Tag: Ludzie Basketu

Ludzie Basketu #7- Jerzy Koszuta

Wychowanek Sokoła Łańcut, który swoją koszykarską przygodę rozpoczął w roku 2004. 3114 punktów, 508 asyst, 1336 zbiórek i ponad 8976 minut spędzonych na parkiecie w 323 pierwszoligowych spotkaniach. W Sokole zaczynał, i w Sokole skończył. Teraz wrzuca nudę do kosza, bo pod taką nazwą kryje się jego autorska szkółka dla dzieci. Zapraszam na rozmowę z Jerzym „Jerrym” Koszutą!

„Wrzuć nudę do kosza” – tak nazywa się Twoja szkółka dla dzieci i młodzieży. Skąd pomysł, aby założyć projekt, w którym będzie promować się aktywność fizyczną wśród najmłodszych?

Tak, dokładnie tak nazywa się szkółka. Pomysł na pracę z młodzieżą zrodził się już dawno, tak naprawdę w Stargardzie Szczecińskim. Wracając do Łańcuta, w moje rodzinne strony, zrobiłem rozeznanie. Okazało się, że jest duże zainteresowanie w Łańcucie na naukę koszykówki i tak to się zaczęło. W klubie PTG Sokół Łańcut nie było nigdy szkółki dzieci w wieku 7-8 lat, więc warto było spróbować. Teraz wiem, że to był bardzo dobry ruch.

Dodam, że prowadzisz ją wspólnie z kolegą z drużyny Jackiem Balawendrem, a PTG Sokół Łańcut jest jej głównym patronatem. Jak wygląda Wasza współpraca?

Zgadza się, prowadzimy ją razem. Zaproponowałem Jackowi współpracę, ponieważ też pracował wcześniej z dziećmi i naprawdę lubi to robić. Można powiedzieć, że długo się nie zastanawiał. Swoją drogą, młodych adeptów koszykówki było bardzo dużo, a ja nie chciałem robić czegoś na ilość tylko na jakość. We dwóch zawsze można nauczyć więcej. Szkółka „Wrzuć nudę do kosza” jest oficjalną szkółką PTG Sokół Łańcut, a my obaj jesteśmy wychowankami Sokoła.

Czy dużo dzieci uczęszcza na zajęcia? Prowadzone są one w formie zajęć pozalekcyjnych?

Jeżeli chodzi o frekwencję uczęszczania na zajęcia, jesteśmy bardzo zadowoleni. Od września tego roku będziemy mieć już pod swoimi „skrzydłami” około 75 dzieci w 5 grupach wiekowych. Są to zajęcia pozalekcyjne.

Kiedyś nie było takich przedsięwzięć, musiały wystarczyć jedynie zajęcia w szkole lub każdy rozwijał się we własnym zakresie. Uważasz, że takie inicjatywy są w stanie pomóc dzieciakom w pracy nad doskonaleniem umiejętności związanych z uprawianiem koszykówki? Czy można traktować to bardziej jako zabawę i sposób na nudę?

Wydaje mi się, że dzisiejsze czasy niestety nie promują sportu i trzeba zachęcać dzieci do aktywności fizycznej. Najmłodsze dzieci przekonywane są przede wszystkim poprzez zabawę. Właśnie w ten sposób staramy się przeplatać elementy nauki gry w koszykówkę z dobrą, wspólną zabawą. Dzieci trzeba mobilizować, ponieważ telefon, komputer czy telewizor są ogromną pokusą. Sam mam dzieci i wiem jak to jest. Jeżeli te najmłodsze będą chciały kontynuować przygodę z koszykówką to mają taką możliwość w naszej szkółce.

Wróćmy do czasów, kiedy sam byłeś młody. Pochodzisz z malowniczego i niezwykle urokliwego Łańcuta, kojarzonego przede wszystkim z zabytkowego zamku. Jak na tamte możliwości i warunki, było ciężko Ci się wybić i zaistnieć w świecie koszykówki?

Mówiąc o mieście, to prawda, jest bardzo ładne (śmiech). Czasy kiedy ja zaczynałem były zdecydowanie inne i na pewno było dużo trudniej się wybić. Wydaje mi się, że nie ma co porównywać tamtych czasów do teraźniejszych. Teraz dzieci mają wszystko, tylko trzeba chęci. Kiedyś było odwrotnie.

Pomógł Ci w tym Trener Dariusz Kaszowski? Wspomnę, że trenował cię już za czasów szkoły podstawowej.

Trener Dariusz Kaszowski bardzo mi pomógł. Najpierw muszę wspomnieć o tym, że nauczył mnie wiele rzeczy, które teraz ja staram się przekazać dzieciom, a później stawiać na nie. Miałem dużo możliwości, żeby uczyć się od lepszych bezpośrednio na parkiecie. Takie rzeczy są dla sportowca bardzo ważne. Zwłaszcza na początku kariery i ja właśnie dostałem taką szanse. Przy okazji, z tego miejsca serdecznie mu podziękuję za wszystko co osiągnąłem dzięki niemu oraz za obecną pomoc i współpracę.

Mając 14 lat, po raz pierwszy przyjąłeś barwy Sokoła. Jak do tego doszło? Można powiedzieć, że Trener Kaszowski widział w Tobie potencjał i talent, kiedy byłeś jeszcze chłopcem?

Jako młody chłopak próbowałem różnych sportów i mogę powiedzieć, że w każdym z nich mógłbym coś osiągnąć. Najbardziej po drodze było mi jednak z koszykówką i tę dyscyplinę sportu wybrałem. W podstawówce chodziłem do szkoły, w której nie uczył Trener Kaszowski, ale spotykaliśmy się w rozgrywkach międzyszkolnych. Przyszedł czas, kiedy namówił mnie na to, abym zasilił szeregi jego zespołu juniorów. Chwile później załapałem się do seniorów i tak stałem się „Sokołem”. Nie wiem czy to co widział we mnie trener to talent, czy to, że mogę ciężko pracować. Ale zobaczył i to jest najważniejsze (śmiech).

Kiedyś wspomniałeś, że za efektowny wsad dostawałeś pięciozłotową monetę. Czy to było Twoją motywacją? (śmiech).

Nie do końca to było w formie nagradzania, tylko mieliśmy taki układ, że kto pierwszy wykona poprawnie wsad, czyli bez błędu kroków, dostanie 5 zł. No i ja to wykonałem. Wielu z nas tego próbowało. Może nie było to moją motywacją, ale jest to jedno z takich wydarzeń, które się zapamiętuje na zawsze i wspomina z uśmiechem.

Jak rosła Twoja rola w zespole na przestrzeni lat?

Początki moich zmagań na parkietach seniorskich to przede wszystkim obrona. W tym, skromnie mówiąc byłem najlepszy (śmiech). Później dochodziło to, że od czasu do czasu wykonałem jakiś efektowny wsad. Wiadomo, jeżeli gracz rozwija się i ma większy wachlarz możliwości, to trener mu bardziej ufa i dzięki temu gra więcej. A im więcej gra, tym bardziej jest doświadczony i jego rola w zespole rośnie.

Wiele też mówiło się o Twoich wsadach, które swoje korzenie wypuściły już w podstawówce. Czy od zawsze miałeś w sobie tę skoczność?

Na to pytanie nie znam odpowiedzi. Jest wiele teori dlaczego tak skakałem. Pierwsza to taka, że może było to wrodzone i podparte treningiem. Druga to to, że jako młody chłopak bardzo dużo jeździłem na rowerze. Ale moja propozycja jest taka: to wszystko razem plus nauka i upór.

Dodam, że mogłeś zaprezentować ją między innymi podczas Meczu Gwiazd, w którym dwukrotnie wystąpiłeś. Jak wspominasz ten turniej?

Obydwa mecze wspominam bardzo dobrze. Ale jeden i drugi mecz to zupełnie inne momenty w mojej karierze. Wrocław to początki grania w I lidze, a Radom to czasy, kiedy grałem już w Stargardzie i byłem doświadczonym zawodnikiem. Było to zarówno w jednym jak i drugim przypadku ogromne wyróżnienie. Mecz Gwiazd – nigdy nie czułem się gwiazdą w swojej karierze.

Zatrzymajmy się przy Sokole. Skąd wziął się jego fenomen?

Sokół to nie tylko zespół w I lidze, to jest rodzina. Kto tu grał to się ze mną zgodzi, sama o tym wiesz. Tu każdy każdemu może powiedzieć o wszystkim. Panuje tutaj rewelacyjna atmosfera, która sprzyja dobrym wynikom samego zespołu. Cieszę się, że nadal jestem członkiem tej rodziny.

To prawda, sama poznałam tę magię. Trzeba przyznać, że takiego klimatu niektóre kluby mogą pozazdrościć. Tworzą go ludzie, a dodatkowo w tym mieście jest niezwykła energia. Tak było zawsze? Jaki jest sekret?

Sekretów się nie zdradza (śmiech). A tak na poważnie, to wydaje mi się, że tak było tutaj zawsze. Małe miasteczko, gdzie wszyscy się znają sprzyja budowaniu fajnej atmosfery.

Nie omieszkam stwierdzić, że wiele trzeba zawdzięczyć wspomnianemu Trenerowi Kaszowskiemu, który od lat małymi kroczkami budował siłę Sokoła. Myślisz, że wkrótce do medalowego dorobku dołożą jeszcze złoto?

Oczywiście, że to On jest głową tego całego mechanizmu. On dobiera sobie ludzi w zespole. Złoty medal ucieszyłby nas wszystkich, zarówno zawodników, trenerów, działaczy, kibiców miasta Łańcuta. Po tylu latach grania w I lidze i walcząc co sezon o najwyższe cele, byłoby to zwieńczeniem tej całej ciężkiej pracy. Tego medalu z całego serca im życzę.

Od lat mówi się o finansach klubu. Tak naprawdę nikt nigdy wprost nie powiedział, że nie ma pieniędzy na ekstraklasę, ba! Pieniądze by się nawet znalazły. Może budżet jest mniejszy niż w innych klubach, ale kilka lat temu była już nawet w planach przebudowa hali, klub pozyskał nowego sponsora, jest też większe wsparcie miasta. W Twoim odczuciu, Łańcut jest gotowy na ekstraklasę?

Łańcut jest gotowy na ekstraklasę, ale czy Łańcut stać na to? Przepisy, które są wymagane przy przystąpieniu do ekstraklasy są zbyt wygórowane. Patrząc na I ligę, gdzie Sokół ma budżet o połowę mniejszy niż inne zespoły, sportowo walczy z pozostałymi jak równy z równym.

Łańcut ma prawie 18 tysięcy mieszkańców. Czy mogłaby powtórzyć się sytuacja z sąsiedniego Jarosławia? Czy to mogłoby mieć wpływ na rozwój i funkcjonowanie koszykówki w tak małym mieście?

W Łańcucie są mocno stojący na nogach ludzie. Nie wydaje mi się, żeby mogło do takiej sytuacji dojść. Na siłę pewnych rzeczy się nie robi, bo później kończy się jak w podanym przez Ciebie przykładzie.

Wracając do Twojej kariery, po sezonie 2007/2008, opuściłeś rodzinne strony i parafowałeś kontrakt ze Spójnią Stargard, w której spędziłeś kilka lat. Co skłoniło cię do takiej zmiany?

Zmiany czasami są potrzebne. Powodem głównie była wyższa oferta finansowa. Z perspektywy czasu uważam, że to była bardzo dobra decyzja. Koszykarsko stałem się jeszcze lepszym zawodnikiem, a i życiowo też miało same plusy. Wyjeżdżając z Łańcuta miałem już żonę i syna. Daleko od domu i rodziny staliśmy się bardziej odpowiedzialni i samodzielni. Z wszystkim musieliśmy sobie radzić sami i dawaliśmy sobie świetnie radę. To doświadczenie bardzo zbudowało i scaliło nas.

W roku 2015, powróciłeś jednak na Podkarpacie. Czy powrót wiązał się z planowanym nadchodzącym końcem Twojej kariery?

Zmiany jakie zachodziły podczas mojej kariery sportowej były podyktowane nie tylko patrząc na tę sportową stronę, tylko na całe moje życie. Rodzina była i jest najważniejsza, a decyzje były podejmowane właśnie z tą myślą. Tak samo było tym razem. Podejmując tę decyzję było wiele różnych powodów, by wrócić na Podkarpacie, ale na pewno nie myślałem wtedy o zakończeniu kariery.

Gdyby nie kontuzja, której doznałeś podczas meczu, nie zawiesiłbyś jeszcze butów na kołku?

Moja kontuzja z ostatniego meczu w Sokole i koniec kariery sportowej to dwie różne rzeczy. Decyzję o zakończeniu grania podjąłem już dużo wcześniej i poinformowałem o tym „Kaszę” już dobry miesiąc przed feralnym meczem. Nie taki był plan końca kariery, a kontuzja tylko postawiła kropkę nad „i”. Zawsze chciałem – myśląc o końcu kariery – zakończyć granie będąc podstawowym graczem, a nie odcinać tak zwane kupony. W ostatnim sezonie na meczach dawałem z siebie wszystko i uważam, że to był dobry sezon w moim wykonaniu. Może nie było tego widać na parkiecie, że coś jest nie tak, ale w domu wieczorami dolegliwości bólowe były momentami nie do wytrzymania. To był powód mojej decyzji.

Jeśli miałbyś wymienić najlepsze i najgorsze chwile w czasie Twojej kariery, to co pierwsze przychodzi Ci na myśl?

Wydaje mi się, że najgorsza to pierwsza poważna kontuzja, gdy czułem, że moja kariera rozwija się i idzie ku górze. Pamiętam ten dzień. W jednej chwili świat mi się zawalił. Nie wiedziałem co mam robić. Na szczęście miałem swoją rodzinę przy sobie, która stanęła na wysokości zadania i pomogła w 100%. Druga strona to to, że miałem ogromne szczęście spotkać ludzi, którzy pomogli mi wyjść z tej kontuzji i mobilizowali mnie do ciężkiej pracy. Najlepszych chwil było wiele i związanych z wynikami sportowymi, ale tez prywatnych związanych z koszykówką. Ciężko mi powiedzieć teraz, które były najlepsze.

