubię, gdy zawodnicy umieją czytać, jak zachowuje się obrona i jak powinni się zachować w ataku. Koszykówka to jest taka gra jak wyprowadzanie kontr w boksie. Ktoś coś zrobi, to ja muszę skontrować. To samo jest w grze jeden na jeden. Ktoś próbuje zamknąć mi drogę, to robię spin, crossover, idę w drugą stronę. Obrońca musi wtedy znowu zareagować. Ten sam koncept jest w grze zespołowej. Jeżeli ktoś podwaja, coś robi w obronie, to trzeba umiejętnie wykorzystać to, co obrona daje. Trzeba ich ukarać za to, że pewne rzeczy odpuszczają, a inne starają się zabrać. Zawsze staram się uczyć tego zawodników. Nie chodzi o samo rozrysowanie zagrywki. W koszykówce nie chodzi o to, żeby mieć świetne zagrywki. Czasami się zdarzają jakieś świetne zagrywki, ale zaskoczyć kogoś można raz, czy dwa. W większości przypadków chodzi o wykonanie przez zawodników tej zagrywki i umiejętność odczytania tego, co robi obrona, bo ona będzie się zawsze do tego przystosowywała. Świetna zasłona, a oni na końcu zrobią switch i nie wychodzi to, co trener sobie zamierzył, więc zawodnicy muszą szybko i umiejętnie przejść do kontry wobec tego, co zrobi obrona. Tego trzeba właśnie zawodników uczyć – przez powtórzenia, treningi 5 na 5, czy indywidualne, gdzie zawodnik uczy się odczytywania pewnych zachowań obronnych.

Wracając jeszcze do Cal Poly, szczególną pieczę pełnił Pan nad graczami wysokimi. We współczesnej koszykówce stoi przed nimi nie lada zadanie, muszą mieć coraz większy zakres umiejętności. Jak by Pan opisał zestaw takich umiejętności, cech, które koniecznie powinien posiadać wysoki gracz?

Najlepiej, żeby w dzisiejszej koszykówce był jak najbardziej wszechstronny, żeby umiał zrobić wszystko. Taka jest tendencja. Często jednak widzę, jak trenerzy idą tylko i wyłącznie w tym kierunku. Nie zawsze będziemy mieli zawodnika, który jest w stanie być tak wszechstronny. Jeżeli nie jest w stanie być wszechstronny, to musi dążyć do specjalizacji. Jeżeli nie może być wysokim zawodnikiem o wzroście 2,08m, który umie minąć, podać, rzucić, jest sprawny i się rusza – taki najbardziej pożądany forward, który wszystko potrafi – musi dążyć do specjalizacji, a nie do wszechstronności. Trener musi to dobrze ocenić. Niektórzy zawodnicy są tylko i wyłącznie powołani do tego, żeby grać pod koszem. Oczywiście w młodym wieku, co trzeba podkreślić, nie można robić takiej specjalizacji. W wieku lat 14, 15 trzeba każdego trenować tak samo. Dla mnie nie ma w początkach różnicy pomiędzy PG a graczem wysokim. Oni muszą się uczyć, próbować, szukać rozwiązań, a to trener ocenia, czy są w stanie rzucać, albo poprawić kozłowanie, bo ciężko nauczyć kogoś kozłować później. W młodym wieku trzeba wszystkich trenować tak samo, bo pewnych rzeczy nie da się nauczyć później. Na późniejszym etapie trzeba szlifować wszechstronność u tych, u których jest to wskazane. Są zawodnicy, którzy świetnie rzucają, ale nigdy nie będą PG. Nie mają wizji, przeglądu pola. Trener czasem mówi: gdybyś ty się przerobił na PG to byś był dużo lepszy. Ok, ale on się nie przerobi na PG, bo nie ma takich cech. Już nawet nie chodzi o same umiejętności kozłowania, ale są rzeczy, których nie da się kogoś nauczyć. Nie jestem w stanie nauczyć zawodnika, jak wysoko skakać, ja mogę minimalnie przez trening pomóc mu poprawić szybkość i parę centymetrów wyskoku. Tak samo jest z przeglądem pola, niektórzy to mają, widzą przestrzennie, co się dzieje, jak 9 pozostałych zawodników się rusza w tym samym czasie, i oni przewidują – cecha naturalna. Jak zawodnik nie ma takich cech, trzeba dążyć do specjalizacji. Niech będzie wybitnie zbierającym zawodnikiem. Muszę tutaj wtrącić dygresję, bo uważam, że jest to bolączka ogólnie europejskiej, czy polskiej koszykówki. Proszę zauważyć, że my nie mamy z wyjątkiem 1, czy 2 graczy, takich typowych zadaniowców. Grał w Polsce kiedyś zawodnik w stylu Dennisa Rodmanna, o podobnym charakterze? Niesamowicie wartościowy zawodnik dla drużyny. Często wydaje mi się, że w koszykówce europejskiej ci zawodnicy gdzieś giną, bo nie odpowiadają temu modelowi wyszkolenia europejskiego, że każdy musi umieć podać, rzucać, itd. Jak ktoś jest wysoki, a nie umie rzucać, mówi się, że jest słaby i nie warto go rozwijać. Nie ma takiej inicjatywy, żeby go szlifować. Może on nigdy nie będzie rzucał, ale zrobi 15 zbiórek w każdym meczu i świetnie będzie bronił.

Od maja zmienił Pan zachód na wschodnie wybrzeże, pełniąc teraz obowiązki asystenta trenera (assistant coach) w drużynie Mercer Bears. Którymi przestrzeniami koszykarskiego rzemiosła tym razem będzie się Pan zajmował?

