Tag: EBL

Zmiany w rodzimym League Pass, czyli emocje kibiców ograniczone

Już za tydzień Energa Basket Liga wraca na ligowe parkiety, ekrany telewizorów oraz monitory komputerów. Z pewnością ten fakt wywołuje sporo ekscytacji wśród kibiców, którzy z radością śledzić będą poczynania swoich ulubionych zespołów. No i tutaj pojawia się mały zgrzyt – niby niewielka zmiana, lecz odczuwalna, gdyż zmieni się sposób płatności w serwisie emocje.tv. I to znacząco się zmieni.

No cóż, Liga idzie z duchem czasu i chce nawiązywać do najlepszych i popularnych rozwiązań. Godne podziwu i aprobaty, jednak czy na każdym polu należy dokonywać małych rewolucji? Czy dotychczasowe rozwiązania, związane z transmisjami meczów w Internecie były aż takie złe? Pod pewnymi względami – być może. Ciężko bowiem ocenić jakie są koszty pojedynczej transmisji i ile osób musiało wykupić do niej dostęp za legendarne już 4,90. Należy jednak ocenić na ile jest to sprawa kibiców, a na ile sprawa Ligi. Obecne zmiany  wycofują możliwość wykupienia pojedynczego meczu oraz pakietu klubowego, w których miejsce pojawia się miesięczna lub tygodniowa subskrypcja w cenach 40 i 18 złotych, dająca możliwość oglądania nieograniczonej ilości spotkań w tym czasie. Biorąc pod uwagę wprowadzenie zróżnicowania w godzinach rozpoczęcia gier, i tym samym możliwość zobaczenia ich większej ilości w ciągu dnia – koncepcja jest niezła. Jednak jak na polskie realia – w mojej opinii – mocno na wyrost.

Po pierwsze ciężko ocenić ilu mamy kibiców, którzy zagorzale śledzą poczynania wszystkich ligowych potyczek – oczywiście taka grupa się znajdzie, ale prawdopodobnie nie będzie ona liczona nawet w setkach. Zdecydowanie więcej fanów chętnie oglądała zespół, któremu kibicuje i z którym się utożsamia – stąd rozwiązanie pod tytułem „pakiet klubowy” wydawało się sensowne, choć tutaj też brak danych w jakim wymiarze się sprzedało. Po trzecie cena 4,90 zł. za pojedynczy mecz była bardzo sensowna i porównywalna z cennikiem ipla.tv, która oferuje transmisje realizowane na dużo wyższym poziomie. Myślę, że ta najprostsza opcja sprzedawała się najlepiej – kibic mógł w danej kolejce zobaczyć mecz swojej ekipy, załapać się na transmisję w Polsacie i jeszcze wybrać coś ekstra, jeżeli oczywiście dzieje się jeszcze coś w jego opinii ciekawego, kupując jeszcze jeden dostęp w serwisie bez żadnych zobowiązań. Bo to przecież tylko i wyłącznie wola kibica decyduje o tym, co będzie chciał obejrzeć – nikogo innego.

Natomiast subskrypcja to pewnego rodzaju narzucanie kibicowi zobowiązania, bo skoro ma zapłacić 18 złotych za tydzień, czyli w teorii jedną kolejkę (!), to nie będzie przecież wybierał tylko jednego meczu – albo obejrzy trzy lub cztery, albo sobie odpuści oglądanie tego jednego za kwotę większą, niż koszt biletu wstępu na większość ligowych hal w Polsce. W skali miesiąca jest nieco lepiej, natomiast w kontekście dotychczas obowiązującej stawki (4,90) zobaczyć należy minimum 9 spotkań, by ta inwestycja się opłacała. To przynajmniej dwa w każdy weekend plus jeszcze jeden. I tutaj również pojawia się wątpliwość, gdyż drużyna, której kibicujemy zagra w ciągu jednego miesiąca przynajmniej dwa razy u siebie, czyli tych meczów w internecie oglądać nie musimy i jako dobrzy fani zasiądziemy na trybunach. Tym samym w teorii obejrzeć możemy jeszcze dwa mecze drużyn, którym kibicujemy trochę mniej. I nie mówię tutaj o wybieraniu hitów, ponieważ te mają być przecież transmitowane w Polsacie w soboty i niedziele. Tym samym nasze ligowe menu zaczyna się solidnie kurczyć, a i czasu na obejrzenie tego wszystkiego może zabraknąć. Nie wspominając o tym, że subskrypcja odnawia się automatycznie, tym samym gdy jednak nie będziemy zadowoleni z usługi, to musimy pamiętać, by się z niej wycofać zanim emocje.tv zafundują nam kolejny miesiąc z ligowymi zmaganiami.