Od zakończenia kariery, biernie oglądasz koszykówkę na łańcuckim Mosirze. Szczerze, czy jest to latwe? Nie masz momentami ochoty zejść z trybun, pobiec do szatni, przebrać się w strój i wbiec na boisko?

Tak, oglądam z trybun mecze Sokoła i nie jest to łatwe. Jak jest sezon przygotowawczy i trzeba litry potu wylać na stadionie, to cieszę się, że już nie muszę tego robić. Ale jak zaczyna się już sezon i regularne mecze oraz emocje z tym związane, jest mi strasznie szkoda. Faktycznie momentami chciałbym się przebrać, wybiec na parkiet i pomóc drużynie w trudnych chwilach, a czasami cieszyć się z nimi z efektownej wygranej, być częścią tego. Brakuje mi tej adrenaliny.

Jest jeszcze coś, co chciałbyś robić na koszykarskiej emeryturze? Czy na ten moment, chcesz w pełni poświecić się swojemu projektowi i szerzyć zainteresowanie koszykówką wśród dzieci?

Emerytura koszykarska wydawało by się, że to więcej czasu dla siebie i rodziny, bo nie ma treningów, wyjazdów na mecze. Nic bardziej mylnego. Czasu brakuje. Doba jest za krótka o jakieś 12 godzin. Szkółka „Wrzuć nudę do kosza” to priorytet i wiele czasu poświęcam temu zadaniu. Do tego pracuję dodatkowo i nie zapominajmy o rodzinie. Jesteśmy aktywnymi ludźmi. Razem z żoną lubimy jeździć na rowerach, dużo zwiedzać i bardzo byśmy chcieli, żeby nasze dzieci przejęły tę pasję po nas. Staramy się każdą wolną chwilę spędzać razem. Uprawiamy różne sporty na poziomie mocno amatorskim,  gramy w tenisa, jeździmy na rolkach, biegamy. Do tego w miarę możliwości staramy się pokazać Polskę i Europę dzieciom i sobie (śmiech).
Koszykówka była i będzie bardzo ważna w moim życiu, ponieważ jak się coś robiło przez 20 lat, to nie da się zapomnieć o tym tak po prostu. To już jest we krwi. Na ten moment chciałbym w Łańcucie przekazywać najmłodszym to czego się nauczyłem prze te lata. A później zobaczymy…

 

Ludzie Basketu #6- Robert Kościuk

Były polski koszykarz i reprezentant kraju, czterokrotny mistrz Polski w barwach Śląska Wrocław. Ponad to, zawodnik klubów takich jak: Anwil Włocławek, Komfort Forbo Stargard Szczeciński, Czarni Słupsk, Noteć Inowrocław, czy szwedzkiego Atomics BBK Oskarshamn. Obecnie trener drugoligowego UKS Gimbasket Wrocław oraz założyciel szkoły podstawowej i liceum sportowego pod tą samą nazwą.

Dość długo zabieraliśmy się za tę rozmowę. W końcu udało się nam porozmawiać, a z ponad 1,5 godzinnej rozmowy przygotowałam materiał. Tematem przewodnim jest czas,  nie tak odległy, jakby się mogło wydawać, ale jednak inny niż jest znany większości z nas, bowiem nie każdy mógł wychować się właśnie na tej koszykówce.
Mój dzisiejszy rozmówca umożliwi nam powrót do przeszłości i poznania bliżej koszykówki lat osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych i początku XXI wieku. O wrocławskiej koszykówce, „złotej dekadzie” i Eurobaskecie. Panie i Panowie, Robert Kościuk!

Pamela Wrona: Pytanie często zadawane, ale bez niego by się chyba nie obyło. Jak to się zaczęło? Skąd u Pana pojawiło się zainteresowanie koszykówką?

Robert Kościuk: Pytasz mnie co było 40 lat temu? (śmiech). Trochę czasu upłynęło od tamtej chwili, ale zacznę od tego, że przede wszystkim to był jeden, wielki przypadek. Ogólnie byłem bardzo aktywnym dzieckiem. Najpierw trenowałem pływanie, ale ze względów zdrowotnych musiałem zrezygnować z treningów. Z koszykówką nie miałem wcześniej styczności, ale namówił mnie na nią mój brat. Zacząłem chodzić na tak zwane SKS organizowane w Szkole Podstawowej numer 29 przy ulicy Kuźniczej we Wrocławiu. Początkowo chodziłem na treningi dwa razy w tygodniu, następnie z dwóch zrobiły się trzy, a moja więź z koszykówką stawała się coraz silniejsza. Okazało się, że szkoła, w której trenowałem współpracowała z Gwardią Wrocław, której zresztą jestem wychowankiem.

Jak wyglądały początki Pana sportowej kariery?

Same zajęcia SKS-ów to była w głównej mierze zabawa, dużo gry, młodzi chłopacy z podobnego rocznika, którzy chcieli uczęszczać na te treningi, trochę się pobawić i jednocześnie czegoś nauczyć. W moim przypadku z roku na rok wyglądało to coraz lepiej. Co więcej, przy współpracy z Gwardią, zaczęto organizować ligę międzyszkolną, trenerzy utworzyli grupy podzielone na kategorie wiekowe, w których mogliśmy grać. 

Przypuszczał Pan wtedy, że będzie grał na tak wysokim  poziomie?

Prawdę mówiąc, chodząc na zwykłe SKS-y, nigdy nie przypuszczałem, że wszystko się tak potoczy. Chodziłem na treningi z wielką chęcią, bardzo to lubiłem, natomiast nie pomyślałbym wtedy, że będzie to coś na tyle poważnego, że będę trenował koszykówkę przez wiele lat.  Natknąłem się na pewnego trenera, który powiedział mi, że jestem za niski i na zawodową koszykówkę się nie nadaje, powinienem sobie odpuścić. To mnie wcale nie zniechęciło. Mało tego, dało mi to dodatkową siłę i motywację do tego, aby ciężej pracować. Uważam, że bardzo dużo dobrego dla nas, jako małych graczy, zrobiło pokazywanie NBA w polskiej telewizji. W najlepszej lidze świata występowali gracze, którzy byli jeszcze niższi ode mnie i udowodnili wielu trenerom, nie tylko w Europie, ale i na świecie, że mali gracze też mogą i potrafią grać w profesjonalną koszykówkę. Po części mogę dziękować, że w takim dobrym momencie dla mnie i moich kolegów z boiska NBA pojawiło się w naszych odbiornikach, dzięki czemu mogliśmy zobaczyć nie tylko wysokich, dobrze wysportowanych zawodników, ale także tych niskich, którzy byli świetnie wyszkoleni technicznie. Przecież jeden z najniższy graczy w historii NBA, Spudd Webb (1,68 cm) był zawodnikiem, który wygrał konkurs wsadów podczas Meczu Gwiazd. 

Tak naprawdę wzrost jest nieadekwatny do umiejętności, co zresztą Pan sam potwierdził.

Oczywiście, że tak!

Wobec tego, czy w latach osiemdziesiątych/dziewięćdziesiątych było zdecydowanie trudniej zaistnieć w świecie koszykarskim?

W tamtym okresie byli sami Polscy trenerzy, którzy inwestowali w młodych graczy. Jeżeli któryś z nich wyróżniał się i pokazywał swoje umiejętności podczas różnego rodzaju meczów i spotkań, trenerzy, którzy przychodzili na takie rozgrywki bardzo się nimi interesowali, zapraszali na treningi i ewentualnie dawali szansę gry w swoim zespole. Stąd bardzo wielu moich kolegów w młodym wieku zadebiutowało właśnie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wtedy to była pierwsza liga, czyli obecna ekstraklasa.   

O charakterze z innej epoki

Abstrahując, w ekstraklasie zadebiutował Pan mając 16 lat, podobnie jak Maciej Zieliński (17 lat), co teraz jest dość rzadkim zjawiskiem. Z czego to wynika? Zawodnicy mieli postawioną wyżej poprzeczkę? Można mówić o innej mentalności, większym talencie i zaangażowaniu? 

Po pierwsze, myślę, że mieliśmy umiejętności. Po drugie, mieliśmy dużo takiego silnego charakteru, który pozwalał nam jeszcze myśleć o tym, żeby rywalizować ze starszymi kolegami. Natomiast uważam, bazując na moim przypadku, że miałem to szczęście, że akurat w klubie, w którym trenowałem, byli trenerzy, którzy stawiali na młodych graczy i przede wszystkim nie bali się w nich inwestować i dawać im szansy. To zadecydowało o tym, że zadebiutowałem w tak młodym wieku. Faktem jest, że nikt za darmo mi nic nie dał. Musiałem walczyć o pozycję, o zaufanie. Musiałem udowadniać na każdym treningu, że zasłużyłem sobie na ten kredyt zaufania, którym obdarzył mnie szkoleniowiec, Pan Andrzej Zubrzycki. 

Praktycznie większość zawodników przechodziło przez etap „grzania ławy” w swojej karierze. Często zdarza się, że trener decyduje się na bardziej doświadczonych i ogranych graczy, pozbawiając tych młodych szansy na rozwój. Czy można mówić o strachu przed ryzykiem, a wyniki mogą być stawiane ponad rozwój młodego pokolenia?

Powiem tak. Gracze doświadczeni byli zawsze, ale też zawsze znalazło się miejsce dla tych młodych. Dla trenera prowadzącego pierwszy zespół najważniejsze jest to, aby osiągnąć jak najlepszy wynik, szczególnie w sytuacji kiedy jego zespoł, czy skład tego zespołu jest dobry. Cele jakie są stawiane przed trenerem, one jakby później decydują o tym, czy trener da młodemu zawodnikowi możliwość grania większej ilości minut, czy nie. Jednakże wiadomo, że sama ilość minut, dawanie grania młodemu zawodnikowi zależy od danej sytuacji na boisku. To ile ich dostanie i w jakim momencie, to wszystko uzależnione jest przede wszystkim od trenera. Byli tacy, którzy nie bali się ryzyka, dawali szansę na grę. Oczywiście, jeśli taki gracz ją wykorzystywał, miał możliwość, aby zaistnieć. Nic nie przychodziło od razu, musieliśmy płacić tak zwane „frycowe”. To nie jest tak, że młody gracz wchodzi do zespołu i od razu jest postacią, która będzie decydowała o wyniku, czy będzie stanowiła o sile daneg zespołu. Proces szkolenia nie jest łatwy. Należy pamiętać o tym, że każdy z nas jest inny. Jednemu coś przychodzi łatwiej, drugiemu trudniej, natomiast w pracy trenera potrzebna jest cierpliwość do danego gracza i na odwrót. Gracz musi oswoić się z tym, że wszystko przychodzi z czasem. 

Bądźmy szczerzy- może po prostu problem również tkwi w tym, że takich zawodników z prawdziwego zdarzenia, „europejskiego formatu” już prawie nie ma?

A czy wtedy byli gracze na europejskim poziomie? Nie wiem czy ktokolwiek mógłby powiedzieć, że mógłbym być graczem na miarę Europy, mimo, że zaczynając swoją przygodę byłem powoływany do pierwszej drużyny klubu. Prawdą jest, że grałem w różnych reprezentacjach młodzieżowych do lat 16, 18, czy 20. Myślę, że byłem takim graczem, który w jakimś stopniu się wyróżniał, ale czy można było wtedy stwierdzić, że zrobię karierę międzynarodową, tego nie wiem… Natomiast, najważniejsze było to żeby doprowadzić takiego młodego gracza jak ja, do takiego poziomu, który pozwoli dostać się do pierwszej reprezentacji. Mnie i wielu moim kolegom to się udało i graliśmy w niej przez wiele, wiele lat.

Nawiązując do tego określenia. Ostatnio widziałam ciekawe  spostrzeżenie na Twitterze: „Z własnych obserwacji, rozgrywający europejskiego formatu rodzi się w Polsce raz na 15 lat: Robert Kościuk (1969), Łukasz Koszarek (1984), Łukasz Kolenda (1999) (…)”

Miło mi słyszeć, że w ogóle ktoś zakwalifikował mnie do takiej kategorii. Opinie na temat rozgrywających są naprawdę różne. Tym bardziej cieszę się, że w momencie, w którym od dawna moje buty wiszą na kołku,  ktoś w pewnym sensie mnie docenia i zaliczył do graczy „europejskiego formatu”.

Facebook Maciek Kościuk

Załóżmy, że budzi się Pan dziś rano i znowu ma te 16 lat. Czy w teraźniejszości, mógłby zrobić Pan taką samą karierę jak kiedyś?

Czy zrobiłbym karierę? Tego nie wiem. Pewne jest to, że zrobiłbym wszystko żeby jak najszybciej wyjechać za granicę i dostać się do takiego klubu, który miałby bardzo dobry program szkolenia młodzieży, w którym mógłbym się rozwijać, miałbym perspektywy grania na lepszym, europejskim, a może i światowym poziomie.

To jest to, co zrobiłby Pan inaczej?

Zgadza się. Zawsze moim marzeniem było to, aby wyjechać za granice i tam się rozwijać. Były czasy jakie były, nie było zbyt wiele możliwości, aby ot tak opuścić kraj i grać w dobrym klubie. Pod koniec lat 90-tych zmieniły się trochę przepisy. Miałem nawet bardzo konkretną propozycję z FC Porto, grającą w Eurolidze, ale ostatecznie kontraktu nie podpisałem ze względu na przepis Bosmana. Charakter, zapał i podejście do sportu miałem zawsze. Pracy się nie bałem. Myślę, że miałbym ogromne szanse żeby zrobić nawet coś więcej niż zrobiłem dotychczas. Na pewno pracowałbym ciężej.

Mimo tego, stawiając Pana przed wyborem: koszykówka kiedyś, a koszykówka dziś. Jaki byłby wybór?