Zdecydowałem się na zmianę, ponieważ jest to lepszy program koszykarski. Jest też lepszy trener główny, który miał do tej pory świetne wyniki. Po pierwszych miesiącach pracy i uczenia się tutaj ich systemu widzę to na własne oczy, wiem dlaczego wygrywają więcej spotkań. Główny trener jest świetnym fachowcem. Jest to dla mnie krok do przodu, jeżeli chodzi o rozwój mojej kariery. Obowiązki są podobne: rekrutuję, szukam talentów, trenuję. Główna różnica w samym zarządzaniu zespołem i procesie treningowym jest taka, że my tutaj w Mercer kładziemy ogromny nacisk na indywidualny rozwój zawodnika. Pracujemy albo indywidualnie, albo w małych, maksymalnie 3-osobowych grupach, z zawodnikami przez cały rok. Nawet w sezonie są to krótkie, 15-, 20-minutowe treningi przed głównym treningiem, w ramach których biorę rozgrywającego, czy wysokiego, którego mam przydzielonego i on ze mną indywidualnie pracuje nad rzeczami, które musi poprawić, albo które musi jeszcze doszlifować. Daje to niesamowite wyniki. Podam bardzo konkretny przykład. W tym momencie pracuję z naszym rozgrywającym, który grał rok temu jako backup point guard. Jest szybki, świetnie podaje, ale miał słaby rzut. Rok temu rzucał 40% z osobistych, co jest bardzo słabym wynikiem. Od maja pracuję z nim, on nie robi innych rzeczy, ale skupia się na tym, żeby poprawić rzut. To jest może taka kolejna przewaga systemu amerykańskiego nad europejskim, że jest na to czas i wystarczająca ilość ludzi, żeby to zrobić. Jest to niezmiernie istotne dla graczy w wieku, powiedzmy, 18-22 lat. W koszykówce europejskiej sezon jest strasznie rozciągnięty – gra się raz w tygodniu i głównie trenuje się taktykę. Młodzi zawodnicy – wiem to od nich – nie mają takich możliwości rozwoju: jeżeli jest zawodnik słabo rzucający, to on będzie słabo rzucał. Jeżeli nie włoży wysiłku sam od siebie, w wakacje, zatrudni trenera i postara się, żeby mu ktoś w tym pomógł, to jak wchodzi w wiek seniorski już nikt mu specjalnie w tym nie pomoże. Klub nie ma takich możliwości, żeby pomóc zawodnikowi. W koszykówce akademickiej te możliwości są i niesamowicie mi się to podoba. Dzięki temu zawodnicy od pierwszego do ostatniego roku robią niesamowite postępy. Są tacy, o których od razu wiadomo było, że będą grać w NBA, ale są też tacy, którzy są zaskoczeniem dla tych, którzy widzieli ich 3, 4 lata temu. Gdy wychodził z high school, nikt nie myślał, że zajdzie tak daleko. W Europie jakoś nie widzę takich historii. Jest np. Doncic, o którym od dawna było wiadomo, że to wielki talent i wszyscy go chcą. Nie ma takich late bloomers, którzy w ostatniej fazie rozwoju zawodnika, w przedziale wieku 18-22 nagle się rozwijają. Mógłbym tu podać dziesiątki przykładów: David Robinson, center, który urósł parę centymetrów i nagle stał się świetnym zawodnikiem. Ostatnio Buddy Hield. To jest niesamowita satysfakcja, gdy widzi się, że zawodnik jest lepszy niż był rok temu i to dzięki pracy, którą on sam włożył, ale w której też mu pomagamy.

Hala uczelni Mercer

Wszystkie funkcje, które Pan pełnił, dają szeroką perspektywę spojrzenia na koszykówkę. Czego brakuje polskiemu basketowi najbardziej?

Chodzi Panu o koszykówkę ogólnie, o ligę, czy o reprezentację? (śmiech) Może po trochu o wszystkim, bo to jest problem złożony. Trochę prześmiewczo zapytałem, ale to wszystko jest ze sobą powiązane. Jestem bardzo przeciwny przepisowi o 2 Polakach na parkiecie. Nie dlatego, że jestem przeciwko Polakom, ale dlatego, że zapewnienie im ogrania można osiągnąć również mając na przykład 7 Polaków z 12 w składzie. Oni wtedy będą grali, ale będa musieli rywalizować o to, żeby być w pierwszej piątce. Mówiliśmy o kulturze, o tym, że słabo u nas z rywalizacją. Ja uważam, że to jest jeden z głównych powodów tego, że w ostatnich latach nasi zawodnicy nie potrafią tak do końca bić się w ostatnich, najważniejszych momentach, bo ta rywalizacja jest zaburzona. Proszę zauważyć, że w ekstraklasie są podpisywani zawodnicy i z góry wiadomo, że gość będzie grał. Nie ma żadnej rywalizacji, bo on już jest podpisany na starting PG i tyle. Czy jest dobry, czy nie, czy będzie zupełnie bez formy – po prostu mamy takiego gościa i z nim gramy. Dodatkowo zdarzają się absurdy, że lepszy zawodnik z zagranicy musi wychodzić z ławki, bo musi grać Polak. Według mnie to nie jest dobre dla samych Polaków.

Powoduje to też, że słaba jest sama liga. Poziom jest sztucznie obniżany, bo drużyn jest dużo, a aż tak dobrych Polaków nie ma wielu. W gorszych drużynach grają słabsi Polacy, którzy obniżają poziom. Kluby też wydają dużo większe pieniądze na Polaków, bo wiadomo, że Polak-kadrowicz musi zarabiać więcej pieniędzy, bo musi grać. Są przepłacani, zarabiają więcej niż wynosi ich wartość rynkowa, więc klubów nie stać na lepszych zawodników zagranicznych. To jest prosta matematyka. To obniża poziom koszykarskiej ligi. Można się na ten temat kłócić, ja uważam, że to jest złe m.in. dlatego, że obniża się poziom ligi.

Kolejna sprawa. Gdy dorastałem, chciałem być jak Maciej Zieliński, czy Adam Wójcik. Jaki polski zawodnik jest dzisiaj wzorem, autorytetem? Nie słyszę takich historii. Słyszę natomiast od zawodników, że chcieliby grać zawodowo, ale oby nie w Polsce. Większość zawodników nie chce grać w Polsce. Gra w PLK jest jakąś ostatecznością. Każdy marzy, żeby grać gdzieś poza, natomiast np. w Serbii każdy marzy, żeby grać w Red Star. Są wyjątki, np. we Włocławku, gdzie jest dobra kultura koszykarska – małe miasto, koszykówka to jest to, co mieszkańcy lubią. Tam jest ok, ale problem w skali kraju istnieje. Nasi najlepsi zawodnicy grają za granicą, nie ogląda się ich na co dzień. To się przekłada na to, że młody chłopak nie marzy o tym, żeby grać dla swojej drużyny. Występy reprezentacji również nie dają powodu do dumy.

Dodam jeszcze jedną rzecz: mamy jednego zawodnika w NBA. Według mnie marketingowo bardzo słabo jako kraj to wykorzystujemy. Nie rozumiem tego. Widziałem nawet jakieś kłótnie na Twitterze, czy jego campy to są campy? Gość z NBA przyjeżdża, poświęca swój czas, żeby promować koszykówkę, zaszczepić ją u dzieci, a ktoś ma czelność krytykować, czy to jest szkoleniowe, czy nie jest. Łapię się za głowę. To wszystko ma znaczenie, bo później zniechęca takiego człowieka jak Marcin Gortat, żeby z tymi ludźmi współpracować. On robi swoje rzeczy, jestem mu bardzo wdzięczny, że wkłada tyle wysiłku w to, żeby w ogóle koszykówce pomóc, ale cała ta atmosfera… Nie mamy odpowiedniej kultury sportu. Ostatnio na ESPN był materiał o Doncicu i Dzananie Musa, przy okazji o serbskiej kulturze koszykówki. Dzieci tam marzą o tym, żeby grać w najlepszych drużynach ligowych, czy w reprezentacji. U nas wydaje mi się, że mało jest takich osób.