W kontekście powyższej oferty małe porównanie popularnych serwisów, które świadczą usługi w zakresie subskrypcji:
Showmax – 19,90 złotych miesięcznie, które poprzedza 14-dniowy, darmowy okres próbny
Netflix – 52 złote w pakiecie Premium
NBA League Pass – 64,99 zł./469,99 złotych za sezon w najwyższym (i jedynym porównywalnym w kontekście oferty) pakiecie „Every team, every game”
Basketball Champions League – 6,99 Euro/miesięcznie (kwalifikacje za darmo w serwisie YouTube)
Turnieje FIBA 3×3 (w tym rangi Masters) – za darmo w serwisie YouTube

Wiadomo, że koszykówki dotyczą trzy ostatnie, jednak należy zwrócić uwagę, że jakość realizacji w tych wszystkich opcjach jest absolutnie profesjonalna. Ponadto League Pass otwiera nam mnóstwo dodatkowych opcji  i różnych atrakcji, natomiast jedyną wartością dodaną transmisji na Emocje.tv ma być komentarz. Więc tym samym jeżeli pełny koszt zobaczenia sezonu NBA wynosi 469,99 złotych, a Polskiej Ligi Koszykówki 320 złotych, to zostawiam Was samych z tą decyzją i trzymam kciuki za wybór, który będzie Was satysfakcjonował.

Na zakończenie moich wywodów kilka gorzkich słów – w NBA, do której nieco chce się upodobnić nasza Liga pod względem transmisji internetowych zyski z praw telewizyjnych są dzielone pomiędzy kluby, natomiast koszty League Pass są dla przeciętnego Amerykanina raczej symboliczne i nijak mają się do cen biletów wstępu na mecze. Oczywiście skala popularności, zasięgu i wartości medialnej jest nieporównywalna, jednak w kontekście tej sytuacji pojawia się niezaprzeczalny fakt – Energa Basket Liga to jedyne profesjonalne rozgrywki w Polsce, w których Liga nie dzieli się z klubami zyskami z transmisji, mimo, że to przecież wizerunek klubów i ich zawodników jest w nich wykorzystywany. Tym samym po raz kolejny kibice żeby coś zobaczyć – płacą za siebie. A to, że transmisje mogły się do tej pory nie sprzedawać to nie jest sprawa ani klubów ani kibiców, tylko ligi i dostawcy usługi, którego sobie wybrała. Jeżeli budżet się nie domykał, to można było do niego dołożyć parę złotych więcej – nie dla siebie, nie dla dostawcy, nie dla klubów – dla kibiców.

Wakacje koszykarza, czyli sezon wcale nie ogórkowy (część V)

Nadszedł czas ciężkiej pracy! Po około dwumiesięcznej przerwie zawodnicy pojawiają się w klubach i przystępują do pierwszych treningów, a my wracamy z drugą częścią cyklu. Zaczyna się okres przygotowawczy, w trakcie którego należy osiągnąć właściwą formę przed startem rozgrywek. Zespoły trenują po dwa lub nawet trzy razy dziennie, rozgrywają sparingi, wchodzą w rytm. Lekko być nie może – praca, którą wykona się teraz zaprocentuje w pierwszej fazie sezonu, tym samym nikt nie odpuszcza. Cieszę się, że akurat teraz udało mi się porozmawiać z graczem, który znany jest ze swojego znakomitego przygotowania fizycznego – to w dużej mierze dzięki temu unika poważniejszych urazów. Mowa o Bartku Wołoszynie, który niebawem rozpocznie swój trzeci sezon w MKS-ie Dąbrowa Górnicza.