Piłka nożna (śmiech). Tak na poważnie, w dzisiejszej koszykówce czułbym się bardzo dobrze. Zawsze lubiłem grę bardzo szybką, finezyjną, fajną dla oka, atrakcyjną pod wieloma względami dla kibica, opartą na umiejętnościach indywidualnych. Dzisiaj na pewno miałbym więcej możliwości. Taka koszykówka zawsze mi imponowała. Myślę, że bez problemu odnalazłbym się teraz na boisku. Taką koszykówkę, jaką w tej chwili mamy, wolałbym zdecydowanie od tej za moich czasów.

Jak według Pana zmieniała się na przestrzeni lat i jakie można dostrzec różnice?

Przede wszystkim, nie tylko w Polsce, ale i za granicą, ogromną rolę odgrywa przygotowanie fizyczne i  siłowe. Prawdą jest, że zawodnicy są lepiej zbudowani, muskularni, silni, wybiegani i sprawni. Wiele lat temu mogliśmy to zaobserwować szczególnie u zawodników zza oceanu. Kiedyś większą uwagę poświęcało się taktyce. Obecna koszykówka to umiejętności indywidualne, gra jeden na jeden, rozgrywanie akcji dwójkowych lub trójkowych, czytanie gry i wykorzystywanie słabych punktów obrony. Poza tym, teraz wszyscy lub prawie wszyscy gracze rzucają za 3 punkty włącznie z wysokimi. W koszykówce trzeba mieć takie cechy. Istotną rolę ma też głowa. Często gracze, którzy potrafią wiele, mają ogromne zdolności i predyspozycje, nie mają tak zwanej silnej głowy do grania. A wiadomo, że koszykówka to gra z wieloma różnymi rozwiązaniami i do tego potrzebne są umiejętności przyswajania informacji i jednocześnie przerzucenia ich na boisko.

Którego szkoleniowca z którym Pan współpracował wspomina najlepiej?

W całej swojej karierze miałem wielu bardzo dobrych trenerów. Mało tego, nauczyłem się wyciągać od każdego z nich to, co jest najlepsze i najważniejsze. Oczywiście, wszystkim mogę wiele zawdzięczyć. Pan trener Krzysztof Walonis był moim pierwszym. On jako pierwszy dał mi też szanse gry w tak młodym wieku, i to w finale Mistrzostw Polski w pierwszej piątce. Miałem wtedy 17 lat. O takich rzeczach pamięta się do końca życia. Kolejny trener, Pan Adam Chłopek, z którym spędziłem wiele czasu nie tylko na treningach i meczach, ale również poza, albowiem był On moim nauczycielem wychowania fizycznego. Mieliśmy fajną, zgraną ekipę, co zaowocowało później Mistrzostwem Polski na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży w Prudniku rocznika U16. Pan Andrzej Zubrzycki, pierwszy, który pozwolił mi zadebiutować w ekstraklasie, czyli w obecnej PLK. Nie bał się dawać mi szansy oraz minut. Grałem w lidze od 1985 roku, więc tych trenerów trochę miałem. Wiele zawdzięczam tym z Śląska Wrocław, Panom Mieczysławowi Łopatce i Rafałowi Kalwasińskiemu, z którymi zdobyłem pierwsze i drugie Mistrzostwo Polski. Współpracowałem również z Panem Aleksandrowiczem w Komforcie Forbo Stargard Szczeciński i w reprezentacji Polski. Do tego grona zaliczę jeszcze Pana Tadeusza Hucińskiego, a także trenerów zagranicznych Andreja Urlepa,z którym do dnia dzisiejszego mam bardzo dobry kontakt oraz Muli Katzurin. Ponad to, przez 10 lat pracowałem indywidualnie nad moim przygotowaniem fizycznym z trenerem lekkoatletyki Panem Jerzym Maciantowiczem z AWF we Wrocławiu. Naprawdę miałem się od kogo uczyć. Każdy z nich miał wpływ na moją karierę, na moje umiejętności i wyszkolenie, dzięki czemu mogłem odnosić sukcesy i było mi dane grać na najwyższym poziomie.

Czy są jakieś rady oraz metody, które stara się Pan stosować i powielać w swoim kunszcie trenerskim?

Zabrzmi to śmiesznie, ale wiele rzeczy, które robię w tej chwili z dziećmi i młodzieżą oraz z zawodnikami mojego drugoligowego zespołu, nie były wcześniej przeze mnie praktykowane. Teraz jako trener, mimo wielu lat spędzonych na parkiecie ciągle się rozwijam, szkolę jeżdżąc co roku na kliniki lub konferencje dla trenerów koszykówki. Swego czasu, jeździłem też na obozy koszykarskie w Serbii, byłem na stażu w Słowenii i tam mogłem podglądać jak wygląda szkolenie przyszłych gwiazd światowego basketu. Gdybym ja robił te rzeczy na treningach, co robię w tej chwili ze swoimi zawodnikami, gdybym szybciej trafił na trenerów, na których trafiłem dosyć późno, bo albo przed trzydziestką, albo po trzydziestce, to byłbym dużo lepszym graczem.

Cała Polska w cieniu Śląska

Wróćmy jednak do czasów świetności. Sezon 1997/1998. Na ławce trenerskiej Andrej Urlep, na boisku między innymi Pan, Maciej Zieliński, Jarosław Zyskowski, śp.Adam Wójcik, Jarosław Krysiewicz, Jacek Krzykała czy Mirosław Łopatka. Jak Pan wspomina te czasy?

Wspomnę, że w Śląsku Wrocław grałem trzykrotnie. Moja przygoda zaczęła się w 92 roku i to były sezony, o których trudno zapomnieć. Tam zdobyłem swoje pierwsze Mistrzostwo Polski, mieliśmy bardzo dobry zespół i dzięki temu spore sukcesy. Nie były one na arenie międzynarodowej, jednakże te, które osiągnęliśmy za czasów trenera Urlepa, czy Katzurina, były dla nas niezwykle ważne. Bardzo szanuję to, co mam w swoim dorobku- to mi dało dużo radości i potwierdziło, że zacząłem osiągać taki poziom sportowy, który pozwalał mi zdobywać sukcesy w tej dyscyplinie, aczkolwiek z biegiem czasu te wyzwania stawały się większe. Grałem z zawodnikami, którzy byli znani nie tylko w Polsce, ale również za granicą. Tworzyliśmy naprawdę zgrany i fajny team, o którym ludzie pamiętają do dziś. Te czasy były wyjątkowe, nie tylko ze względu na osiagnięcia i tytuły, ale w głównej mierze przez atmosferę panującą na meczach koszykówki we Wrockawiu. Pełna Hala Ludowa, setki kibiców, nawet przed halą, niepowtarzalny doping i zwycięstwa w Superlidze i Eurolidze, możliwość rywalizacji z najlepszymi w Europie. Każdy z tych sezonów był pełen satysfakcji i zadowolenia, że robi się coś, co przynosi efekty. 

Śląsk Wrocław ma bardzo bogatą koszykarską historię. Mało który klub może pochwalić się zarówno takimi sukcesami, jak i zawodnikami, którzy zapisali w historii polskiego basketu. Co takiego sprawiało, że Śląsk wyznaczał koszykarskie trendy?

Trzeba pamiętać o tym, że to nie my tworzyliśmy historię koszykarskiego Śląska, ale też nasi koledzy, którzy w latach 80-tych i wcześniej osiągali sukcesy i mogli pochwalić się tytułem Mistrza Polski. My byliśmy jakby kolejnym pokoleniem, dostaliśmy od nich pałeczkę. Koszykówka we Wrocławiu była zawsze bardzo popularna, nie istniał wtedy tylko jeden klub. Były dwa kluby, które szkoliły młodzież, która mogła później zasilać pierwszy zespół w lidze. Przez wiele lat te kluby bazowały na swoich wychowankach, a dodając do tego jeszcze dobrych graczy zagranicznych, skutkowało to tym, że Polscy gracze w pewnym sensie ich naśladowali, lepiej się rozwijali u boku tych zawodników. Wrocław naprawdę żył koszykówką. Celem Śląska zawsze było zdobywanie najlepszego tytułu, granie w Europejskich Pucharach. Wtedy był Puchar Europy, a dopiero później Euroliga i Superliga, bądź co bądź, robiło się wszystko, aby ściągać jak najlepszych graczy, aby było jak najlepsze szkolenie, był większy poziom. Warto dodać, że przez sam Śląsk Wrocław przewinęło się wielu reprezentantów różnych krajów: Rosja, Litwa, Łotwa, Estonia- przede wszystkim cały blok wschodni. To też pokazuje, że ten klub był silny nie tylko w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej.  

W roku 1996 odbył się Mecz Gwiazd Polskiej Ligi Koszykówki. Chyba każdy znający się na koszykówce słyszał o słynnym wsadzie Roberta Kościuka, z małą pomocą Jarosława Zyskowskiego, który Pana podsadził. Nigdy przedtem nie można było zobaczyć Pana „pakującego” piłkę do kosza!

Ta sytuacja była podczas pierwszego Meczu Gwiazd (Północ-Południe) w Lublinie. Ponieważ grałem z wieloma kolegami w drużynie, z którymi mieliśmy na tyle dobry kontakt, że chcieliśmy nieco urozmaicić wieczór. Sam mecz w ogóle był bardzo dobry pod względęm poziomu dla kibiców. W trakcie spotkania wymyśliliśmy sobie, że Jarek Zyskowski mnie podsadzi,  przeciwnik nie będzie nam przeszkadzał, a ja wykonam wsad. Faktycznie tak się stało. Dla niektórych graczy było to dużym zaskoczeniem. Można powiedzieć, że była to w pewnym sensie gratka dla kibiców, bo byłem jednych z najniższych zawodników, a cała sytuacja wyszła po naszej myśli. Był aplauz na trybunach, była wrzawa, wszyscy byli zadowoleni, bo zobaczyli po prostu coś innego. Tak jak mówisz, człowiek poniekąd gdzieś tam zapisał się w historii, a takie chwile będzie pamiętało się do końca życia. Cieszę się, że taka sytuacja była, i to z moim udziałem.

W 1995 roku do historii przeszedł tak zwany „bunt w Śląsku”. Pięciu podstawowych zawodników, w tym Pan, zbuntowało się przeciwko trenerowi Arkadiuszowi Konieckiemu. To wydarzenie okrzyknięto końcem PRL-u w polskim sporcie. Jak ta sytuacja odbiła się na Pana dalszej karierze oraz na relacjach z kolegami z drużyny?

Nasze relacje się nie zmieniły. Myślę, że w Śląsku w tamtym okresie tworzyliśmy naprawdę super grupę. Nawet dziś, mimo, że każdy z nas ma swoje życie, swoje zajęcia, jeśli tylko możemy to się spotykamy i cały czas pozostajemy w kontakcie. Tamta sytuacja na pewno nie spowodowała, że straciliśmy kontakt i między nami były jakieś nieporozumienia. Wracając do tematu. Trenerzy zawsze byli zwalniani za brak wyniku, za brak progresu, czasami nawet za złą atmosferę. W większości przypadków konsekwencje ponosili przede wszystkim oni. Dlatego, że działaczom klubu łatwiej było zwolnić jedną osobę, niż pięciu czy dziesięciu graczy. My nie chcieliśmy, aby trener został zwolniony i mówię o tym jasno i otwarcie. My dążyliśmy do tego, aby pewne rzeczy usprawnić i zmienić, szukaliśmy nici porozumienia, nie  szukając jej tyko i wyłącznie z trenerem, ale również z przedstawicielami klubu. Niestety nie doszło do wspólnego spotkania. Grono osób interesujących się koszykówką, szczególnie na początku lat 90, wie, że zostały rozwiązane kontrakty, pięciu zawodników odeszło, każdy poszedł swoją drogą. Byliśmy na takim poziomie sportowym, że inne kluby interesowały się nami, ale niestety w rezultacie wszyscy musieliśmy wyjechać z Wrocławia i reprezentować barwy innych klubów.
Co do pozostałych konsekwencji, ja ucierpiałem chyba najbardziej. Wiele osób uważało, że to ja byłem głównym prowodyrem całej tej sytuacji, ale po wielu latach mogę powiedzieć, że to nie prawda. Po prostu byłem zdania, że drużyna to drużyna, ze względu na wszystko. Jeżeli gdzieś w trakcie rozmów podejmuje się jakieś decyzje, ktoś coś proponuje i wspólnie rozważamy wszelkiego rodzaju konswekwencje, czy sposób w jaki chcielibyśmy dany problem rozwiązać, chcąc tworzyć zespół, należy razem i wspólnie dążyć do tego, aby po prostu było lepiej. Chcieliśmy nadal odnosić sukcesy, rozwijać się, być najlepszymi w Polsce i nie tylko, dlatego to co się stało, o tym należało mówić. Skutek niestety był inny niż zamierzony, a tak jak już wspomniałem, wina spadła na mnie. Byłem wtedy kapitanem reprezentacji Polski. Po tej sytuaci kapitana od razu zmieniono. Tamta sytuacja miała bardzo duży wpływ na przebieg mojej dalszej kariery. Może potoczyłaby się inaczej i kto wie, może udałoby mi się spełnić moje największe marzenia, czyli grać w dobrym europejskim klubie.

Czy patrząc wstecz, to była dobra decyzja?

Mieliśmy bardzo dużo racji. Nasze argumenty były uzasadnione, nie były wyssane z palca. Były one na tyle poważne, że powinno się nad nimi zastanowić i poszukać rozwiązania dobrego dla drużyny i dla klubu. Gdybym miał wtedy głowę, którą mam dzisiaj, to na pewno nie zrobiłym tego. Uważam, że każdy z nas, zawodników, miał własny kontrakt, własne zobowiązania i każdy powinien sam decydować o sobie. Z jednej strony pokazaliśmy właśnie w 95 roku, że jesteśmy grupą, o którą potrafimy walczyć, ale efekt tamtej sytuacji pokazał, że każdy z nas poniósł po prostu inne konsekwencje. 