Zakończę takim ogromnym problemem – selekcji. Wiadomo, że USA będzie zawsze miało więcej koszykarzy, bo jest większym krajem, ale chodzi o to, w jakim rejonie, ilu jest koszykarzy. Na Litwie ilościowo będzie gorzej niż w Polsce, bo jest mniej ludzi, ale proporcjonalnie będzie to wyglądało dużo lepiej. Dużo więcej osób będzie trenowało koszykówkę. Po prostu tam każdy talent zostanie znaleziony. Przynajmniej raz w roku jakiś trener z Polski pisze do mnie, czy dzwoni i daje mi wiadomość o takiej treści: mam zawodnika, super talent, rusza się świetnie, 2,08m wzrostu, ale nic nie potrafi. Pytam się, ile ma lat, bo może mógłby do Stanów wyjechać. 21. Odpowiadam z żalem, że już nie jestem w stanie pomóc temu człowiekowi. Gdyby się zgłosił mając 15, 17 lat, ale go nikt nie widział, bo gdzieś tam mieszkał w małej miejscowości, urósł. Takich zawodników jest naprawdę dużo. Jak zaczynałem w Polsce robiłem obóz Polish Shootout. Jeździliśmy po kraju z moim kolegą Markiem Zielińskim, obecnym trenerem juniorów Startu Lublin, i staraliśmy się wynajdywać młode talenty. W tym miejscu warto też sprostować pewną rzecz. Marek wyprzedził mnie jako Polak, który pierwszy współpracował z drużyną NCAA. Kilka lat przede mną pełnił rolę Director of Operations na uczelni UMKC. Wracając jednak do Polish Shootout, owocem tego campu jest znalezienie Przemka Zamojskiego. Widzieliśmy go na Erze Lidze Szkolnej, a wtedy był to po prostu chłopak z Elbląga, który nie grał w żadnej kadrze wcześniej. Zaprosiliśmy go na obóz, potem pojechał do Stanów, tam mu się nie do końca powiodło, ale wrócił, zawsze się pozytywnie o tym wyjeździe wypowiadał, dużo się tam nauczył, jego kariera dobrze się potoczyła. Wielu jest takich zawodników totalnie znikąd. Ilu ich się marnuje, bo nie zostało dostrzeżonych? Byłem teraz w Macedonii na Mistrzostwa Europy U18, oglądałem naszych. Był Aleksander Balcerowski, 2,15m, był drugi chłopak o rok młodszy, 2,08m, dalej już nie było wysokich. Serbowie mieli 5 gości po 2,10m. W roczniku 2002 podobno mają kolejnych 5. Nie dlatego, że u nas ich nie ma, a tam rosną wyżsi, ale dlatego, że u nas albo poszli do siatkówki, bo z nią koszykówka przegrywa jeżeli chodzi o selekcję, albo nie zostali do koszykówki namówieni, bo rodzicom nie zależy. Dlaczego rodzic ma wysłać takiego młodego chłopaka do koszykówki? Jeżeli ojciec, czy wujek nie trenował, to taki chłopak w ogóle nie trafi do koszykówki, pomimo że jest sprawny, wysoki i mógłby uprawiać sport. W USA wysoki, sprawny chłopak zawsze będzie grał w jakiś sport. Przewaga USA jest też taka, że tutaj wszyscy chcą przyjść przynajmniej dla stypendium. Zdobędziesz stypendium, masz za darmo szkołę, uczysz się, pograsz w kosza nawet jeśli nie będziesz chciał grać zawodowo. Czasem zawodnicy mogą grać zawodowo w koszykówkę, ale nie chcą, bo wolą pracować, zdobywać doświadczenie. Jak grasz w koszykówkę 7 lat, a studiowałeś informatykę, to po 7 latach w technologii tyle się zmienia, że masz taką wiedzę, jakbyś niczego nie studiował. Taka jest prawda. Tutaj ludzie myślą zupełnie inaczej. Kultura sportu jest wysoce rozwinięta.

Dość gorzka ocena, muszę przyznać. Jak w takim razie w tym kraju zaczęła się Pana przygoda z koszykówką?

Gdy byłem młodym chłopakiem i zaczynałem grać w koszykówkę, to właśnie wchodziła NBA do Polski. Wcześniej nie można było jej oglądać, a wtedy pojawił się taki kanał, nie pamiętam jak się nazywał, na którym leciały mecze. Nie było to jeszcze “Hej, hej, tu NBA”, ale parę lat wcześniej, puszczali NBA i czasami NCAA. Tak się wtedy tym zafascynowałem. Od samego początku marzyłem, żeby grać w Stanach. Chciałem pójść do high school, college, potem NBA. To mnie ciągnęło. Byłem fanem Jordana, oglądałem wszystkie mecze. Jeszcze teraz moja mama do mnie dzwoniła i pytała, co ma zrobić z kasetami z tych wszystkich meczów, które nagrywałem – bo nagrywałem każdy mecz, który gdziekolwiek leciał. Na pewno miałem do tego wielką pasję. Chciałem być dobry i to cały czas mnie prowadzi. Druga sprawa to również oglądanie zawodników takich jak Maciej Zieliński, Adam Wójcik, którzy byli parę lat starsi, a grali bardzo dobrze. Maciek miał akurat przygodę ze Stanami, marzyłem, żeby pójść jego śladem. Chyba to podpatrywanie gwiazd i staranie się pójść ich śladem było głównym motorem napędowym.

To również było impulsem do rozwoju trenerskiego?

Na początku nie myślałem, że będę trenerem. W koszykówkę grałem krótko ze względów osobistych – bardzo wcześnie się ożeniłem, w wieku 23 lat. Musiałem wtedy zapewnić żonie byt. Nie uśmiechało mi się bujanie po Polsce, granie w różnych klubach, próbowanie swoich sił i walczenie żeby w ogóle dostać wynagrodzenie. Musiałem zrezygnować z tego i pójść do tzw. normalnej pracy. Po zakończeniu gry wraz z moim przyjacielem Markiem Zielińskim doszliśmy do wniosku, że fajnie by było stworzyć pomysł pomocy młodym chłopakom, żeby mogli wyjechać na stypendia sportowe tak jak my wyjechaliśmy. Powstał pomysł campów Polish Shootout. Pierwszy odbył się w 2002 roku. Jeździliśmy po Polsce, rekrutowaliśmy, mówiliśmy: przyjedźcie na trzydniowy camp do Warszawy, zapraszamy na ten camp trenerów z USA, może niektórzy z was będą mogli wyjechać. Chyba 40 osób na różne poziomy udało nam się wysłać. Niektórzy zostali w USA, pracują na fajnych stanowiskach, kilku czołowych zawodników też pojechało. Wielu wróciło i dalej grają w koszykówkę w Polsce lub w Europie. Od tego to wszystko się zaczęło. Myślałem może, czy spróbować pracy scouta, innych zajęć, ale potem dostałem propozycję pracy w Valparaiso Univeristy jako Director of Operations. Zobaczyłem jak wszystko się odbywa w USA od podszewki i już wtedy wiedziałem, że chcę być trenerem.