Bartek to postać dobrze znana polskim kibicom – najbliższy sezon będzie już jego czternastym na ligowych parkietach. Karierę rozpoczynał we Włocławku, kontynuował w Kutnie i Koszalinie, ostatnie dwa sezony spędził w Dąbrowie Górniczej. Jak sam przyznaje – nie za bardzo lubi się często przenosić – przede wszystkim z uwagi na rodzinę: żonę i dwóch synów w wieku przedszkolnym. Jak sam podkreśla w Dąbrowie mu dobrze – widać to także na parkiecie – w poprzednim sezonie zagrał w 34 meczach, zawsze wychodząc w pierwszej piątce, na parkiecie spędzając średnio ponad 28 minut. Warto więc podpytać jak przygotował swoje ciało i głowę do zbliżających się rozgrywek.

Marcin Cieńciała: Okres przygotowawczy już się rozpoczął, jednak z pewnością wykonałeś sporo pracy pomiędzy sezonami – gdzie i jak pracowałeś nad optymalną formą przed sezonem?

Bartłomiej Wołoszyn: Od kilku lat mam podobny schemat przygotowań do okresu przygotowawczego. Przede wszystkim odpoczynek i wyleczenie mikrourazów powstałych podczas sezonu. Razem z całą rodziną jedziemy również na wakacje – ogólnie czas między sezonami stoi pod znakiem rodziny i spotkań ze znajomymi. Po tym miłym okresie przychodzi czas wzmożonej aktywności fizycznej. W lipcu wyjeżdżamy z całą rodziną do Gdańska, a ja pod okiem mojego wieloletniego kolegi z rodzinnego miasta Mirka Babiarza ze SCEC (czyli Strength & Conditioning Education Center) w Gdyni przeprowadzamy specyficzny trening siłowy w oparciu o ćwiczenia olimpijskie, tzw. trening strongmana. Potem przychodzi okres wejścia na halę i  zajęcia koszykarskie połączone z treningiem wytrzymałościowym. Pod nadzorem Mirka robimy testy biegowe i siłowe, które pokazują stan przebytej pracy i poziom wytrenowania. Ostatni tydzień poprzedzający okres przygotowawczy to już czas relaksu i łapanie nowej motywacji na ten ciężki czas.

MC: W MKS-ie, z którym związałeś się na dwa kolejne sezony nastąpiła spora przebudowa – czy w związku z tym może się zmienić Twoja rola w zespole?

BW: Rola nie do końca się zmieni – z pewnością nadal chciałbym być wiodącym Polakiem i ważną częścią zespołu. Wiadomo, ze w nowym sezonie będziemy dysponować innymi zawodnikami, więc myślę, że możemy spodziewać się mnie grającego trochę minut na pozycji nr 2, obok Mathieu Wojciechowskiego na „trójce”.

MC: To będzie już Twój 14. sezon na ekstraklasowych pakietach – jak porównałbyś obecny i poprzednie okresy wakacyjne? czy coś się zmieniło na przestrzeni lat w kwestii Twojego podejścia do przerwy pomiędzy sezonami?

BW: Współpracuję z trenerem Babiarzem od 4 lat i po tym wspólnie przepracowanym czasie czuję się lepszym sportowcem. Jego wizja i warsztat bardzo trafia w moją wizję prowadzenia się jako zawodnika, wiec w pełni ufam jego wytycznym. Wiadomo, że co roku modyfikujemy plan treningowy w zależności od przepracowanego sezonu. Na przykład rok temu miałem lekki problem ze stopą i ćwiczenia musieliśmy połączyć z szeroko pojętą rehabilitacją. W tym takich problemów nie było, wiec mocno weszliśmy w trening strongmana, który polecam wszystkim zawodowym sportowcom.

MC: Nie samym treningiem człowiek żyje – udało się zaliczyć jakiś wypad wakacyjny z rodziną?

BW: W tym roku całkiem sporo podróżowaliśmy – wszystko z myślą o dzieciach. Najpierw byliśmy w Hiszpanii, następnie w polskich górach, ale najwięcej czasu spędziliśmy nad polskim morzem.

MC: Na koniec już nieco oklepane pytanie – czego kibice mogą życzyć Bartkowi Wołoszynowi przed rozpoczęciem sezonu?

BW: A ja na pewno dam oklepaną odpowiedź – zdrowia! Tak w życiu, jak i w sporcie jest to element nieodzowny do osiągnięcia celów, które sobie postawiliśmy. Życzyłbym sobie również żeby halę MKS-u oraz wszystkie inne w PLK wypełniali po brzegi kibice, entuzjastycznie dopingujący swoje zespoły. Ze sportowym pozdrowieniem dla wszystkich!