Po upływie tylu lat, można nazwać to odwagą? Taka sytuacja już nigdy więcej nie miała miejsca, a jak wiadomo, nie wszystkie kluby są wypłacane czy wywiązują się z umowy.

Wtedy zupełnie nie chodziło o pieniądze. Klub byl wtedy bardzo dobrze zorganizowany i wszystko było na czas. Problemem były nieporozumienia na lini trener-zawodnicy. Trener na pewno też chciał dobrze, ale nie zawsze da się coś zrobić tym największym kosztem, czyli zdrowiem. Rozchodziło się o zdrowie, o nic więcej. Taka sytuacja zaistniała i myślę, że teraz może i podjąłbym taką decyzję, ale indywidualnie, a nie w grupie.

Eurobasket, czyli o niewykorzystanej szansy 

W 1997 roku, Polska pierwszy raz wzięła udział w EuroBaskecie w Hiszpanii, gdzie zajęła historyczne siódme miejsce. Niestety, nie udało się wygrać w ćwierćfinale z Grecją. Czego wtedy zabrakło? Co zadecydowało o takim wyniku?

Przede wszystkim byliśmy naprawdę na fali wznoszącej. Mecze grupowe może nie były najlepsze w naszym wykonaniu, ale cel, nasze minimum został osiągnięty. Wygraliśmy z Łotyszami, dostając się do kolejnej fazy rozgrywek. Ciężko powiedzieć, czy to kwestia tego, że nasza forma z meczu na mecz rosła, czy poczuliśmy, że coś już osiągnęliśmy, dlatego podeszliśmy do tego bez dodatkowych obciążeń. W każdym razie, w kolejnych spotkaniach podejmowaliśmy wyżej notowane drużyny- Niemcy oraz Chorwację, i wygraliśmy oba mecze. To nam dodało dodatkowych skrzydeł, które naprawdę pozwoliły nam rywalizować z Grekami jak równy z równym. Przez znaczną część meczu byliśmy tą stroną wiodącą. Teraz pytanie, po tylu latach, co faktycznie zadecydowało o takim wyniku? Myślę, że wiele czynników wpłynęło na taki wynik końcowy, w rezultacie pozbawiając nas awansu do najlepszej czwórki. Na dobrą sprawę, zwycięstwo to dawało po pierwsze walkę o medale Mistrzostw Europy, a po drugie bezpośredni awans na Mistrzostwa Świata. Ja tych dwóch rzeczy żałuję najbardziej. Nie wykorzystaliśmy naszej dobrej gry, którą pokazaliśmy przez bodajże 30 minut. Kilka decyzji trenerskich moim zdanjem było nietrafionych, być może można było podjąć trochę inne. Należało wykorzystać większą ilość graczy w tym meczu, bo wiadomo, że zmęczenie z meczu na mecz narastało. Kto wie, gdybyśmy grali tym szerszym składem i bardziej rotowali, może udałoby się nam wyjść z tego zwycięsko. Postawiliśmy im bardzo twarde warunki, Grecja była silnym przeciwnikiem, co by nie powiedzieć, przecież  Ci co widzieli i czytali sprawozdania, wiedzą, że brakowało nam niewiele. W tych ważnych, znaczących momentach Grecy pokazali swoją wyższość, ogranie i doświadczenie na arenie międzynarodowej. Nam tego zabrakło. Może w jakimś stopniu trochę nas to przerosło i przestraszyliśmy się tego, że wygrywamy z jednym z  faworytów mistrzostw, co nas zdekoncentrowało. Niestety, ostatnie 10 minut przegraliśmy różnicą aż 22 punktów.

Podobno w szatni powiedział Pan: „Przecież mogliśmy wygrać tu i teraz. A co, jeśli nie będzie kolejnych okazji?”. Minęło 20 lat, a nikomu nie udało się poprawić Waszego wyniku…

Mimo młodego wieku, bo miałem wtedy 28 lat, byłem w takim momencie w swoim życiu, że wiele przeszedłem, ale też wiele było przede mną. Uważam, że takie okazje trzeba wykorzystywać i nie myśleć o tym co będzie później. Sytuacja może się zmienić i niestety, wykrakałem to. Dwa lata później nie przeszliśmy eliminacji do Mistrzostw Europy, gdzie wydawało się, że grupa eliminacyjna jest spokojnie do wygrania, ale w rezultacie tej grupy nie wygraliśmy. To co powiedziałem się sprawdziło, natomiast ja po tamtych Mistrzostwach czułem bardzo duży niedosyt, to była niewykorzystana szansa, a takie szanse trzeba po prostu brać. 

Jaki może być powód tego, że nie udało się poprawić tego wyniku?

Nie wiem, może za bardzo uwierzyliśmy w siebie i zbyt szybko poczuliśmy się mistrzem świata? Prawdą jest, że byliśmy wysoko notowani, biorąc pod uwagę ostatnie ME, czyli te mistrzostwa z 1997 roku. Może wydawało się nam, ogólnie jako kadrze, zawodnikom, trenerom, że grając przeciwko Węgrom, Macedonii, Czechom, wszyscy się przed nami położą.  Rzeczywistość okazała się wręcz okrutna, bo eliminacje zaczęliśmy od porażki z Węgrami na własnym parkiecie w Tarnowie. Pare dni później znowu dostaliśmy srogie lanie. Macedończykom rzuciłem 41 punktów, ale niczego to nie zmieniło, także te pierwsze dwa mecze pokazały, że gra naszej reprezentacji jest słaba, mimo wielkiego potencjału. 

Czy wierzy Pan, że koszykówka będzie kiedyś na wyższym poziomie i w końcu uda się osiągnąć więcej niż dotychczas?

Chciałbym w to wierzyć. Ja jako trener też dążę do tego, aby wyszkolić swoich zawodników tak, by byli jak najlepsi, by doszli jak najdalej się da, natomiast na to, czy nasza reprezentacja będzie odgrywała istotniejszą rolę w Europie, na to składa się wiele czynników i od nich to będzie zależało. Polska koszykówka w moim odczuciu ma trochę problemów, które w pierwszej kolejności powinno się rozwiązać i zacząć od nich. A może być jeszcze gorzej. Mamy przede wszystkim problem na jedynce. To jest bardzo ważny element.

Przytoczę fragment książki „Z dystansu” Andrzeja Pluty:

(…) kolejne cztery finały ME bez nas oraz miejsca w drugiej i trzeciej dziesiątce Starego Kontynentu. Tylko w 2009 roku w EuroBaskecie rozgrywanym w Polsce reprezentacja doszła do miejsc 9-10. Wstyd? Tak, jest mi wstyd. 39-milionowy naród nie potrafi wychować dziesięcu solidnych koszykarzy. „Robimy” sukces, młodzi powinni nas ścigać, notorycznie wywierać presję na starych. A jak jest naprawdę? Uwstecznianie się. Regres. Oglądam film-bajkę Rocky V, gdzie stary Balboa pierze się po gębie z młodym mistrzem. I wygrywa. To, co wydaje się możliwe tylko w hollywoodzkim filmie, mogłoby się spokojnie zrealizować w naszej rodzimej koszykówce.  Gdybyśmy zebrali się teraz z Adamem Wójcikiem, Dominikiem Tomczykiem, Mariuszem Bacikiem, Maciejem Zielińskim, Krzyśkiem Dryją, Kordianem Korytkiem, Robertem Kościukiem, Tomkiem Jankowskim i resztą, gdybyśmy wszyscy razem potrenowali, to zapewniam, że teraz, będąc po czterdziestce, zlalibyśmy obecnych kadrowiczów. Przepraszam, chłopaki, takie jest moje zdanie. I wcale nie zwariowałem, na pewno byśmy wygrali. Bo mamy charakter z innej epoki. Byliśmy i jesteśmy zahartowani. Życie nauczyło nas ciężkiej pracy, rywalizacji i gry z maksymalnym zaangażowaniem. Wielu z nas, oprócz wytrenowania, miało też talent na skalę europejską.  Może nie ja, ale taki „Wujo”, „Domino”, czy „Bacior” to samorodki, talenty, które przez lata pozostaną u nas niedoścignione. Albo taki Maciej Zieliński? W Śląski grał znakomicie już jako młodzian. Miał dziewiętnaście lat, kiedy Keith Williams rzucał mu piłki na alley-oopy i on je kończył. Wielu by się zadowoliło. A on? Poleciał za ocean dostać szkołę koszykówki i życia w Providence. Nie było Skype’a, telefonów komórkowych, internetu. Poradził sobie, wrócił jeszcze silniejszy i poprowadził wrocławian do mistrzostwa Polski, pokonując w finale moje Bobry Bytom (…)”

Jak Pan się do tego odniesie? Jakby w Pana ocenie wyglądało to starcie?

Pierwsza sprawa, musielibyśmy kilka ładnych tygodni poświęcić na to, aby przygotować się fizycznie do tego meczu. Bo pewne  umiejętności posiedliśmy i je mieliśmy, ich się nie traci. Posiadaliśmy takie cechy, których wielu graczom niestety teraz brakuje. Graliśmy z ogromnym zaangażowaniem, dla nas nie było straconych piłek. My nie spuszczaliśmy głowy, tylko walczyliśmy do końca o jak najlepszy wynik. Myślę, że te cechy, o których powiedział Andrzej Pluta, i które zresztą sam potwierdzam, one by mogły decydować o tym, kto w tym pojedynku wyszedłby zwycięsko. 

Fot. Kolekcjonerbutow.pl

Wracając do Andrzeja Pluty. Kiedyś zapytany, czy ma swojego idola w polskiej lidze, bez zastanowienia wymienił Pana nazwisko, dodając, że nie zapomni, jak przeżywał swój pierwszy mecz przeciwko Panu. Warto dodać, że od momentu Pana kontuzji, rozpoczęła się jego poważna kariera sportowa.

Można powiedzieć, że Andrzej Pluta „wypłynął” trochę na moim nieszczęściu. Cieszę się, że mogłem być dla niego pewnego rodzaju idolem, jednak wracając do wcześniejszego wątku, uważam, że mieliśmy z Andrzejem wiele wspólnych cech, bardzo poważnie i profesjonalnie podchodziłem do swojego zawodu i do koszykówki. Andrzej pod względem zaangażowania i pracy, tego, co udało mu się osiągnąć, może zawdzięczać przede wszystkim sobie. Temu, że z wielkim oporem realizował swoje cele i dzięki temu stał się zawodnikiem europejskiego formatu. Oczywiście, można zadawać sobie pytanie, co by było gdyby mój nieszczęśliwy wypadek podczas meczu w Wałbrzychu się nie wydarzył, czy jego kariera przebiegłaby w taki sam sposób, czy inaczej. Teraz już nie ma o czym rozmawiać, mój upadek był na tyle fatalny, że trafiłem do szpitala z rozciętą brodą. Mimo wszystko, jestem szczęśliwy, że mieliśmy w swojej drużynie takiego zawodnika jak On, który pociągnął, dał radę, bez najmniejszych kompleksów stał się bohaterem, ojcem zwycięstwa. Koszykówka jest grą zespołową, o wyniku tego meczu i późniejszych eliminacji, w których grał rewelacyjnie, nie tylko jego dyspozycja była ważna, ale ważna była również dyspozycja pozostałych graczy. Niemniej jednak, Andrzej był tym najjaśniejszym punktem. Szkoda, że z chwilą, kiedy doszło do tej sytuacji na parkiecie, z zawodika pierwszopiątkowego, stałem się graczem rezerwowym, ale taki jest sport, takie są zasady. To jest to, czego w tej chwili brakuje młodym graczom. Cierpliwość. Oni by chcieli już, od razu, chcieliby być z marszu wiodącymi postaciami, nie potrafią cierpliwie czekać na swoją szansę. Andrzej Pluta i to zdarzenie doskonale pokazuje jaki miał charakter, jaki był cierpliwy. Pracował ciężko, czekał na swoją szansę i ją otrzymał. A to, że akurat w takich okolicznościach to nie jego wina. Czasami nieszczęście jednego gracza może być szczęściem drugiego.

W Pana odczuciu, brakuje teraz takich zawodników jak na przykład Ś.p. Adam Wójcik?

Adam był wspaniałym człowiekiem. Sympatyczny, życzliwy i uśmiechnięty. To nie był typ gwiazdy. Był bardzo otwarty, lubiany, ale to wynikało z jego usposobienia. Był osobą, która chciała z każdym porozmawiać. Jak przychodzili kibice i chcieli zdjęcie czy autograf, nigdy nie odmawiał. Dzięki takiej postawie był bardzo dobrze odbierany. Z punktu widzenia czysto sportowego, wydaje mi się, że mógł zrobić coś więcej. Czy mógł się dostać do NBA? Mógł, ponieważ potencjał miał przeogromny. Po prostu Adam musiałby być bardziej zaangażowany, jeszcze więcej trenować, i kto wie, może by to osiągnał. Grał w wielu klubach, grał za granicą, grał w Eurolidze i myślę, że był w pewnym sensie spełniony. Chociaż nie wiem czy po cichu nie liczył na to, aby swoją karierę europejską poszerzyć jeszcze o NBA, ale niestety, stało się co się stało i już się tego nie dowiemy.

Kiedy buty zawisną na kołku 

Pana szkoła „Gimbasket” łączy naukę ze sportem. Czy zawsze po skończeniu kariery planował Pan założyć taką szkołę i zostać trenerem?

Pomysł w zasadzie wyszedł po moim rocznym pobycie w Szwecji. Tam, do dnia dzisiejszego funkcjonują tak zwane szkoły koszykarskie, dzięki którym młodzież może w dogodny sposób łączyć naukę ze sportem. Bardzo mi się ta inicjatywa spodobała. W ogóle nie myślałem, że to będzie pomysł na moje życie po skończeniu kariery. Z chwilą, w której założyłem szkołę przestałem grać w koszykówkę. Na dobrą sprawę otwierając szkołę, nie miałem zamiaru przechodzić na sportową emeryturę. Faktycznie, nie planowałem wyjeżdżać z Wrocławia. Po prostu nie dostałem kolejnej propozycji gry w Śląsku, co było powodem tego, że moja kariera zakończyła się w wieku 34 lat, tak naprawdę z dnia na dzień.