Praca trenera wiąże się z częstym oglądaniem meczów koszykówki na każdym poziomie. Oglądanie basketu spod którego znaku – NBA, high school, NCAA, FIBA – daje Panu największą radość?

Do fibowskiej koszykówki nie mam za dużego dostępu, rzadko ją oglądam, chociaż lubię. Będąc trenerem ogląda się mecze zupełnie inaczej, niż będąc fanem. Teraz jako fan oglądam football amerykański – ogląda się przyjemnie i specjalnie nad tym się nie zastanawiam. Kiedy oglądam koszykówkę to ciągle się patrzę: jak oni to zagrali? Patrzę jak zawodnicy wykorzystują pewne przewagi, jak odczytują grę obronną. Nie jestem w stanie już obejrzeć meczu koszykarskiego jako kibic, niestety. Muszę oglądać dużo NCAA, bo jak gramy przeciwko różnym zespołom to w ramach przygotowania do meczu oglądam 4, 5 meczów przeciwnika, szczegółowo analizuję. NBA też, choć głównie playoffy. W Stanach można w telewizji też oglądać high school na ESPN, ale to już rzadziej, szczególnie rekrutując zawodnika ogląda się pod jego kątem te mecze.

Liga NBA zawsze wyznaczała i wyznacza trendy obowiązujące w koszykówce na całym świecie. Co będziemy mogli oglądać na parkietach za kilka lat. W którą stronę zmierza nowoczesna koszykówka?

Wszystkie znaki wskazują na to, że będzie dominować wszechstronność. Jak to się ładnie mówi po angielsku: position-less basketball. Coraz mniej jest drużyn, w których jest point guard, shooting guard, small forward, power forward i center. To są raczej drużyny, gdzie jest point guard, combo guard, i na przykład trzech forwardów. Różne są kombinacje, ale chodzi o jedno: wszechstronność. Golden State wiedzie tutaj prym, chociaż ja podchodzę do tego z większym dystansem. Nie jestem zdania, że skoro Golden State tak gra i wygrywa, to my też tak będziemy grali. Oni mają 3 najlepszych shooterów, scorerów na świecie. Nie ma 3 innych lepszych rzucających zawodników w tym momencie niż Curry, Durant i Thompson. Łatwiej im grać w ten sposób, mając takich zawodników. Bardzo to było widać w Finałach. Cleveland Cavaliers starało się switchować wszystkie zasłony, p’n’r, itd. Uważam, że to był ich duży błąd, bo ci zawodnicy bardzo umiejętnie grali z ich wysokimi. Nawet jak LeBron James switchował i bronił Curryego, to ten potrafił zdobyć punkty, nie mówiąc już o Durancie, który punktował nad każdym. Według mnie jednak wystarczy, żeby ponownie przyszedł do ligi taki Shaq i zacznie się to wszystko odwracać. W tym kontekście bardzo mi żal Przemka Karnowskiego, który byłby w NBA, gdyby urodził się 10 lat wcześniej. Teraz jego kariera obrała inny tor, ale wierzę, że się z tego wszystkiego wygrzebie. DeAndre Ayton, który teraz przyszedł w drafcie do Phoenix to jest zawodnik, który niby też za 3 potrafi rzucić, ale to jednak nieprawdopodobna siła i atletyzm w grze podkoszowej. Jestem ciekawy, jak będzie go Kokoskov wykorzystywał w grze.

Na koniec naszej rozmowy chciałbym prosić o kilka porad dla kibiców, którzy oglądają mecze koszykówki. Na co warto zwracać uwagę oglądając poszczególne drużyny i graczy, żeby jak najwięcej z tego wynieść, żeby móc jednocześnie rozwijać się koszykarsko?

Rozróżniam zawsze to, czy ktoś ogląda koszykówkę jako kibic, czy jako trener. Dla mnie to są 2 różne rzeczy. Niektórym np. formuła All-Star Game, gdzie drużyny zdobywają po 180 punktów, są wsady, itd, się podoba. Ja nie jestem w stanie tego oglądać i nie oglądam ASG już od kilku lat, bo jest to dla mnie tragiczne. NBA poszło jednak w tym kierunku, żeby było efektownie. Koszykówka, sport, to jest dział rozrywka, entertainment, więc jako kibic to musi się fajnie oglądać. Mecze, w których jest mało punktów, zawodnicy nie trafiają wielu rzutów, są tytani obrony, 2 drużyny spinają się ze sobą, dla widza koszykówki ogląda się słabo, natomiast dla trenera jest to bardzo ciekawe. Nie wiem, czy bym doradzał. Po prostu może trzeba się zastanowić, z jakiego powodu się ten mecz ogląda? Czy ktoś chce, żeby było 20 wsadów w meczu, czy żeby były świetne rozwiązania taktyczne.

W takim razie co z tą drugą kategorią widzów. Jakieś porady dla nich?

Proszę zwracać uwagę na to, w jaki sposób zawodnicy i trenerzy reagują na zmiany tego, co się dzieje na boisku. Jeśli jedna drużyna gra konkretną zagrywkę, w jaki sposób reaguje na to obrona i następnie w jaki sposób atak reaguje na zachowanie obrony. Jak czyta styl obrony. To są takie szachy: ty zrobisz taki ruch, a ja taki. Według mnie to jest najbardziej pasjonujące, patrzenie pod kątem tych rozwiązań. Teraz wszyscy chcą switchować. Niektórzy nie potrafią grać przeciwko switchowaniu, a inni bardzo dobrze grają przeciwko takiej obronie. Jakie rozwiązania stosują – to trzeba obserwować.