MKS rozpocznie sezon już za niecały miesiąc, rozgrywając awansem mecz w Zielonej Górze przeciwko Stelmetowi. To stosunkowo niewiele czasu, tym samym w uprzywilejowanej sytuacji są gracze, którzy mocno przepracowali okres letni. Tym bardziej wszystko wskazuje na to, że Bartek będzie podstawowym ogniwem swojej drużyny. W poprzednim sezonie po raz drugi z rzędu (i drugi raz w karierze) spędził łącznie na koszykarskich parkietach ponad 950 minut – to świetny wynik, który zarazem świadczy o niesamowitym przygotowaniu i świadomości swojego ciała. Również w poprzednich rozgrywkach skrzydłowy pochodzący ze Stalowej Woli zdobył łącznie 383 punkty we wszystkich meczach, które rozegrał – to także jego najlepszy wynik w karierze. Biorąc pod uwagę rotację, w której powinien być kluczową postacią istnieje szansa, że te wyniki wyjdą na jeszcze wyższy poziom, czego Bartkowi życzymy.

Jak oglądać koszykówkę – Okiem Roberta Skibniewskiego

Początkowo miała to być rozmowa z graczem, który dalej zdobywa punkty i rozdaje asysty na polskich parkietach. Zanim jednak udało się ją przeprowadzić, mój rozmówca podpisał kolejny kontrakt nie tylko jako rozgrywający, ale też grający asystent trenera. Zupełnie się temu nie dziwię. Trzy słowa kluczowe, którymi można wprowadzić do wywiadu to: doświadczenie, komunikacja i pasja. Tym razem zapraszam do spojrzenia na koszykówkę oczami Roberta Skibniewskiego.

Piotr Alabrudziński, Puls Basketu: W tym sezonie w drużynie FutureNet Śląska Wrocław będzie Pan pełnił nie tylko funkcję rozgrywającego, ale też grającego asystenta trenera. Od początku rozmowy z klubem zmierzały w tym kierunku? Czy to większa odpowiedzialność?

Robert Skibniewski, FutureNet Śląsk Wrocław: Inicjatorem tego pomysłu był główny trener, czyli Radosław Hyży. Pomysł nietuzinkowy, a ja postanowiłem podjąć rękawicę. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że ja za swoją pracę będę rozliczany jako zawodnik, a nie asystent trenera. I ta odpowiedzialność pojawia się właśnie tutaj przy tej funkcji.

Rola grającego asystenta to wprowadzenie do pełnienia roli głównego trenera w przyszłości. Czy są plany, aby po zakończeniu kariery zawodniczej rozpocząć przygodę z koszykówką z perspektywy ławki?

Jak najbardziej tak. To wszystko zmierza właśnie w tą stronę.

Wróćmy jednak do kariery zawodniczej. Miałem okazję obserwować jeden z treningów Śląska i Pana podejście do innych graczy: dopowiedzenie czegoś, zasugerowanie kiedy warto skorzystać z konkretnego ustawienia, jak odpowiedzieć w obronie na zachowanie gracza ataku. Proszę powiedzieć, jaka Pana zdaniem jest rola doświadczonego zawodnika w drużynie.

Myślę, że posiadanie w drużynie doświadczonego gracza może tylko pomóc. Ja miałem to wielkie szczęście w swojej karierze, że miałem przyjemność wspólnie trenować i grać z wybitnie inteligentnymi zawodnikami. Ray Miglinieks, Michael Hawkins, Lynn Greer, Alan Gregov, Vladan Alanovic, Dainius Adomaitis, Dominik Tomczyk, Thomas Kelati, Andrius Slezas, Marlon Garnett, Alando Tucker, Martin Rancik. Oni zawsze byli skorzy do pomocy. Zawsze można było liczyć na ich pomoc czy cenną uwagę. Ich sposób patrzenia na koszykówkę był na innym poziomie. Teraz tę zdobytą wiedzę chciałbym przekazywać innym.

Czy patrzenie na boiskowe doświadczenie się zmieniło, biorąc pod uwagę czas, gdy rozpoczynał Pan karierę i sam patrzył na starszych graczy, a teraz, gdy to Robert Skibniewski dzieli się swoją mądrością? Kto dla Pana był takim boiskowym mentorem, od którego uczył się Pan gry?