Co młodym ludziom może zapewnić Pańska szkoła?

Uważałem, że przeniesienie takiego modelu szkolenia, które pozwoli łączyć obydwie rzeczy, będzie dobrym pomysłem. Sport może być fajny, może być przyjemny, ale należy pamiętać, że niesie za sobą różne niebezpieczeństwa: choroby, urazy, kontuzje, które mogą wyeliminować z uprawiania sportu. Później bazuje się na tym, co wyniosło się ze szkoły  czy się ją skończyło, poszło na studia i tak dalej. Nie można zapomnieć, mówię to na bazie moich doświadczeń z prowadzenia szkoły, że brak tej cierpliwości w dążeniu do celu, o której już wspominałem, powoduje, że mimo tego, że ma się duży potencjał, to ta przygoda się po prostu kończy. Pozostaje tylko nauka. Jeżeli ktoś myśli o tym, aby kiedyś otrzymać dobrą pracę, to trzeba w siebie zainwestować. Stąd w naszej szkole, bo prowadzę Szkołę Podstawową i Liceum, jest tak duży nacisk na to, aby młodzież uczyła się jednocześnie i realizowała się w sporcie.

Czy ma Pan jakieś cele na przyszłość?  Chciałby Pan ze swoim GimBasket Wrocław awansować do pierwszej ligi?

Nie będę ukrywał, że tak, mam taki plan. Bardzo bym chciał, aby mój zespół Roben Gimbasket awansował do pierwszej ligi. To jest mój cel na niedaleką przyszłość. Liczę się z tym, że potrzeba jeszcze wiele pracy ze strony zarówno trenerów, jak i zawodników. Będziemy do tego dążyć i wierzę, że uda nam się zadebiutować i grać w ogóle w rozgrywkach na zapleczu ekstraklasy.

Ludzie Basketu #5- Kacper Lachowicz

Zaczęło się od prezentu w postaci czapki Charlotte Hornets, czyli jakieś niespełna 25 lat temu. Podwórkowa koszykówka na betonowym boisku, pierwsze kroki na parkiecie, szukanie własnego „ja”, droga nie zawsze usłana różami. Mimo, że skończyło się tylko na drugiej lidze (no właśnie, tylko?), nie można tego nazwać porażką, czy niespełnionymi marzeniami. Wręcz przeciwnie! W koszykówce pozostał, lecz w zupełnie innej roli. Od lat przemierza Polskę wzdłuż i wszerz, zarażając ludzi pozytywną energią i nietuzinkową wiedzą. Gość robi naprawdę niezłą robotę i jest fachowcem w swej dziedzinie. Może znacie go pod pseudonimem Kacpa. Człowiek orkiestra- Kacper Lachowicz!

Pamela Wrona: Proste pytanie. Dlaczego koszykówka?

Kacper Lachowicz: To dość prozaiczna historia – będąc dzieckiem dostałem od rodziców czapkę Charlotte Hornets, a przebywający w tym samym czasie na wakacyjnym wyjeździe  Brat kupił sobie czapkę Phoenix Suns. Gdy się spotkaliśmy, okazało się, że mamy czapki drużyn NBA, więc zaczęliśmy szukać informacji na temat tych drużyn i NBA w ogóle. Tak to się zaczęło, miałem wtedy 7 lat..

Tak pojawiło się Twoje zainteresowanie koszykówką. W jaki sposób rozwinąłeś je dalej? 

Na początku grałem tylko pod blokiem na boiskach Miasteczka Studenckiego AGH i w szkole. Co prawda, wtedy grałem też dosłownie w co się dało, byłem bardzo aktywnym dzieckiem. W wieku 11 lat Tata zaprowadził mnie na trening sekcji koszykówki TS Wisła Kraków w Szkole Podstawowej numer 113.

Czy to był dla Ciebie duży przeskok?

Ciężko było mi odnaleźć się w tej „zorganizowanej” koszykówce, stąd też 2 lata potrenowałem, później jakaś przerwa w treningach klubowych, znowu powrót, i później dopiero w klasie maturalnej zacząłem znów trenować w klubie, tym razem UKS Siemaszka Piekary. Co ciekawe, nawet gdy „obrażałem się” na koszykówkę klubową, eksploatowałem kolejne pary obuwia i piłki na betonowych boiskach.

Jak narodził się pomysł, aby zostać trenerem koszykówki, motywatorem oraz konferansjerem? Szukałeś pomysłu na siebie, wciąż pozostając w temacie koszykówki?

Myślę, że nie można powiedzieć, że narodził się taki pomysł, gdyż to po prostu stało się bardzo naturalnie. Trenerem, bo zauważyłem, że pomimo niepowodzeń w graniu, mam ogromne pragnienie zrozumienia tej gry, a zwykle gdy coś rozumiem to bardzo łatwo przychodzi mi przekazywanie tego dalej. Motywatorem, bo odkryłem w sobie dar przekazywania inspiracji, oczywiście tym, którzy jej szukają. Dzięki temu, zacząłem odwiedzać szkoły opowiadając swoją historię koszykarskiego nieudacznika, który jednak z koszykówki zrobił sposób na życie. Konferansjerem, bo od najmłodszych lat nie wstydziłem się występować publicznie, więc obycie z mikrofonem miałem niemal we krwi. Później, gdy organizowaliśmy nasze pierwsze turnieje streetballowe z cyklu GramyFair Streetball Challenge zaistniała potrzeba, aby ktoś przez mikrofon nadawał rytmu wydarzeniom. Nie było chętnego, stąd też padło na mnie, i względnie znośnie mi to wyszło, bo 11 lat później ciągle są chętni na moje usługi w tej kategorii.

Jaka jest główna idea tego co robisz?

POMIMO. To tak w jednym wyrazie.
Mówiąc konkretniej, to pragnę zachęcać do szukania w sobie pasji, zarażać entuzjazmem, przekonywać, że niepowodzenia to nie koniec świata. Ułatwiać rozwój tym, którzy nie wstydzą się prosić o pomoc. Oczywiście w tym wszystkim zależy mi na popularyzacji koszykówki oraz rozwoju indywidualnym graczy, co aktualnie zajmuje mi najwięcej czasu.

Lodz, 26.07.2017
MG 13 MARCIN GORTAT CAMP DZIECI KOSZYKOWKA
MARCIN GORTAT CAMP FOR KIDS BASKETBALL
NZ uczestnik , kacper lachowicz
FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Pracujesz z dziećmi. Czy chcesz od małego rozwijać w nich pasje i zainteresowanie koszykówką, w pewnym sensie odciągając ich trochę od telewizorów i smartfonów?

Muszę sprostować, że praca z dziećmi to tylko niewielka część tego co robię. Przy nich skupiam się głównie na „zasiewaniu ziarna”. Można powiedzieć, że odciągniecie ich od świata wirtualnego to taki efekt uboczny.

Czyli zamysł jest zupełnie inny?

Uważam, że nie powinniśmy demonizować smartfonów, bo rozwój technologiczny jest nieuniknionym procesem, a starać się rozwijać ich pasje do maksimum, jednocześnie pokazując, że jeśli wykorzystamy nowoczesne technologie umiejętnie to może to nasze zainteresowania jeszcze bardziej rozwinąć. Jestem zdania, że dużo więcej osiągniemy uświadamiając, aniżeli zabraniając, demonizując pewne zjawiska.

Skąd czerpiesz swoją wiedzę?

Zewsząd. Totalnie zewsząd. Staram się ciągle, non stop być uczniem, często w najbardziej prozaicznych życiowych sytuacjach. Obserwacja, możliwość przeżycia czegoś na własnej skórze jest zdecydowanie moją metodą nauki. Myślę, że to jest właśnie klucz do nieustannego progressu – świadomość że jest się uczniem 24/7 nawet, gdy jesteś nauczycielem czy trenerem.
Oczywiście dużo szukam koszykarskich inspiracji w sieci, jednak najwięcej mojego rozwoju bierze się z poznawania ludzi, obserwowania jak pracują, obcowania z nimi, z daną umiejętnością, ćwiczeniem.

Jest ktoś, kto jest dla Ciebie inspiracją, w jakiś sposób napędza cię do działania?

Zdecydowanie najbardziej Jezus. Jego postawa była i jest najbardziej „Savage” jakby to powiedzieli młodzi ludzie. A z takich których można followować na instagramie to Ganon Baker, Micah Lancaster, Gary Vaynerchuk- Oni przychodzą mi do głowy w pierwszym momencie.

FOT. WOJCIECH FIGURSKI / 058sport.pl

Teraz mamy Instagram i multum innych mediów społecznościowych, więc Jak już przy tym jesteśmy, jak udało Ci się nawiązać współpracę z Marcinem Gortatem? Nadmienię, że w 2010 roku zadebiutowałeś jako współprowadzący „Marcin Gortat Camp” i tak pozostało do dziś.

Współpraca zaczęła się bardzo banalnie, gdyż napisałem maila do fundacji Marcina Gortata, po prostu. Będąc na Jego Campie w 2009 roku zwróciłem uwagę, że ma zdecydowanie za dużo na głowie i nie chodziło mi o jego fryzurę (śmiech). Początkowo miałem tylko pomagać Marcinowi „mikrofonowo”, jednak szybko złapaliśmy wspólny język i z roku na roku zakres moich obowiązków był i jest coraz większy.

Czy to był pewnego rodzaju impuls do stworzenia „Kacpa Challenge?

Na pewno tak, choć pośrednio, bo współpraca z Marcinem pomogła mi uwierzyć w siebie. Niesamowite jest to jak często ktoś kto Cię nie zna może spojrzeć na twoje umiejętności nie przez pryzmat tego czego Ci brakuje, ale koncentrując się na twoich zaletach. Wtedy, gdy zaczynałem współpracę z MG13 o koszykówce w moim wykonaniu słyszałem najczęściej: streetball, błazenada, pajacowanie. Jednak, gdy ludzie z najlepszej koszykarskiej ligi świata, bo nie tylko Marcin ale i Jego Goście docenili to co robię, byli i są pełni aprobaty, to daje ogromną pewność siebie, i odwagę by nie przejmować się „przychylnością” tych, których główną interpersonalną funkcją jest hejt.
Takim bezpośrednim impulsem do stworzenia Kacpa Challenge, były….. Moje wybryki w postaci agresji na boisku. Zawsze po takich sytuacjach, miałem wyrzuty sumienia, że mnie poniosło, a przecież tak bardzo chcę pokazywać piękno tego sportu. Zacząłem zastanawiać się jak można popularyzować koszykówkę w taki sposób, aby uniemożliwić agresję wynikającą z kontaktowości w rywalizacji. Chciałem też umożliwić „pokazanie się” takim koszykarskim zapaleńcom, którzy samemu trenowali bardzo dużo, a z różnych powodów nie grają w drużynie. Swoją drogą, chciałem zwrócić uwagę jak wiele indywidualnych umiejętności można poprawić trenując samemu, bo choć Kacpa Challenge to wielka impreza, z mnóstwem uczestników, to większość konkurencji skonstruowana jest w taki sposób, aby można było samemu podnosić swoje skille.
Wyszło tak, że udaje się połączyć to co wymieniłem, a dodatkowo sprawić, że to impreza multipokoleniowa – najstarszy do tej pory uczestnik miał 68 lat, a zdarzyły się takie edycje podczas których aktywnymi uczestnikami byli wnuczek, rodzic i dziadek z jednej rodziny. Ta impreza jest wielkim świętem koszykówki, jestem z niej bardzo dumny.

Śmiało można nazwać cię „człowiekiem orkiestrą”. Wszędzie cię pełno (nawet na wysokości 3,05 metra), zarażasz ludzi pozytywną energią, rozwijasz się cały czas. Naprawdę widać, że sprawia Ci to ogromną radość i przede wszystkim, odnajdujesz się w tym co robisz, a o to przecież w tym wszystkim chodzi. Będzie to raczej pytanie retoryczne, ale czujesz się spełniony?

Jestem w takim momencie swojego życia, że choć jestem bardzo spełniony to na tyle duże pragnienie rozwoju powoduje, iż nie mam zamiaru przestać.

W związku ze wspomnianym pragnieniem dalszego rozwoju, masz jakieś plany na najbliższe lata? Czy jest coś, co chciałbyś jeszcze zrealizować?

Chcę, aby Kacpa Challenge wyszło za granicę naszego kraju. Tak naprawdę, to już udało się zorganizować jedną edycję w Mołdawii, teraz trzeba kontynuować ten trend. Tutaj w kraju ruszamy z cyklem Szkolnego Kacpa Challenge, pierwszy taki event już we wrześniu, oczywiście w tak zwanym międzyczasie będziemy robili klasyczne Kacpa Challenge. Jednocześnie pragnę jak najbardziej usystematyzować pracę indywidualną z moimi graczami, mam na to mnóstwo pomysłów. Przy okazji, temat „skills development” w Polsce i w Europie to temat rzeka, czuję się nieco odpowiedzialny za uświadamianie koszykarzy w tej kwestii.

Kiedy odbędzie się najbliższy Kacpa Challenge?

Najbliższy Kacpa Challenge odbędzie się 23.09.2018 w Warszawie na Wilanowie, uczestnictwo oczywiście bezpłatne!
Korzystając z okazji, chciałbym wspomnieć o zbiórce zorganizowanej przez grupę nastolatków-pasjonatów koszykówki, którzy chcą wesprzeć kolejną edycję mojego event’u 13 października w Poznaniu. Informacje na ten temat dostępne tutaj.

Ludzie Basketu #4 – Marcin Balcerowski

Niepełnosprawność wiąże się z pewnymi ograniczeniami, niemożnością kontynuowania kariery sportowej i rozwijania swojej pasji? Być może wiele osób tak myśli, być może nie każdy miałby w sobie tyle siły. Ciężką pracą można zatrzeć wszelkie granice, zwłaszcza, że wyznaczamy je sobie sami.