Jak oglądać koszykówkę – Okiem Rafała Jucia

Są tematy, na których znają się wszyscy. Czy należy do nich koszykówka? Wątpię. A nawet gdyby tak było zawsze dobrze jest posłuchać kogoś, kto swoją wiedzą, zrozumieniem i spojrzeniem może ubogacić, dodać coś od siebie do „mojego” obrazu. Właśnie taka chęć stała u początków rozmowy, którą poniżej znajdziecie. Od razu ostrzegam – to nie jest tekst do porannej kawy, chyba że lubisz ją pić, gdy już ostygnie. To raczej artykuł, do którego warto będzie kilka razy wrócić. Panie i Panowie, przed Wami Rafał Juć i świat koszykówki widziany jego oczami.

 

Piotr Alabrudziński, Puls Basketu: Rozmawiając ze skautem drużyny NBA nie mogę zacząć inaczej jak od pytania, czym różni się oglądanie campów od zwykłych meczów? Czy na co innego zwraca Pan uwagę w obu przypadkach?

Rafał Juć, międzynarodowy skaut Denver Nuggets: Oglądanie campów to bardzo ważna część procesu skautingu, aczkolwiek w moim odczuciu nie są zbytnio przydatne jeśli chodzi o ocenę potencjału danego zawodnika. Korzystając z mojego doświadczenia, dużo większą wartość dla mnie mają mecze oraz treningi w klubach, a także turnieje i mistrzostwa na szczeblu międzynarodowym. Zdecydowanie największa wartość campu to możliwość zobaczenia często kilkudziesięciu zawodników na przestrzeni zaledwie kilku dni – tak więc to spora oszczędność jeśli chodzi o czas oraz budżet. Ja najbardziej cenię sobie możliwość zobaczenia równieśników w bezpośrednich pojedynkach – często okazuje się, że zawodnik nie mogący przebić się do rotacji w klubie czy też gracz ze słabej ligi, jest lepszy niż ktoś z euroligowym doświadczeniem. Trzeba jednak zaznaczyć, że takie campy to w żargonie skautów „surwiwal” – zawodnicy są rzuceni na głęboką wodę, często bez zagrywek i zasad, muszą polegać na swoich umiejętnościach 1 na 1. To sprawia, że tzw. zawodnicy „systemowi” mogą sobie nie poradzić w takich warunkach. Pamiętam że przed kilku laty duży talent, obecnie grający w Eurolidze, nie mógł „odnaleźć” swojej gry na EuroCampie w Treviso. Tego typu campy to przede wszystkim tranzycja, pchanie piłki do przodu, gra 1 na 1, wykorzystywanie swojej przewagi siły i atletyzmu. Tamten zawodnik charakteryzował się zespołową grą, świetnym ruchem bez piłki, umiejętnością wykorzystywania zasłon itd. Tylko tyle, że te umiejętności bardzo rzadką są wykorzystywane na obozach gdzie zawodnicy chcą przede wszystkim pokazać siebie poprzez nabijanie statystyk co promuje indywidualną grę. To co odróżnia mecze ligowe czy reprezentacyjne od campów to przede wszystkim dużo większa presja, gra o stawkę, stąd też nacisk na dbanie o piłkę i odpowiednią selekcję rzutową. Jeśli pod względem zaawansowania taktycznego wymuszającego szybką analizę i jeszcze szybsze podejmowanie decyzji mecz to szachy – to gierka na campie to warcaby.

Jakiś czas temu znalazłem w Internecie wykres z liczbą minut rozegranych w playoff przez graczy NBA z podziałem nie tyle na pozycje, ale na wzrost zawodnika. Największą grupę stanowili gracze pomiędzy 193 a 205 cm. Chcąc ująć ten wzrost w ramy pozycji na boisku otrzymalibyśmy pewnie 3 i 4, ale czy taki podział ma jeszcze sens? Jaki jest ideał koszykarza poszukiwany przez kluby z najwyższej półki?

Poruszamy tutaj bardzo ciekawy wątek, czyli podział na pozycje. Rewolucja statystyczno-analityczna dotknęła NBA – może nie w takim stopniu co ligę baseball’u – ale na pewno uświadomiła, że wygrywać można na różne sposoby. To z kolei sprawiło, że tradycyjny podział na 5 pozycji powoli zanika. Mogę zdradzić, że w naszym sztabie szkoleniowym Nuggets już od dawna używamy kompletnie innej kategoryzacji i nazewnictwa niż rozgrywający, rzucający, niski i silny skrzydłowy czy center. Jeszcze kilka lat temu rozwój takiego zawodnika jak Nikola Jokic nie byłby możliwy – dominowało konserwatywne myślenie, że za rozgrywanie i asystowanie odpowiedzialny jest rozgrywający, zazwyczaj najniższy na boisku. Takie myślenie odchodzi do lamusa. W obecnej NBA rozgrywający to najgroźniejsi strzelcy, gracze wysocy, szybcy i atletyczni. Postępuje nie tylko szkolenie co sprawia, że młodzi gracze bez względu na wzrost dostają podobne wyszkolenie, ale postępuje również selekcja – do NBA trafiają coraz to lepsi atleci. Patrząc w jakim kierunku zmierza koszykówka, nie zdziwię się jak za kilka lat większość drużyn będzie wystawiać piątkę złożoną z zawodników mierzących ok 2 metry, gra będzie polegać na wykorzystywaniu indywidualnych przewag, kreowaniu „otwarć” poprzez pick and roll oraz pchanie piłki do przodu – tak by sprawić by przekazywanie zatraciło swój sens. W dzisiejszych czasach idealny zawodnik to taki, który ma długie ramiona, jest skoczny, może bronić kilka pozycji, przekazywać krycie. Musi umieć rzucać i kozłować. Jeszcze kilka lat temu wystarczyło mieć jedną „elitarną” umiejętność, ale to już nie wystarczy. Dla przykładu jeszcze 5-6 lat temu na pozycji PF bardzo popularni byli stretch four – niskie „czwórki”, który zapewniały spacing, stojąc w rogu lub popując po zasłonach. Teraz już nie jest tak łatwo wyjść do pozycji rzutowej, ponieważ coraz więcej drużyn przekazuje zasłony – zarówno od, jak i do piłki. Teraz więc na pozycji PF dominują gracze nazywani „swing” czy też „combo forward”, którzy łączą najlepsze cechy SF i PF – muszą grozić rzutem, ale muszą też umieć odpowiedzieć na przekazywanie poprzez grę tyłem do kosza. Tak więc podsumowując liczy się wszechstronność. Ta konkluzja dotyczy jednak przede wszystkim tak zwanej klasy średniej oraz zadaniowców, ponieważ prawda jest taka, że gwiazdy rodzą się w różnych formach i postaciach. Największymi atutami takich graczy jak Jokic, Porzingis, Giannis czy Simmons jest fakt, że są unikatowi – posiadają nietypowe umiejętności jak na swoje warunki fizyczne, czy też unikatowe warunki fizyczne jak na swoją pozycję.