Wiadomo powszechnie, że z biegiem czasu życie nie staje się łatwiejsze tylko człowiek bardziej silny i odporny. Tak samo w koszykówce. Im szybciej młodszy zawodnik zrozumie pewne rzeczy tym łatwiej będzie mu się grało. Musi być tylko otwarty, chętny do współpracy, słuchać i być ciekawym, głodnym wiedzy. Ray, Dainius, Michael Hawkins, Lynn czy Marlon Garnett każdego dnia mieli mi coś do powiedzenia. Bardzo mocno im za to dziękuję!

Kontynuując temat doświadczenia, czy kapitanem zespołu powinien być najbardziej doświadczony zawodnik? O co w największym stopniu chodzi w tej funkcji? W jaki sposób Pan wspomina kapitanów, którzy dowodzili zespołami, których był Pan częścią?

Kapitan w koszykówce to taka niewdzięczna funkcja. Powinien być łącznikiem między zawodnikami a sztabem szkoleniowym. Kapitana kreuje i wybiera szatnia. Nie ma zasady, czy jest to najstarszy, czy najlepszy zawodnik drużyny. Jest to człowiek, który nie boi się rozmawiać, a inni chętnie go słuchają. Nie boi się zabierać głosu, czy przejmować inicjatywę w trudnych chwilach zarówno na boisku jak i poza nim. Jeśli ma pełne wsparcie trenera to cała drużyna może tylko skorzystać. W tym momencie pojawia się też druga droga wyboru kapitana. Przychodzi trener i oświadcza, że kapitanem będzie ten zawodnik i tyle. (uśmiech) Maciek Zieliński, Tomek Cielebąk (Polpharma), Paweł Zmarlak (Gliwice) wykonywali naprawdę bardzo dobrą robotę dla swoich drużyn. Pozdrawiam ich wszystkich serdecznie.

Jeszcze w tym temacie: rozgrywający powinien w sobie budować cechy dobrego kapitana, czy może proces jego rozwoju, stawania się lepszym zawodnikiem jest niezależny od tego. Jakich cech i umiejętności najbardziej potrzeba na pozycji PG?

Rozgrywający to głównodowodzący generał. Prawidłowo przedłużenie i prawa ręka trenera. Częsta komunikacja z trenerem powinna być na porządku dziennym bez względu na to, czy został wybrany kapitanem, czy nie. Musi być aktywny i prowadzić zespół. Powinien znać dobre i słabsze strony swoich kolegów z drużyny. Uważam, że powinien interesować się koszykówką na każdym poziomie tak, aby poszerzać swoją wiedzę. Musi wierzyć w siebie i kolegów, a w ciężkich sytuacjach nie bać się brać odpowiedzialności za siebie czy zespół nawet kosztem straty, czy niecelnego rzutu. Oczywiście sprawy techniczne jak dobra etyka pracy, umiejętność kozłowania, podawania, czy znania wszystkich zagrywek muszą być normą.

Mówi się, że pozycje 1 i 5, a także ich współpraca są kluczowe dla budowy i funkcjonowania drużyny. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem? Z którymi centrami współpraca układała się najlepiej? A może jednak inne pozycje i zrozumienie z tymi graczami były kluczowe w pewnych sezonach/drużynach.