W Hamburgu od 16 do 25 SIERPNIA odbywały się Mistrzostwa Świata w koszykówce na wózkach, gdzie rozgrywały swoje mecze reprezentacji kobiet z dziesięciu krajów oraz szesnastu reprezentacji mężczyzn.
Polska reprezentacja mężczyzn znalazła się w najlepszej szóstce świata!
Ten sukces zapewnili sobie pokonując wcześniej w fazie grupowej Kanadę (79:68) oraz Koreę Południową (54:53). W kolejnych dwóch spotkaniach musieli uznać wyższość reprezentacji USA (51:82) i Wielkiej Brytanii (46:78). O awansie do ćwierćfinału zadecydowało spotkanie z Kanadą, które wygrali 79:68. Najlepszym strzelcem drużyny był Marcin Balcerowski, zdobywca 21 punktów, który jest moim dzisiejszym rozmówcą!

Pamela Wrona- jest Pan wychowankiem Górnika Wałbrzych. Jak wyglądała Pana kariera sportowa przed wypadkiem?

Marcin Balcerowski- zaczynałem od grup młodzieżowych, a w wieku 18 lat trafiłem do seniorów. Pierwszy sezon grałem w trzeciej lidze po wycofaniu się z ekstraklasy Śnieżki Aspro Świebodzice, następnie dwa sezony grałem w drugiej lidze, aż do sierpnia 1998…

Wskutek wypadku samochodowego, stracił Pan władzę w nogach. Przygotowując się do rozmowy, natknęłam się na Pana wypowiedź sprzed lat, która utkwiła mi w pamięci:

Los mi nie zabrał nigdy koszykówki. Los mi dał, inne nowe życie i to dobre życie, w którym mogę grać dalej w koszykówkę i dlatego jestem szczęśliwy.

Tak, to prawda, jest to jak najbardziej aktualne, ale musiało minąć trochę czasu zanim zacząłem tak myśleć. W początkowym okresie bardzo pomogła mi moja dziewczyna, a obecnie żona, która zostawiła wszystko i przeprowadziła się z Lublina do Świdnicy. Koszykówka na wózkach dała mi możliwość wzięcia udziału w Mistrzostwach Europy oraz Mistrzostwach Świata. Ponadto, wystąpiłem na Igrzyskach paraolimpijskich w Londynie, co jest marzeniem każdego sportowca.

Czy w tamtym okresie, uraz, którego Pana doświadczył od razu oznaczał koniec kariery?

Uraz był bardzo poważny. Diagnoza: przerwanie rdzenia kręgowego.Przez pierwsze miesiące nikt nie miał odwagi powiedzieć mi, że już nigdy nie stanę na nogach.Dopiero pobyt w ośrodku w Konstancinie mi to uświadomił. Na pierwszej wizycie rehabilitant oznajmił, że prawdopodobnie już nigdy nie zagram w koszykówkę.

A jednak znalazł Pan inne rozwiązanie….

Nie ukrywam, że było ciężko. Zadzwonili do mnie ze Startu Wałbrzych, mówiąc, że słyszeli o moim wypadku. Zaproponowali mi, abym spróbował koszykówki na wózkach. Pojechałem na pierwszy trening. Nie byłem do końca przekonany, szybko się zniechęciłem, bo nie miałem wystarczająco siły, aby dorzucić do kosza. W końcu 2 lata spędziłem w domu. Z czasem się przekonałem, jeździłem po wszelakich ośrodkach rehabilitacyjnych, ale dopiero regularne treningi pomogły mi dojść do siebie. Wtedy nie przypuszczałem, że w 2002 roku zostanę powołany do reprezentacji Polski.

Obecnie w Polsce jest 9 zespołów w lidze koszykówki na wózkach. Jaka była sytuacja u schyłku XX wieku?

Było podobnie, aczkolwiek gdy w 2001 roku zdobywaliśmy z drużyną Impel Wrocław Mistrzostwo Polski, graliśmy w normalnej lidze, były też mecze rewanżowe i playoffy. Teraz jest system turniejów.
Kluby przez cały rok biorą w nich udział, walcząc o medale mistrzostw kraju. W Niemczech, Włoszech, Hiszpanii oraz Turcji są profesjonalne kluby, w których gracze dostają pieniądze za grę.

Koszykówka na wózkach przeznaczona jest dla osób, które straciły zdolność swobodnego poruszania się. Jakie urazy klasyfikują zawodnika do uprawiania koszykówki na wózku?

Każdy uraz kończyn dolnych, który uniemożliwia prawidłowe poruszanie się, zwłaszcza uprawiania sportu bieganego. Ponad to, zaliczyć można paraliże, zwyrodnienia stawów, amputacje kończyn dolnych czy szerokorozumiane urazy kręgosłupa.

Czy są jakieś różnice w przepisach między tą odmianą piłki koszykowej, a bieganą?

Porównując koszykówkę na wózkach do bieganej, różnice są naprawdę niewielkie. Boisko ma takie same wymiary, jest taka sama ilość zawodników, rozgrywane, są 4 kwarty po 10 minut i tak dalej. Są tylko wyszczególnione przepisy dotyczące wózków oraz specjalna klasyfikacja graczy.

Jakie wózki dopuszczone są do gry?

Wózki są sportowe, dostosowane indywidualnie pod każdego zawodnika. W przypadku tych wysokopunktowych, siedzenie nie może być zamontowane wyżej niż na 53 cm od podłoża. Wykonane jest z twardej gąbki, której wysokość maksymalnie powinna wynosić 5 cm, natomiast dla graczy niskopunktowych, nie więcej niż 10 cm. Średnica kół nie powinna przekroczyć 69 cm, a cały wózek skonstruowany jest tak, aby zapewnić bezpieczeństwo i komfort podczas gry.

A jak wygląda „błąd kroków”?

Zawodnik może dotknąć kół tylko dwukrotnie. Po tym musi nastąpić kozioł.

Zatrzymajmy się przy klasyfikacji graczy.Na boisku możemy zobaczyć różnych zawodników, podzielonych pod względem ograniczenia sprawności funkcjonalnej i rodzaju schorzenia. Jak to wygląda w praktyce?

Gracze podzieleni są według punktacji: najbardziej poszkodowany, czyli najmniej sprawny ma 1 punkt. Są to urazy wysokie rdzenia. Najmniej poszkodowany ma 4,5 punktu. Zaliczają się do tego urazy kolana oraz amputacje poniżej kolana. Na boisku suma pięciu graczy musi dać wynik 14 punktów.

Jak prezentuje się nasza reprezentacja według tego schematu?

Polska reprezentacja gra w schemacie 4+4+3,5+1,5+1 lub 4,5+4+3,5+1+1.

Mając porównanie-w którą odmianę koszykówki gra się zdecydowanie ciężej?

Każdy sport jest ciężki na swój sposób, zwłaszcza jeżeli mowa o sporcie zawodowym. Porównując, zdecydowanie ciężej w koszykówkę na wózkach. Szczerze, po tylu latach nie pamiętam już nawet jak grało się w koszykówkę przed moim wypadkiem, ale jedyne co mogę powiedzieć, że najbardziej brakuje mi chyba wsadów…

Jak długo planuje Pan kontynuować sportową karierę?

Nie mam pojęcia. Ciężko jest skończyć, jednak coraz częściej poważnie się nad tym zastanawiam, ze względu na rodzinę. Chciałbym poświecić jej więcej czasu.

Dodam, że Pana syn, Aleksander, godnie reprezentuje Pańskie nazwisko za granicą, dokładnie w Hiszpanii. Koszykówka w Waszym domu zawsze miała swoje miejsce?

Moja żona grała w koszykówkę w Lublinie. Mój syn już 4 lata przebywa w Hiszpanii, reprezentujàc drużynę Herbalife Grań Canaria Las Palmas, dlatego nie mogę się z tym nie zgodzić.

Można powiedzieć, że ma Pan swoje odzwierciedlenie w koszykówce bieganej, na dodatek z tymi samymi genami i w nieco młodszej wersji (śmiech).

Mój syn Aleksander już mnie przerósł… I nie tylko wzrostem (ja mam 198 cm, a on 217 cm), ale przede wszystkim umiejętnościami, sprawnością fizyczną. Ma naprawdę ogromny talent i wielki potencjał. Myślę, że najlepsze dopiero przed nim. Ciężką pracą może zajść naprawdę daleko. Z żoną zawsze go wspieramy i pomagamy jak tylko możemy.

Oboje odnosicie sukcesy i z powodzeniem odnajdujecie się na boisku, pokazując, że w zarówno w koszykówce, jak i w każdej innej dyscyplinie sportowej nie ma żadnych granic i barier…

Sport jest czymś tak wspaniałym, że znosi wszystkie bariery. Nie ma rzeczy nie możliwych, tak jak i w tej sytuacji. Uprawiamy ten sam sport, mimo, że poruszamy się w nieco inny sposób.

Pana zdaniem, koszykówka na wózkach pozwala przełamać stereotypy dotyczące niepełnosprawności?

Oczywiście! To już się zmienia. Chociaż jeżeli chodzi o transmisje w polskiej telewizji, to chyba się nigdy nie zmieni. Prawda jest taka, że telewizja publiczna woli puszczać powtórki z meczy piłki nożnej, niż Mistrzostwa Świata w koszykówce na wózkach. Zresztą w sporcie takim jak lekkoatletyka jest tak samo. W pewnym sensie jesteśmy dyskryminowani.

Nie mogłabym nie wspomnieć o ogromnym sukcesie Biało-Czerwonej reprezentacji na Mistrzostwach Świata w Hamburgu. Jesteście usatysfakcjonowani i zadowoleni z osiągniętego wyniku? Czy wcześniej przypuszczaliście, że zajdziecie tak daleko?

Bez wątpienia można to nazwać sukcesem. Byliśmy znacząco lepsi od Turcji, która ma tytuł Mistrza Europy, od Niemiec, czy nawet od Kanady, która już trzykrotnie wygrała całą Olimpiadę. Ale gdyby nie media społecznościowe, nikt by o tym nawet nie wiedział.

Z czego to wynika? Zauważmy, że w tradycyjnej koszykówce jest podobna sytuacja…

W Niemczech sport niepełnosprawnych, zwłaszcza koszykówka jest promowana na wszelkie możliwe sposoby. Na mecze przychodzi sporo kibiców, jest duża oglądalność i przede wszystkim, jest reklama i wsparcie w krajowych programach, czego u nas niestety nie ma.

Jak już przy tym jesteśmy, warto dodać, że obecnie nie gra Pan w Polsce…

Zgadza się. Jestem zawodnikiem klubu BG Basket Hamburg. Za granicą jestem już 15 lat. Wcześniej grałem we Włoszech i w Hiszpanii.

Czy poniekąd ze wspomnianych wcześniej względów?

Tak, głównie przez zawodowy charakter ligi, którego u nas brakuje.

Ludzie Basketu #3- Dominika Kuchta

Pierwszy żeński pierwiastek w moim cyklu, który robi coś, o czym być może nie wszyscy słyszeli lub nie wiedzą na czym dokładnie polega. Absolwentka studiów psychologicznych o dwóch specjalizacjach: Psychologia Kliniczna oraz Psychologia Organizacji, Zarządzania i Marketingu, ponadto skończyła Stosowaną Psychologię Sportu na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu. Współpracuje między innymi z Polskim Związkiem Koszykówki, Polską Ligą Koszykówki, Reprezentacją Polski Mężczyzn i Kobiet w Koszykówce oraz swego czasu z WKS Śląsk Wrocław.

Prawdą jest, że zbudowanie składu to kwestia krótkiego czasu. Ale żeby zbudować go w taki sposób, aby wszystko prawidłowo funkcjonowało na każdym szczeblu, to już jest sztuką, na którą potrzeba go znacznie więcej. „Team spirit” to zupełnie inna historia. To coś, czego często brakuje, a może przekładać się na wyniki drużyny. Atmosfera w drużynie jest czymś niezwykle ważnym. Tak samo jak dobre relacje na linii trener – zawodnik.

Ilu z Was, zawodników, czuje się lepiej i pewniej siebie, gdy trener stanowi oparcie? Po udanym meczu poklepie po ramieniu, przybije piątkę, a kiedy trzeba, powie pare słów, aby zmotywować do cięższej pracy, a Twoi koledzy z drużyny są z Tobą niezależnie od wszystkiego?

Trener nie daje szansy, nie wykorzystuje potencjału zawodnika, który cały sezon przesiedział na ławce lub pełnił w zespole mało znacząca role. A baty zazwyczaj dostaje. W składzie przecież widnieje. Brak rozmowy. Blokada. A rozmowa jest kluczem do wszystkiego.

W związku z tym, w czym tkwi problem i jak go rozwiązać? Być może nie wszyscy wiedzą w jaki sposób się z nim uporać, jak poprawić swoje indywidualne wyniki i czy istnieje jakiś złoty środek. Czy jest w ogóle coś takiego jak trening mentalny? Psycholog sportu to konieczność, a może zbędność i ujma? W ten temat zagłębie się wraz z Dominiką Kuchtą!

Pamela Wrona: z wykształcenia jesteś psychologiem sportowym. Nasza rozmowa nie jest więc przypadkowa, albowiem współpracujesz między innymi z Polskim Związkiem Koszykówki. Na czym polega Wasza współpraca? Z kim jeszcze współpracujesz?

Dominika Kuchta: W Polskim Związku Koszykówki jeszcze za czasów studiów zaczęłam pomagać w marketingowych działach – to moja druga specjalizacja, taka hobbystyczna. Sprawdziłam się jako reporterka podczas meczów reprezentacji Polski i tak też poznałam bliżej całe koszykarskie środowisko od środka. Już po zakończonej specjalizacji z Psychologii Sportu, rozpoczęłam pracę jako psycholog, również z wybranymi reprezentantami Polski, stąd też moje związanie z PZKosz i kadrami. Obecnie współpracuję nad częścią mentalną programu szkolenia dzieci do lat 10 w tenisie. Jest to dla mnie duże wyróżnienie.