Spójrzmy również na graczy obwodowych. Przykład obecnego Mistrza Polski, Anwilu Włocławek, pokazuje, że można zbudować dobrą drużynę z jednym nominalnym rozgrywającym. Jakich umiejętności szukać u PG? Gdzie jest dla nich miejsce na boisku?

Przy okazji tego pytania chciałbym odnieść się do gry Anwilu – trener Milicić to niezwykle postępowy szkoleniowiec, ciągle się rozwija, podąża za trendami, nie boi się ryzykować. Być może w mistrzowskiej drużynie był tylko jeden „tradycyjny” rozgrywający w osobie Kamila Łączyńskiego, ale jak już wcześniej ustaliliśmy rozgrywać i kozłować mogą inni zawodnicy, w Anwilu to bardzo często robili Quinton Hosley czy Ivan Almeida. Na potrzeby systemu trenera Milicica byli więc oni „rozgrywającymi. Tak jak w reprezentacji Polski możemy zobaczyć ustawienia bez „jedynki” z Mateuszem Ponitką czy Adamem Waczyńskim na piłce. Coraz częściej w żargonie NBA pojawia się więc określenie „lead guard”, a nie „point guard”. Oczywiście nadal są bardziej tradycyjni rozgrywający w stylu Steve’a Nasha czy Chrisa Paula, ale jednak częściej widzimy „shot making PG” jak Damian Lillard czy Stephen Curry, oraz „lead guard” jak Russell Westbrook czy Donovan Mitchell. Jak widać wspólny mianownik to fakt, że ci zawodnicy będąc na boisku mają piłkę w rękach najdłużej i najczęściej z całej piątki. Trzeba jednak zaznaczyć, że pojawią się wyjątki, ponieważ talent zawsze się obroni i zostanie dostrzeżony. Jeśli chodzi o umiejętności jakich szukamy u PG to oczywiście umiejętność kozłowania, kontrola tempa gry, rozumienie i egzekwowanie taktyki, czytanie gry, cechy przywódcze, dobra komunikacja. W ostatnich latach na pozycji PG kładzie się też coraz większy nacisk na warunki fizyczne oraz umiejętność zdobywania punktów.

A co Pana zdaniem jest ważniejsze dla gracza obwodowego (nie tylko rozgrywającego): umiejętność gry indywidualnej, 1 na 1, czy też gra dwójkowa, akcje typu pick’n’roll?

Przekornie odpowiem, że najważniejsze dla gracza obwodowego są czucie i czytanie gry, podejmowanie dobrych decyzji, wykorzystywanie przewag ale zgodnie z założeniami i taktyką drużyny. Dzisiejsza kultura promuje szybki sukces, indywidualne osiągnięcia, stąd też coraz więcej zawodników potrafi świetnie grać 1 na 1, rzucać i mijać, ale jeśli nie grają zespołowo, łamią zagrywki, podejmują szalone decyzje – trudno będzie im zdobyć zaufanie trenera oraz kolegów, a co za tym idzie, nie będą mieć szans pokazać swoich umiejętności. W tej chwili pick and roll to „ABC” koszykówki, w ten sposób rozgrywa się blisko 60% akcji na parkietach NBA. Coraz częściej jednak defensywy są przygotowane na neutralizację tych akcji, stąd też pick and roll to tylko wyjście do sytuacji rzutowej. Liczy się odpowiednie odczytanie obrony, szybka reakcja. Bardzo często gra się więc akcję pick and roll po to by tylko skupić uwagę defensywy, zmusić do rotacji, a „właściwa” akcja dzieje się z dala od piłki. Dlatego tak istotna staje się znowu gra 1 na 1. Przy częstej zmianie drużyn i trenerów zawodnicy muszą być wszechstronni, dopasować się do różnych stylów i założeń.

Wicemistrz Polski, BM Slam Stal, wiele zyskał dzięki obecności na parkiecie Adama Łapety, typowej „5” bez rzutu z dystansu. Czy współczesna koszykówka może być jeszcze miejscem dla klasycznych centrów?

Ja uważam, że we współczesnej koszykówce jak najbardziej jest miejsce dla typowych „5” bez rzutu z dystansu. Trzeba jednak zaznaczyć, że sytuacja wygląda trochę inaczej w NBA, niż w Europie. Za oceanem ze względu na przepis „3 sekund” w obronie, tacy zawodnicy – typowe „5”  – tracą swoją wartość, ponieważ w obronie nie mogą kolokwialnie mówiąc „zamurować” trumny, muszą rotować, szybko poruszać się na nogach. Do tego coraz więcej wysokich zawodników na poziomie NBA grozi rzutem z dystansu, gra staję się coraz bardziej przestrzenna, wysocy są często zmuszeni do gry na obwodzie. Te przemiany najlepiej obrazuje chyba upadek Roya Hibberta – od uczestnika Meczu Gwiazd, najlepszego obrońcy NBA – do zawodnika, który nie może znaleźć pracy. Również w Europie gra staje się szybsza, bardziej dynamiczna. Tacy gracze jak Łapeta wciąż mają tutaj wartość (najlepszy przykład to Walter Tavares, który po przyjściu do Realu poprowadził tę ekipę do mistrzostwa Euroligi i ACB), ale ich rola i przydatność spada – ze względu na wymagania kondycyjne i szybkość gry, nie są w stanie grać więcej niż 22-24 minuty na wysokim poziomie. W NBA – tak jak w życiu – wszyscy starają się kopiować najlepszych. Stąd więc coraz więcej ekip chce grać niskim ustawieniem takim jak Golden State Warriors. Jeśli jednak nie możesz pokonać kogoś jego własną bronią, musisz być kreatywny. Myślę, że moda na tradycyjne „5” jeszcze wróci – proszę zwrócić uwagę ilu wysokich zostało wybranych w pierwszej dziesiątce tegorocznego draftu.

Patrząc na statystyki punktów zdobywanych na posiadanie z systemu Synergy dla NBA według typu akcji dużą skuteczność wykazują ścięcia, rzuty zawodników stawiających zasłony w akcjach pick’n’roll, czy też akcje typu spot up. Czy Pana zdaniem gra bez piłki, bieganie po zasłonach, to najważniejszy element współczesnej koszykówki?