Niekoniecznie się zgodzę. To wszystko zależy od wizji budowania zespołu przez trenera. Osobiście lubię grać z dobrze rolującymi centrami i czwórkami, które dobrze grają z piłką. Bardzo dobrze grało mi się z Aleksandrem Mladenovicem, Josipem Sobinem, Adamem Hrycaniukiem czy Kylem Landrym. A jeśli chodzi o czwórki to na pewno Dominik Tomczyk, Aaron Cel, Martin Rancik, Stipe Modric. Wracając jednak do budowy drużyny. Trener musi wiedzieć, mieć wizję tego w jaki sposób ma grać jego drużyna. I na podstawie tego dobiera sobie zawodników. Są trenerzy, którzy fajnie kombinują i grają różnorodną koszykówkę. Na przykład Igor Milicic i Anwil Włocławek. Josip Sobin jest jednym z najlepszych centrów z którymi miałem przyjemność grać. Fantastycznie gra pick&rolla na wiele różnych sposobów. Josip i Kamil Łączyński nieraz pokazali, jak to powinno wyglądać. Tak samo możemy powiedzieć o parze Łukasz Koszarek i Vladimir Dragicević, czy we wcześniejszych latach Joe Mcnaull i Ray Miglinieks, od których tego typu akcje zaczęły się w Polsce. Ale wracając do Igora i Anwilu. Zmiennikiem Josipa na pozycji centra, czyli 5, w poprzednim sezonie byli Szymon Szewczyk i Kuba Wojciechowski. Obaj dysponują bardzo dobrym rzutem za trzy punkty i trener Milicić wymyślił, że zamiast klasycznego pick&rolla będą grać pick&pop, czyli nie ścięcie (roll) pod kosz wysokiego gracza a otwarcie się na zewnątrz (pop) na rzut za trzy punkty, bo po to ich właśnie sprowadził. Jest to sytuacja, którą ciężko bronić. Trzeba pamiętać również o tym, że w obu tych sytuacjach jedynka czy rozgrywający nie musi wcale brać udziału w akcji. Także w zależności od tego, kto w danym momencie przebywa na parkiecie drużyna może grać na wiele różnych skutecznych sposobów. Innymi dobrymi przykładami fajnej współpracy, niekoniecznie w układzie mały-wysoki, między dwoma graczami byli James Washington i Chavaughn Lewis ze Startu Lublin, Torey Thomas i CJ Harris z Rosy Radom, czy jeszcze wcześniej słynny zielonogórski duet Ho-Ho, Hodge-Hosley. Także wszystko zależy od filozofii budowania zespołu przez trenera. Jeśli dwóch graczy zaskoczy, złapie chemię, to bez względu na pozycję będzie im się dobrze ze sobą grało, co będzie skutkować stworzeniem groźnego duetu dla drużyny przeciwnika.

Czy można powiedzieć, że rozgrywający ma na sobie największą odpowiedzialność spośród graczy na boisku? Czy zdarzały się sytuacje, w których koledzy z drużyny łamali/psuli zagrywki, albo w ważnych momentach nie pamiętali swojego ustawienia i roli w danym secie? Albo takie, w których z perspektywy ławki świetnie było widać zachowania obronne rywala lub błędy własnej drużyny w ataku, ale przy wejściu na parkiet nie udało się tych spostrzeżeń przełożyć na grę drużyny?

Pewnie, że zdarzały się takie sytuacje. To są normalne sytuacje. Ale trzeba pamiętać, że nie wszyscy myślą w ten sam sposób. Najgorsze co może się zdarzyć to, że gracz przed akcją założy sobie coś, wymyśli w głowie i za chwilę jest kompletnie nieudana akcja, bo ktoś gdzieś nie pobiegł tak jak sobie wcześniej założył. Dlatego trzeba rozwijać świadomość zawodnika, tłumaczyć i pokazywać różne opcje. Uczyć czytać gry, a nie tylko uczyć biegania po liniach jak roboty. Dlatego uważam, że rozgrywający musi czuć w 100% wsparcie trenera. Powinien mieć najwięcej wolności ze wszystkich na parkiecie. On widzi wszystko. Ma piłkę w rękach i może z nią zrobić wszystko. Podjąć właściwą decyzję. Oczywiście to wszystko w ramach wcześniej ustalonych założeń taktycznych. Odpowiednio zareagować, szczególnie w momencie, gdy ktoś zapomniał danej zagrywki. Trzy idealne przykłady takiej współpracy przychodzą mi na myśl: Łukasz Kolenda i Przemysław Frasunkiewicz i awans kadry u20 do dywizji A. Drugi to Kamil Łączyński i Igor Milicic; skutek: mistrzostwo Polski, a dla Kamila statuetka MVP. Ostatni przykład to Kevin Pangos i Sarunas Jasikevicius z Żalgirisu Kowno i ich historyczny udział w Final Four Euroligi, co poskutkowało podpisaniem kontraktu Pangosa w Barcelonie. Im wyższy poziom rozgrywek, tym tych zapominalskich jest mniej. Dlatego między innymi na najwyższym poziomie, myślę tutaj o Eurolidze, płaci się tak duże pieniądze. Podczas maksymalnej intensywności, czy przy ogromnym zmęczeniu zawodnicy trzymają koncentrację, potrafią pamiętać założenia taktyczne oraz jasno myśleć czyli czytać grę. Dla trenera jest to ogromny komfort pracy.