Domniemam, że koszykówka w Twoim życiu pełni ważną rolę. Czy wobec tego, jesteś ukierunkowana głównie na współpracę z zawodnikami tej dyscypliny?

Koszykówka  zawsze pełniła najważniejszą rolę w moim życiu i tak już zostanie. Chociaż od pewnego czasu, prywatnie w moim sercu zagościł także tenis. Jeśli chodzi o współpracę, to nie jestem ukierunkowana na jedną, czy dwie dyscypliny. Co prawda, na początku specjalizowałam się głównie w koszykówce i innych sportach drużynowych, ale po powrocie do Trójmiasta rozpoczęłam współpracę w sportach indywidualnych takich jak: tenis, sztuki walki, triathlon, czy lekkoatletyka.

Co możesz zaoferować sportowcom?

Z pewnością pomoc w zrealizowaniu ich celów sportowych, życiowych, a także w ich odnalezieniu. Tak naprawdę sfera mentalna, która wpływa na wyniki zawodnika jest bardzo obszerna. Pewność siebie, koncentracja, radzenie sobie ze stresem i emocjami, szybkość reakcji i motywacja to umiejętności, z którymi nie rodzimy się, tylko nabywamy poprzez doświadczenia, a co najważniejsze- możemy je wytrenować. Dlatego wielu „topowych” sportowców zgłasza się do mnie nie z problemami, a z chęcią doskonalenia tego typu umiejętności, aby równych sobie technicznie i motorycznie przeciwników pokonać mentalnie. Zawodnicy są zadaniowcami, dlatego ja również w swojej pracy działam zadaniowo. U mnie trenuje się jak na każdym innym treningu, a nie tylko rozmawia i słucha.

Jak wygląda indywidualne mentalne  przygotowanie zwodników?

Indywidualny trening mentalny jest ściśle dopasowany do dyscypliny zawodnika, jego planu treningowego, stylu życia i  osobowości. Jest zwykle opracowany  w porozumieniu z trenerami/rodzicami, jeśli jest się niepełnoletnim. Staram się podchodzić do każdego bardzo elastycznie i nie robić niczego wbrew jego woli. Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, wiec jestem skarbnicą kulis polskiego sportu! Często wizyta u psychologa kojarzy się z kozetką, na której kładzie się klient i następuje terapia. Nic bardziej mylnego. Po pierwsze, nie lubię określenia terapia, ponieważ nie jestem psychoterapeutką, a trenerką. Oczywiście mam także specjalizacje psychologa klinicznego, ponieważ sportowcy to również ludzie, którzy mogą mieć takie same problemy jak wszyscy inni i wiedza z dziedzin klinicznych jest potrzebna. Jednak jak już wspomniałam wcześniej – ja zajmuje się wytrenowaniem najważniejszego mięśnia – głowy, aby można było wycisnąć z siebie jeszcze więcej potencjału. Spotykam się z zawodnikami w różnych miejscach: w gabinecie, na sali treningowej, w parku, nad morzem, na meczach. Pierwsze spotkanie wygląda typowo organizacyjnie – określamy potrzeby zawodnika, opowiadam o swoich metodach, technikach, wspólnie tworzymy kontrakt naszej współpracy. Od drugiego spotkania ustalamy dokładne cele sportowe na sezon oraz cele naszych treningów, aby były kompatybilne z resztą. Kolejne spotkania to już praca z indywidualnie wybranymi technikami dla konkretnej osoby. Prowadzę również konsultacje on-line, bo niestety, czasami nie można być w pięciu miejscach jednocześnie.

Czy takie treningi są potrzebne każdemu zawodnikowi?

Uważam, że zdecydowanie tak. Jak już wspomniałam, psycholog sportu nie zajmuje się problemami, a wytrenowaniem w człowieku tego, co jeszcze nie zostało wytrenowane, a czasami nawet odkryte. Na szczęście świadomość sportowców w Polsce w obszarze psychologii sportu rośnie, jednak szkoda, że u działaczy klubów i związków mniej. Wciąż na najważniejsze potrzeby często nie ma pieniędzy, dlatego zawodnicy są zdani na siebie w poszukiwaniu dobrych specjalistów.

Spotkania zawsze przynoszą zamierzone efekty? Czy to kwestia indywidualnego podejścia klienta?

Powiem szczerze, że rola powodzenia moich treningów zależy przede wszystkim od indywidualnego podejścia klienta. Oprócz spotkań ze mną zawodnik dostaje ode mnie szereg ćwiczeń, które musi robić w domu. Na meczach jest zobowiązany do wychodzenia ze swojej strefy komfortu, ponadto musi wypełniać nasze założenia, bo bez jego pełnego zaangażowania niczego nie osiągniemy.

Mówiłaś o treningu głowy. Czym różni się od treningu mięśni?

Trening głowy od treningu mięśni rożni się nie rodzajem ćwiczeń, a systematycznością, powtarzalnością i ciężka pracą. Psycholog to nie czarodziej, który po jednej wizycie sprawi, że zawodnik pofrunie nad koszem! Chociaż czasami mam wrażenie, że niektórzy tak myślą.

W jaki sposób zawodnik kwalifikuje się do pracy z psychologiem sportu? Jesteś zdania, że każdy klub, zarówno ekstraklasowy, jak i na jej zapleczu, powinien dysponować taką osobą jak Ty?

Nie ma sprecyzowanych wytycznych, które kwalifikują zawodnika do pracy z psychologiem. Uważam, ze każdy sportowiec i klub powinien wprowadzić trening mentalny z psychologiem do systemu szkolenia od najmłodszych lat. Siłę psychiczną cały czas trzeba trenować i regenerować jak inne mięśnie. Wspomniałam o najmłodszych, ponieważ to wtedy najbardziej rozwija się i kształtuje nasz umysł. Oczywiście miałam sportowców, którzy przychodzili do mnie z konkretnym problemem prywatnym, bo to zawsze wpływa na wyniki sportowe i wtedy skupiamy się na ich rozwiązaniu.
Często trenerzy wysyłają do mnie swoich podopiecznych, w których widzą potencjał, a oni z czymś nie dają sobie rady, nawet jeśli chodzi np. o rzuty osobiste.

Czyli mogłoby się to przełożyć na wyniki i indywidualne statystyki zawodników?

Oczywiście, że tak. Sama prowadzę statystyki wynikowe swoich zawodników, którzy solidnie pracują. Wiem, że one znacznie się poprawiają. Drużynowo tym bardziej, ponieważ poza indywidualnościami na parkiecie musi być współpraca, a komunikacja w drużynach często zawodzi, co również wpływa na wyniki.

Bazując na Twoim doświadczeniu, skąd u sportowców biorą się pewne problemy, które powodują u nich blokadę? Czy przyczyną może być- jak wcześniej wspomniałaś, brak prawidłowej komunikacji w drużynie i zrozumienia ze strony trenera? 

Wszystkie te czynniki w pewnym sensie wpływają na człowieka, a w jakiej skali, to już jest bardzo indywidualna kwestia. Tak samo jak niektóre trudności, nawet w kontaktach z drużyną mogą mieć swoje podłoże w jakichś doświadczeniach z przeszłości. Często nawet czasy dzieciństwa mają tutaj duże znaczenie.  Jeżeli chodzi na przykład o samych trenerów czy drużynę, z którą zawodnik się nie dogaduje, bądź czuje się niewykorzystywany, może rzutować  to na jego wyniki, grę oraz postawę. Mnóstwo takich aspektów ma w sporcie drużynowym wpływ na prawidłowe funkcjonowanie zawodnika, dlatego tak ważna jest atmosfera i prawidłowa relacja z resztą.  Wszystko wypływa z uwarunkowań osobistych-każdy jest inny. Nie zawsze przyczyna leży w samym zawodniku, stąd ważne jest to, aby trener znał swoich podopiecznych, również od strony prywatnej. Musi znać ich charakter i osobowość, aby lepiej mógł wykorzystać ich potencjał. Takie badania i testy robiłam dla trenerów w grupach młodzieżowych Śląska Wrocław, co miało pozytywny skutek. Zaangażowana powinna być też cała drużyna, z trenerem na czele. Dlatego w tym chętnie mogę pomóc i udzielić cennych rad. Jeśli jednak w klubie nie ma specjalisty, bądź trener o to nie dba, zawodnik może sam rozpocząć  współpracę z psychologiem sportu, aby nauczyć się większej odporności, a w trudnych chwilach obrócić to w atut na przyszłość.

Od pewnego czasu, wizyty u psychologa nie są już tematem tabu. Czy dużo sportowców korzysta z Twojej pomocy?

Tak, od czasu kiedy zaczynałam praktykę jako psycholog sportu ta liczba zwiększa się cały czas, a to bardzo pozytywnie brzmi. Myślę, że już w mentalności polskich sportowców rozwój w dziedzinie psychologii sportu to nie jest temat tabu, a raczej pewien prestiż, że trenują kompleksowo.
Dzięki klubom i sportowcom z zagranicy Polska otwiera oczy. Ja często słyszę kwestie finansowe, chociaż to też niekiedy wygodna wymówka.

Z czego to wynika? Ze świadomości? 

To wynika z tego, co dzieje się zagranicą. W najlepszych światowych drużynach w każdej dyscyplinie współpraca z psychologiem sportu jest podkreślana. W jednej akademii piłkarskiej w Hiszpanii potrafi pracować dziewięciu psychologów sportu. To mówi samo za siebie, a ja mam nadzieje, że i Polska z czasem zapewni swoim zawodnikom takie warunki i świadomość ludzi jeszcze bardziej wzrośnie.

Jesteś w stałym kontakcie ze swoimi klientami? Twoje usługi są potrzebne przez cały czas, czy po zakończonej współpracy już nie, gdyż dobrze wiedzą w jaki sposób mogą samodzielnie borykać się z napotkanymi przeszkodami i jak wykorzystać w praktyce Twoje lekcje?

Tak, jestem w stałym kontakcie ze swoimi klientami. Z tymi, z którymi obecnie współpracuje to bardzo częsty kontakt. Spotkania są czasami nawet dwa-trzy razy w tygodniu, poza tym, staram się bywać na treningach i meczach. Czasami pomimo tego są to częste rozmowy telefoniczne. Oczywiście wszystko zależy od potrzeb danej osoby. Jeśli chodzi o tych, z którymi współpracowałam, to ten kontakt pozostał cały czas na zasadzie wsparcia i radości z sukcesów – często dostaję telefony i wiadomości z radosnymi wieściami o kolejnych wygranych. Staram się tak wyposażyć i nauczyć swoich podopiecznych korzystania z narzędzi mentalnych, aby w każdej chwili mogli je sami wykorzystać i to jest dla mnie sukces – ich samodzielność. Wiedzą też, ze zawsze mogą na mnie liczyć.

Założyłaś swój autorski projekt „Sportem żyję”. Czy jest on kwintesencją całej Twojej pracy i jej zasięgu?

Ten projekt powstał po moim powrocie z Wrocławia, gdzie współpracowałam ze Śląskiem Wrocław. Stworzony został z myślą o indywidualnie potrzebujących wsparcia psychologicznego. Wszędzie można mnie znaleźć jako „Sportem żyję”, wiec ta nazwa już została.

Czyli żyjesz nie tylko koszykówką? Wspomnę, że masz też drugi projekt, który związany jest z tenisem.

Już nie tylko. I tu niektórzy mogą mieć mi za złe, że „zdradziłam” koszykówkę, a więc mówię nie! Zawsze piłka do kosza będzie u mnie na pierwszym miejscu. Jednak w Polsce, w moim zawodzie muszę też sobie jakoś radzić. „Sportem ŻyjeMY” to projekt założony razem z moim narzeczonym, który jest byłym tenisistą i obecnie trenerem zawodowych tenisistów. Projekt ma na celu stworzenie Centrum Twojego Tenisa, w którym będzie kompleksowe przygotowanie tenisisty od małego, łącząc wszystkie najważniejsze obszary rozwoju. Ciesze się, że razem możemy działać na rzecz rozwoju polskiego sportu.

Ludzie Basketu #2 – Artur Pacek

Dlaczego nie przyjedziesz i tego nie sprawdzisz?”. Osoba, która mi odpisała to Tim Grover. Trener personalny Michael’a Jordan’a przez 15 lat, później DWade’a i Kobe’go – od tych słów wszystko się zaczęło.

Dziś, jego nazwisko zna już chyba każdy i specjalnie przedstawiać go nikomu nie trzeba. Specjalista od przygotowania motorycznego, powrotu sportowców do pełnej sprawności po kontuzjach oraz pracy nad samym sobą – w stawaniu się lepszym, w przekraczaniu własnych granic i w spełnianiu marzeń. Tak jak kiedyś On spełnił swoje i spełnia nadal.
Trener zawodników grających w Polskiej Lidze Koszykówki, Eurolidze, NBA, NCAA, czy w wielu, nie tylko europejskich reprezentacjach. Swoje doświadczenie zdobył w Attack Athletics w Chicago, pod okiem legendy Tima Grover’a. Jako pierwszy polski trener przygotowania motorycznego wziął udział w NBA Draft Combine i konferencji trenerskiej trenerów przygotowania motorycznego z najlepszej ligi świata.
Założyciel GETBETTER – stań się zwycięzcą oraz Strength & Conditioning Education Center – Artur Pacek i jego „american dream”!

Archiwum prywatne

Profesjonalista w każdym calu. Wszystko co robi to albo na 200% albo wcale. Jego podejście do kultury pracy jest niesamowite. Wszystko ma działać jak w szwajcarskim zegarku, nie ma miejsca na przypadkowość. Każdego dnia sumiennie pracuje nad sobą rozwijając warsztat trenerski. Bardzo dużo czyta oraz analizuje. Mógłby się czasami więcej uśmiechać (śmiech). Wierzę, że dojdzie na sam szczyt. Życzę mu pracy z Orłem na piersi oraz z najlepszymi na świecie w NBA. – Mateusz Leja

Pamela Wrona: Czy od zawsze wiedziałeś, co chcesz robić w życiu? Kiedy i jak narodził się pomysł, aby założyć camp GETBETTER i zostać trenerem od przygotowania motorycznego sportowców?