Kluby NBA coraz chętniej przyglądają się Europie. Widać to nie tylko po liczbie zawodników spoza USA – obecnie to blisko jedna trzecia – ale też trenerów, skautów. Jeden z najbardziej szanowanych GM powiedział mi niedawno – „choć to my wymyśliliśmy koszykówkę, to wy Europejczycy gracie w nią w taki sposób jak się powinno.” Miał tutaj na myśli dobre wyszkolenie techniczne wszystkich pięciu graczy na parkiecie, ruch piłki, grę zespołową, zaawansowanie taktyczne. Bolesna prawda jest jednak taka, że trenerzy na Starym Kontynencie często muszą ukrywać braki motoryczno-atletyczne w myśl zasady „robić więcej mając mniej.”. Zawodnicy NBA to najlepsi atleci na świecie, są więc w stanie wykreować przewagi czy wykonać zagrania, które rzadko widujemy w Europie. Niemniej jednak preferencje i styl gry w NBA zmieniają się, kładzie się większy nacisk na ruch piłki, odpowiedni spacing, ruch bez piłki, granie zespołowe. Stąd też gra bez piłki i bieganie po zasłonach stają się coraz ważniejsze.

Może łatwiej jest nam obserwować umiejętności ofensywne. W obronie na pierwszy rzut oka widzimy z reguły tylko rażące błędy. Na co w takim razie zwracać uwagę, żeby dobrze ocenić system obronny zespołu i zachowania graczy?

To prawda, że dużo łatwiej jest ocenić umiejętności i potencjał ofensywny gracza niż defensywny. Wyciągając wnioski z moich doświadczeń jestem bardzo ostrożny jeśli chodzi o formowanie opinii na temat gry obronnej, zwłaszcza tej zespołowej. Oczywiście możemy ocenić pewne indywidualne cechy jak siła, szybkość stóp, zastawianie, czytanie gry itd., ale trzeba pamiętać, że obrona indywidualna jest zawsze realizowana w kontekście zespołowym. Pamiętam, że na początku mojej przygody ze skautingiem często krytykowałem koszykarza notując, że nie atakuje tablicy czy też zostaje pod zasłonami, a konfrontując tę wiedzę z trenerem czy też oglądając treningi – okazywało się, że taki był plan. W obronie indywidualnej liczą się szybkie ręce i nogi, ale w szerszym kontekście często mogą okazać się one niezbyt przydatne jeśli zawodnik nie ma wysokiego IQ koszykarskiego i umiejętności czytania gry. Weźmy choćby przykład Jokica – na pierwszy rzut oka jest to dość przeciętny atleta, nie gra nad obręczą, nie blokuje wielu rzutów, ale wszystkie zaawansowane statystyki mówią, że jest świetnym obrońcą. Czyta grę, dobrze rotuje, ma szybkie ręce, nie łamie założeń trenera – często zmusza rywala do złego rzutu poprzez bycie we „właściwym miejscu”. Warto więc zwracać uwagę na szybkość podejmowanych decyzji, umiejętności wywierania presji i fizycznej gry bez faulowania, zmuszanie rywala do trudnych rzutów, poświęcanie swojego ciała, aktywność przy piłkach 50/50.

Wcześniej warto jednak zastanowić się nad tym, czy oglądając mecz za pośrednictwem telewizji, gdy kamera jest skupiona na piłce, jest szansa, żeby właściwie ocenić postawę poszczególnych zawodników? Co trzeba widzieć i na czym się skupić, żeby nie popełniać tutaj błędów? Oglądając mecz na trybunach mamy już większe możliwości i wybór tego, na co patrzymy. Tylko czy przy coraz szybszej grze kibic ma szansę na dokładną, prawidłową analizę setów i ról konkretnych graczy? Swoją drogą, może stąd bierze się u niektórych skupienie na roli sędziów i wywieranie na nich presji…

To dość powszechny błąd – wiele osób oglądając mecze koszykówki skupia swoją uwagę przede wszystkim na piłce, podczas gdy zazwyczaj kluczowe i strategiczne decyzje podejmowane są z dala od niej. Dlatego w mojej pracy podczas meczu w telewizji staram się przede wszystkim obserwować obronę indywidualną oraz zaangażowanie, a podczas meczów na żywo w hali – komunikację i obronę zespołową. Jak już mówiłem wcześniej – trudno jest oceniać grę w defensywie, zarówno poszczególnego zawodnika, jak i całej drużyny, nie znając założeń trenera. Trzeba pamiętać, że podstawą każdej strategii jest planowanie w myśl zasady „coś trzeba dać, żeby coś zabrać” – czasem więc drużyna będzie celowo odpuszczać rzuty za 3 by chronić obręcz itd. Ja w swojej pracy skupiam się przede wszystkim na cechach indywidualnych i tym, czy dany zawodnik pasuje do naszego stylu, naszej strategii. Podstawą defensywy indywidualnej w NBA są przede wszystkim obrona pick and roll, a także close out. Liczą się więc tutaj szybkość stóp, zasięg ramion, umiejętność przyspieszenia. Biorąc pod uwagę jak szybka staję się gra, coraz więcej drużyn korzysta z analizy wideo w czasie realnym, niektóre elementy potrafią umknąć nawet doświadczonym trenerom czy zawodnikom. Szkoleniowcy nie tylko na poziomie NBA oglądają swoje spotkania nie raz, nie dwa po ostatnim gwizdku.

Załóżmy, że idziemy na mecz, albo mamy obejrzeć go w telewizji z kimś, kto nie ma wielkiego pojęcia o koszykówce. Ok, zna ogólne zasady, ale na tym koniec. Gdyby mógł Pan podać trzy krótkie wskazówki do przekazania takiemu człowiekowi, żeby gra była dla niego czytelna i żeby mógł z tego meczu wyjść z większym zrozumieniem basketu.

Jeśli chodzi o trzy wskazówki to trzeba pamiętać, że po pierwsze o zwycięstwie często decydują czynniki niewidoczne w statystykach – takie jak fizyczność, pewność siebie, przewaga mentalna. Choć koszykówka to sport zespołowy to nie możemy zapominać, że często oglądamy po prostu pięć pojedynków jeden na jednego, gdzie każdy ma swoje role i zadania. Jeśli jesteś w stanie wyłączyć swojego gracza nawet nie zdobywając przy tym punktów – to już jest ogromna wartość i przewaga. Po drugie trzeba wyrobić w sobie nawyk zwracania uwagi na to co dzieje się z dala od piłki. Poruszyliśmy ten temat przy okazji poprzedniego pytania. Po trzecie trzeba zrozumieć, że aby wygrać trzeba grać „razem” i we „właściwy sposób”.  Kibice lubią oglądać gwiazdy i ich popisy strzeleckie, ale indywidualności bardzo rzadko wygrywają mecze w pojedynkę. Ja w swojej pracy lubię przysłuchiwać się jak zawodnicy komunikują się ze sobą na boisku, czy sobie ufają, czy się rozumieją. Drużyny które wygrywają zazwyczaj mają lidera, ale też jasny i klarowny dla wszystkich podział ról, grają fizycznie, poświęcają swoje indywidualne popisy na rzecz zespołu. Podsumowując trzeba zaznaczyć jednak, że koszykówka to piękny sport, ale dość zaawansowany taktyczno-technicznie, nie wszystkie przepisy są zrozumiałe dla każdego kibica. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że poziom wiedzy „przeciętnego” kibica w naszym kraju jest wciąż dość niski. Mam nadzieję, że w Polsce wróci moda na kosza, potrzebna jest nie tylko popularyzacja, ale również edukacja.