Chwilę wcześniej podjęliśmy temat współpracy z innymi zawodnikami, ale co z porozumieniem na linii trener-rozgrywający? Jak ona wygląda od strony praktycznej. Czy rzeczywiście to od rozgrywającego zaczyna się budowanie, tłumaczenie gry i systemu, w którym powinni poruszać się zawodnicy?

Przyjęło się, że rozgrywający powinien mieć najwyższe IQ w zespole. Powinien znać zagrywki swojej drużyny na każdej pozycji, aby w trudnych chwilach czy sytuacjach stresowych podczas meczu podjąć właściwą decyzję i “pchnąć” drużynę do przodu. Dlatego dobrze by było, gdyby ta relacja z trenerem była jak najlepsza. Trener nie jest w stanie kontrolować wszystkiego podczas spotkania. Mając dobrą relację z rozgrywającym jest mu o wiele łatwiej wykonywać swoją pracę i vice versa. Tłumaczenie swojej wizji gry, oczekiwań wobec drużyny na treningach czy podczas meczu przeciwko takiemu czy innemu rywalowi może spowodować, że wszystkim z zespołu będzie się łatwiej grać.

Miał Pan okazję współpracować z różnymi trenerami. Z perspektywy zawodnika, zarówno tego młodszego, u początków kariery, jak i na późniejszym etapie jej rozwoju, czego Pan poszukiwał u szkoleniowców? Którego/których z nich wspomina najlepiej poprzez pryzmat wiedzy i umiejętności, które był w stanie przekazać?

W swojej karierze miałem bardzo wielu szkoleniowców. Podpatrywałem każdego i starałem się wyciągnąć same najlepsze rzeczy. Zwracałem uwagę na to, w jaki sposób “sprzedają” swoją filozofię drużynie i jak na to reagują gracze. Czy system jest założony z góry czy może zawodnicy są dobierani pod system? Czy trener jest elastyczny i chętnie współpracuje ze swoimi graczami czy może preferuje pełną dyktaturę? Jaką wytwarza atmosferę pracy i czy zależy mu na dobrych relacjach ze swoją drużyną? Czy chętnie rozmawia o koszykówce i udziela odpowiedzi na pytania graczy. Czy jest przygotowany do treningu i meczu. Im byłem starszy, tym więcej pojawiało się pytań w mojej głowie. Piero Bucchi, Andrej Urlep, Saso Filipovski, Teo Cizmic, Miodrag Rajkovic, Mike Taylor. To są trenerzy, od których czerpałem garściami. Nauczyli mnie bardzo dużo ciekawych rzeczy.

Tutaj pojawia się jeszcze jedno pytanie: ile zawodnik jest w stanie nauczyć się od danego trenera. Często zdarzają się przypadki zawodników “wszechwiedzących”, którym wydaje się, że posiedli już całą koszykarską wiedzę? Jak z nimi można współpracować?

Są różne charaktery i z każdym trzeba rozmawiać inaczej. To jest kwestia tylko i wyłącznie komunikacji i chęci współpracy. Dodatkowo dochodzi jeszcze scouting gracza. Dobrze by było, gdyby trener wiedział, jakiego zawodnika ściąga do swojego zespołu. Trener i zawodnik mają spędzić ze sobą cały sezon, prawie rok czasu. Żeby ta współpraca się udała trzeba ze sobą rozmawiać. Nie tylko o koszykówce, ale generalnie o życiu. Bez względu na charakter zawodnika czy trenera. Myślę, że brak komunikacji jest dużym problemem w dzisiejszych czasach. To nie jest praca w korporacji, że mamy do wyrobienia pewne normy i nikogo to nie obchodzi jak to zrobimy. Po prostu mamy to zrobić i koniec. My koszykarze mamy wspaniały zawód. Robimy to, co kocham więc praca powinna sprawiać nam radość i przyjemność. Dostajemy za to pieniądze, jeśli oczywiście klub płaci. Wtedy atmosfera pracy jest o wiele lepsza. Komunikacja jest kluczem. Dlatego zawód trenera jest tak ciężki. Musi myśleć o wszystkich i wszystkim.