Artur Pacek: Tak, od zawsze. Od najmłodszych lat chciałem być koszykarzem. Nie wyszło. Musiałem podjąć jakąś decyzję. Bardzo chciałem ,,zostać przy” koszykówce, pomagać innym, podzielić się z nimi swoimi błędami, aby ich nie popełniali. Kiedy sam trenowałem próbowałem wszystkiego. Wszystkich metod treningowych, planów dietetycznych. Błądziłem. Przez to ciągle zbaczałem z wyznaczonej drogi. Wtedy tego nie rozumiałem. Frustrowałem się. Teraz wiem, że dzięki temu bardzo dużo się nauczyłem. Jeszcze kiedy byłem na studiach i biłem się z myślami w głowie ,,co robić dalej”, natrafiłem w internecie na filmiki z treningami zawodników z NBA w placówce sportowej w Chicago, które odbywały się cyklicznie pomiędzy sezonami. Na tych filmikach można było zobaczyć m.in. DWade’a, Gilbert Arenas’a, Caron Butler’a, Andre Igoudala, czy Juwan’a Howard’a. Poszperałem i dotarłem do osoby, która ich trenowała. Napisałem do tej osoby maila, nie marząc nawet o tym, że mi odpisze. Chciałem dowiedzieć się, jak to jest trenować takie osoby, jak wygląda ośrodek, jak jest wszystko zorganizowane. Zapomniałem o tym. Sprawdziłem skrzynkę mailową po kilku dniach i otrzymałem wiadomość zwrotną: ,,Dlaczego nie przyjedziesz i tego nie sprawdzisz?”. Osoba, która mi odpisała to Tim Grover. Trener personalny Michael’a Jordan’a przez 15 lat, później DWade’a i Kobe’go. Z racji tego, że jak na tamten czas to było dla mnie wielkie wyzwanie, pod każdym względem. Poleciałem na pół roku do Stanów Zjednoczonych. Bardzo dużo się nauczyłem właśnie od mojego trenera – Tim’a Grover’a, ale i od graczy. Pokazał mi wiele. To zmieniło moje życie.

Zapraszamy do wypełnienia naszej ankiety 

Można powiedzieć, że chcesz być dla innych taką samą inspiracją, jaką Tim Grover jest dla Ciebie. Taki jest Twój cel i misja GETBETTER?

Nadrzędnym celem jest wielowymiarowa pomoc zawodnikom w każdym aspekcie koszykarskiego rzemiosła. Dosłownie. Technika indywidualna, przygotowanie motoryczne, mentalność. Każdego dnia zawodnicy odbywają po 5-6 jednostek treningowych. To wielkie wyzwanie dla ciała, ale przede wszystkim umysłu. Dzięki temu przekraczają oni swoje granice i stwarzają sami sobie lepsze warunki do rozwoju. Nie boją się wyzwań, ciężkiej pracy, wyrzeczeń. Mam do każdej osoby, która przyjeżdża do nas wielki szacunek za to co robią, bo wiem jak wiele ich to kosztuje.

Czy na swoich klientów (będzie to chyba najtrafniejsze określenie), patrzysz przez pryzmat samego siebie? Chcesz poniekąd pokazać im, że niemożliwe nie istnieje oraz jak w skuteczny sposób przekroczyć własne granice i spełnić marzenia?

Wydaje mi się, że poniekąd zawsze tak jest, że dostrzega się gdzieś cząstkę siebie. Cały system GETBETTER jest stworzony tak, aby gracze przekraczali granice, które ciężko byłoby im pokonać samemu. To ułatwia cały proces i buduje wielką pewność siebie. Naukowo jest udowodnione, że osoby korzystające z pomocy innych osiągają zdecydowanie więcej.

Getbetter.pl

Trener Artur to dla mnie najlepszy trener przygotowania motorycznego z jakim miałem okazje pracować. Profesjonalista na każdym kroku. W 100% oddany swojej pracy i swoim zawodnikom. Szczerze, bardzo żałuję, że nie będziemy mogli współpracować razem w tym sezonie w Rosie Radom. – Artur Mielczarek

Artur Pacek głównie kojarzony jest ze środowiskiem koszykarskim, ale prawdą jest, że nie pracujesz jedynie z przedstawicielami tego sportu. Czy masz jakieś ograniczenia? Z jakimi sportowcami możesz współpracować?

Nie mam żadnych ograniczeń. Trenowałem wielu sportowców z różnych dyscyplin sportowych: siatkówka, piłka nożna, sporty walki, gimnastyka, piłka ręczna. Skłamałbym mówiąc, że koszykówka nie jest mi najbliższa. Jest! Prawdą jest fakt, że 70-80% w przygotowaniu motorycznym jest taka sama dla wszystkich dyscyplin, a tylko 20-30% to specyficzne różnice. Zgięcie w stawie biodrowym to zgięcie w stawie biodrowym, podciąganie to podciąganie, wyciskanie to wyciskanie. Nie zastąpimy tych rzeczy niczym innym. Ciężko wymyślić nowe koło. Te 20-30% to już specyfika dyscypliny: systemy energetyczne, które są używane w danym sporcie, miejsca w ciele które są najbardziej narażone na kontuzje, czy rodzaje pracy mięśniowej które dominują.

Skąd czerpiesz swoją wiedzę?

Bardzo dużo czytam. Kieruje się zasadą 10 przeczytanych stron dziennie. 10 stron dziennie to 3650 stron w roku. To 12, 300 stronicowych książek przeczytanych w 12 miesięcy. Do tego analizuje, zbieram dane, ,,update’uje” je. Piszę artykuły, które pomagają segregować wiedzę, przelewać ją na papier. Ale co najważniejsze – trenuje ludzi! Dzięki temu można nauczyć się najwięcej. Tak naprawdę całe moje życie to przygotowanie motoryczne. Wiem, że tym zdaniem narażam się mojej kochanej żonie (śmiech).

Kto, oprócz Ciebie jest odpowiedzialny za prawidłowe funkcjonowanie campu? Co GETBETTER możecie zapewnić sportowcom?

Mamy cały zespół osób który odpowiada za poszczególne ,,segmenty GETBETTER”: fizjoterapia, przygotowanie motoryczne, koszykówka. Każdy z nas odpowiada za coś innego, ale wszyscy podążamy w tym samym kierunku – pomoc każdemu zawodnikowi z osobna. Konrad Kaźmierczyk odpowiada za technikę indywidualną na sali, Łukasz Kulikowiec za fizjoterapię i korekcję, Mateusz Leja oraz Dominik Duda za trening młodzieży i kobiet. Michał i Wojtek z kolei, prowadzą motorykę, Michał i Maciej współtworzą fizjoterapię a Łukasz współprowadzi treningi wraz z Konradem i Dominikiem. To są bardzo dobrzy trenerzy. Co możemy zapewnić? Najlepsze warunki do rozwoju pod każdym względem.

Getbetter.pl

Artura znam od 6 lat. Jego konsekwencja w dążeniu do celów, które systematycznie sobie wyznacza, jest czymś niezwykłym. To jedna z osób, które żyją dla swojej pracy a nie pracują po to żeby żyć. – Marcin Pławucki

Obóz w Jezierzycach Słupskich trwa od 25 czerwca do 11 sierpnia, a treningi są prawie przez cały tydzień. Kiedy masz czas na odpoczynek?

Prawdę mówiąc…Nie mam (śmiech).

Trafne będzie stwierdzenie: „Wybierz pracę, którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu”. Zgadzasz się z tym? Jak to się ma do tego, co robisz każdego dnia?

Zdecydowanie. Nie traktuję tego jako pracę. To mój styl życia.

W zeszłym roku wydałeś książkę „GetBetter Jump Program”. Domniemam, że nie chodzi tylko o wyskok. Czego można się dzięki niej nauczyć? Czemu ma służyć?

Chciałem podzielić się swoją wiedzą z innymi osobami. Ta książka to coś w rodzaju ,,misji”. Jak sam trenowałem, to ciągle błądziłem, tak jak wspomniałem na początku. Dostęp do internetu był bardzo ograniczony, nie było tyle wiedzy, która jest dostępna teraz, nie było campów etc. Człowiek się motał sam ze sobą, podejmował głupie decyzje. Ta książka to kwintesencja ostatnich lat mojej pracy. Wszystko co najlepsze. To sprawdzony program, który działa! Pomoże Ci zwiększyć wyskok, ale i zabezpieczy Cię przed kontuzjami, poprawi siłę, szybkość, gibkość. Wszystko to co potrzebne jest do gry w koszykówkę, siatkówkę, piłkę nożną, czy ręczną.

Doszły mnie słuchy, że planujesz wydać drugą autorską książkę. Czym będzie różnić się od „GetBetter Jump Program”? Czy myślisz, że odniesie sukces jak pierwsza, która została wyprzedana w zaledwie 2,5 miesiąca?

„Sekrety przygotowania motorycznego” – tak będzie nazywać się moja druga książka, którą piszę z moim przyjacielem Mirkiem Babiarzem. Będzie ona bardziej związana stricte z przygotowaniem motorycznym. Jak budować, rozgrzewkę, trening siłowy, ocena dysfunkcji, trening typu strongman, gumy i łańcuchy oraz wiele innej tematyki, do tego znajdą się gotowe programy treningowe dla sportowców wielu dyscyplin. Tworzymy coś, czego nie było w polskim środowisku przygotowania motorycznego. Uważam, że tę książkę powinien mieć każdy sportowiec i trener. Premiera koniec lub początek roku kalendarzowego.

Przeszedłeś długą drogę, aby osiągnąć sukces. Od zwykłego chłopaka, który uwierzył w siebie i pogonił za marzeniami, aż do kogoś, kto robi niezwykle rzeczy. Stworzyłeś własną, rozpoznawalną markę. Faktem jest, że znaczna część środowiska koszykarskiego w każde wakacje oddaje się w Twoje ręce, by podążać Twoimi śladami, jakbyś był ich mentorem. Czy kiedykolwiek pomyślałbyś, że będziesz w miejscu, w którym teraz jesteś? Czy masz jeszcze jakieś cele, które chciałbyś urzeczywistnić?

Nigdy nie analizuję tego w takich kategoriach. Zawsze staram się iść do przodu i nie oglądam za siebie. Nie lubię gdybać. Lubię działać. Od zawsze uwielbiałem marzyć. Uważam, że nasze marzenia powinny nas przerażać. Jest takie świetne ćwiczenie, które nazywa się ,,lista 1000 marzeń”. Bardzo proste. Bierzesz kartkę i zapisujesz swoje 1000 marzeń. Jest to niezwykle ciężkie do zrobienia, ale pobudza kreatywne myślenie i pozwala otworzyć się na nowe pomysły i rozwiązania.

Czy to prawda, że otrzymałeś propozycję współpracy od jednego z klubów NBA? Czy jest szansa, że będziesz pracował tam na stałe?

Tak, to prawda. W czerwcu przebywałem w jednym z klubów z NBA, ale w tej chwili nie mogę mówić nic więcej. Zobaczymy co się wydarzy. To jest proces. Nadchodzący sezon spędzę na pewno w drużynie BM Slam Stal Ostrów.

Czy zawodnicy, z którymi pracowałeś w Stanach mają inne podejście i inną świadomość treningu siłowego i motorycznego niż zawodnicy, z którymi współpracujesz na co dzień?

W USA jest inna kultura treningu. Infrastruktura, budżety, sztab trenerski, medyczny, a konkretnie ilość osób, to jest coś co pozwala zawodnikom lepiej i ciężej trenować. Oczywiście historie krążące o Kobe’m Bryant’cie i jego podejściu do treningu i tytanicznej pracy są prawdziwe. Ja bardzo wierze w swoich zawodników i wiem jak trenują Jakub Dłoniak, Krzysztof Szubarga, Paweł Kikowski, Artur Mielczarek, Paweł Leończyk, czy młodsi: Michał Michalak, Krzysztof Sulima, Mikołaj Witliński oraz wielu innych, których nie wymieniłem. Uważam, że naszym graczom nie można niczego zarzucić. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę. Szkoda, że u nas się o tym tyle nie mówi, nie propagujemy tak ciężkiej pracy i takich niesamowitych historii jak w USA. Michał Michalak, który skończył sezon, odpoczął 1-2 tygodnie i zaczął przygotowywać się do zgrupowania kadry, nie został powołany do meczowej dwunastki, ku zaskoczeniu wielu osób. Wielu zawodników by się poddało, spakowało i poleciało na wakacje. Michał wrócił do domu i dalej trenował. I trenuje do dnia dzisiejszego. Takich przykładów jest więcej. Jakub Dłoniak, kiedy zostaw królem strzelców po sezonie w którym przesiedział na ławce w końcówce sezonu, trenował w pre-season blisko 12 tygodni bez dnia przerwy. Wielu ludzi to podważało, mówiąc, że w Siarce to każdy mógłby być królem strzelców, ale jakoś to się nie stało w ciągu ostatnich 20 lat od kiedy Kuba stał się najlepszym strzelcem. Krzysiek Szubarga to materiał na książkę. Walka z kontuzją. Jego transformacja i powrót na poziom dla niektórych nieosiągalny, wywalczył króla strzelców ligi i prowadził do wielu zwycięstw swoją drużynę, gdzie wiele osób go skreśliło. Etyka pracy i miłość do rywalizacji to najlepsze cechy które opisują te osoby. Historii jest oczywiście więcej i pewnie trzeba by kilka książek o tym napisać, ale warto o tym mówić, żeby zaszczepiać właściwe postrzeganie świata oraz nawyk ciężkiej pracy młodszym graczom.