Rzucaliśmy za 3 zanim to było modne

Pamiętasz program „Rzut za 3” emitowany w TVN prowadzony przez Jacka Łączyńskiego i Bartosza Obuchowicza?

Nie? Ja też nie, ale dzisiaj o rzucaniu za 3.

Jeżeli śledzisz koszykówkę od dłuższego czasu lub zdarza ci się włączyć mecz NBA z końcówki lat 80-tych, lub początku 90. to pewnie zauważyłeś, że rzutów nie było dużo. Ba komentatorzy często celebrowali te rzuty „uwaga zawodnik X rzuca za 3!”. W międzyczasie koszykówka się zmieniła, stała się bardziej atletyczna,  zmieniały się zasady, zmieniała się także percepcja i postrzeganie rzutów za 3. Rzuty z dystansu stały się szansą, a nie tylko ekskluzywną opcją dla drużyn posiadających strzelby. W ostatnich 6 latach ilość tych rzutów wzrosła w NBA o 47 proc., a od sezonu 2003/04 aż o 81 procent.

Oś pionowa - ilość rzutów za 3 w NBA. Oś pionowa - sezony
Oś pionowa – średnia ilość rzutów za 3 w meczu NBA. Oś pionowa – sezony

Nie chce w tym miejscu porównywać NBA i PLK, bo to inny sport. To trochę jakbyś próbował zestawić bolid F1 i Volkswagena Passata oba mają koła i spalają paliwo, i to tyle, ale te porównania wracają jak bumerang. Właściwie to nie porównania, tylko mit w stylu „W NBA to tylko ciepią za 3”. Pierwszy raz więcej rzutów z dystansu na mecz (niż w PLK) NBA oddawała w sezonie 2013/14. Ale wiesz, tam za wielkim bajorem ludzie grają w koszykówkę 48 minut u nas tylko 40. Jeżeli uśrednimy te wyniki per40 to tak naprawdę w PLK ciągle oddaje się więcej rzutów za 3 (23.2 vs 22.5 3PA). Tutaj dużą rolę może odgrywać także tempo gry, im grasz szybciej, tym masz więcej rzutów i automatycznie może być ich więcej zza łuku. Prawdopodobnie najlepszym wskaźnikiem, który w miarę sprawnie porównuje te rzuty to 3PAr. 3-Point Attempt Rate pokazuje stosunek rzutów za 3 do ogółu wykonanych rzutów z gry. Najprościej mówiąc, jeżeli wskaźnik wynosi 0.3 to znaczy, że na 100 wykonanych rzutów 30 to rzuty z dystansu.

Oś pionowa - 3PAr. Oś pozioma - sezony.
Oś pionowa – 3PAr. Oś pozioma – sezony.

Jak widać powyżej NBA ciągle oddaje mniej prób, ale to dalej inny sport, inna odległość do kosza. Dłuuuugie dwójki w NBA to trójki w Europie i możemy się tylko zastanawiać ile rzucano by, gdyby linia za 3 była bliżej. Małą próbę mamy po sezonie 1993/94, gdy przybliżono linię, a ilość rzutów wzrosła sezon do sezonu o 5.4 i przed ponownym oddaleniem linii wynosiła 16.8 3PA. Po odsunięciu linii liga potrzebowała kolejnych 10 lat, żeby średnia znów dobić do co najmniej 16.8 prób na mecz. Można przypuszczać, że przy utrzymaniu odległości z połowy lat 90. rzucano by więcej za 3, a przyrost tych rzutów z sezonu na sezon były szybszy niż obecnie. 

Gdzie w tym wszystkim jest PLK?

Porównałem Polską Ligę Koszykówki na tle czterech innych ligi (ACB, LNB, Serie A, Euroliga) w przypadku, których miałem dostęp do danych z co najmniej ostatnich 14 sezonów i jednocześnie byłem pewny co do jakości danych. Porównywane ligi to europejska czołówka przede wszystkim pod względem rywalizacji. Co wynika z danych? Wbrew pozorom całkiem sporo rzucaliśmy i ciągle rzucamy z dystansu na tle najlepszych. 14 lat temu wspomniany już wskaźnik 3PAr był wyższy niż Serie A, ACB czy Eurolidze. W polskich rozgrywkach 2003/04 na 100 rzutów z gry prawie 34 to rzuty za 3. W 2017 ten wskaźnik w PLK (0.38) ciągle jest wyższy niż np w Eurolidze i czy lidze francuskiej.

Oś pionowa - 3PAr. Oś pozioma - sezony.
Oś pionowa – 3PAr. Oś pozioma – sezony.

Co prawda wzrost ilości rzutów za 3 jest wolniejszy i nie widać tak silnego trendu, jak w innych ligach, ale wynika to faktu, że spadło tempo gry w PLK w przeciwieństwie do pozostałych lig. Grasz szybciej, masz więcej posiadań ergo masz więcej rzutów za 3. Dla przykładu w Serie A liczba posiadań wzrosła z 76 do 85!

Oś pionowa - zsumowana wzrost rzutów z ostatnich 14 lat. Oś pionowa - lata.
Oś pionowa – zsumowana wzrost rzutów z ostatnich 14 lat. Oś pionowa – lata.

Polska Liga Koszykówki w ostatnich 14 latach zanotowała wzrost ilości rzutów za 3 o 11 proc., ale przy jednoczesnym zwolnieniu gry co jest warte podkreślenia. Ilość rzutów zza łuku w BezSponsora Basket Lidze przez ostatnie 14 lat wahała się, ale utrzymywała w przedziale 20.3-23.7. Jak widać powyżej ACB i Serie A w ostatnich latach zafascynowały się rzutami z dystansu. Na przestrzeni 14 lat ACB zanotowała 42 proc. wzrost, a Serie A o 25 proc. rzutów zza linii 6.75.

To, o czym nie wspomniałem, a rzuca się w oczy na prawie każdym wykresie to zmiana odległości. Przed sezonem 2010/11 przesunięto linię rzutów za 3 punkty z 6.25 na 6.75. Spowodowało to spadek wiadomo-jakich-rzutów w analizowanych ligach w PLK średnio o 2.3 rzutu na mecz. Nieznacznie spadła także skuteczność. W PLK tylko o 0,09 punktu procentowego, ale w Eurolidze aż o 1.94.