Są przypadki, gdy dany trener do każdego zespołu, którym dowodzi sprowadza tego samego zawodnika. Wtedy wiadomo, że pasuje do jego systemu. Jak z perspektywy gracza, tym bardziej rozgrywającego, wygląda dopasowanie do konkretnych systemów trenerskich. Na ile łatwo jest po sezonie spędzonym u trenera X przejść pod skrzydła trenera Y, który prowadzi drużynę w inny sposób?

Generalnie lepiej pracuje się trenerowi, który zatrzymuje kilku zawodników na nowy sezon, czyli tzw. trzon zespołu. Swego czasu trener Saso Filipovski ciągnął za sobą między innymi swojego człowieka, rozgrywającego Andresa Rodrigueza. Po Olimpiji Ljubljana wylądowali razem w Turowie Zgorzelec. Ufali sobie w 100%. Nawet kosztem jednego czy drugiego słabszego meczu Rodrigueza. Trener Filipovski nigdy w niego nie zwątpił. Zawsze stał za nim murem. A ten odwdzięczał mu się m.in. szybkim i sprawnym wkomponowaniem innych zawodników drużyny w system szkoleniowca. Z sukcesami grali razem na Słowenii, a po pewnym czasie osiągnęli historyczny sukces Turowa Zgorzelec, jakim był awans do Final Eight ULEB Cup, przy okazji zdobywając srebrny medal Mistrzostw Polski, przegrywając wtedy z będącym na topie Prokomem, który też miał swój trzon zespołu z poprzedniego sezonu. Analogiczna sytuacja jest znowu we wcześniej wspomnianym Anwilu. Igor Milicic, który proponuje inne niż większość trenerów rozwiązania taktyczne ma o wiele łatwiejszą robotę, mając w składzie kolejny rok Kamila. Takie relacje bez dwóch zdań ułatwiają pracę szkoleniowcowi. Sam zawodnik czuję się w tym wszystkim jak ryba w wodzie. Może od początku przygotowań do sezonu pomagać trenerowi, podpowiadając kolegom z zespołu co i jak. W przypadku kiedy ten sam gracz trafia na nowego coacha, to im szybciej się przestawi na nowy system, tym lepiej dla wszystkich. Czasami ten proces trwa krócej a czasami dłużej. Na pewno rozmowa, dobra relacja oraz jasno określone oczekiwania wobec gracza mogą ten proces przyspieszyć.

Może trochę na marginesie tego pytania, może rozpoczynając inny rozdział: Miał Pan okazję występować w Śląsku Wrocław w ekstraklasie, spotkaniach euroligowych i pucharowych, teraz przyjdzie czas na pierwszoligowe parkiety. Jak z Pana perspektywy zmieniał się polski basket na przestrzeni tych lat. Więcej jest różnic, czy podobieństw. Silniejszą ligę mieliśmy na początku tego wieku, czy trudno mówić o wielkiej różnicy poziomów?

Liga była dosłownie silniejsza, chodzi o fizyczność, na początku tego wieku. Ostatnio obejrzałem sobie dwa mecze. Śląsk Wrocław z Bobrami Bytom i Noteć Inowrocław z Unią Tarnów. To był rok 1996. Pierwsza rzecz jaka od razu rzuciła mi się w oczy to atletyzm i fizyka graczy. Piątka Śląska biegająca po parkiecie w pewnym momencie wyglądała tak: Jurek Binkowski, Dominik Tomczyk, Mirek Łopatka, Maciek Zieliński i Jacek Krzykała! Średnia wzrostu 2 metry. Z drugiej strony skaczący do każdej piłki Mariusz Bacik, Kordian Korytek czy Jeffrey Stern. Gra jeden na jeden oparta na ogromnej pewności siebie oraz sile i fizyczności bez większych szachów trenerskich. To była druga rzecz, która rzuciła mi się w oczy.

Drugi mecz ze świętej pamięci niesamowicie zdolnym i niezwykle atletycznym Adrianem Małeckim, rzucającym na wielkim spokoju i luzie 36 punktów w meczu. Później przyszedł scouting graczy i drużyn. Wiemy jakie zagrywki gra drużyna przeciwna i pod to dostosowujemy obronę. Wiemy jakie tendencje indywidualne mają poszczególni zawodnicy i dzięki temu wiemy w jaki sposób można ich obronić. Dodatkowo jest 3 sędziów, którzy więcej widzą i już tak chętnie nie pozwalają na ostre starcia między graczami. To generalnie jest zjawisko globalne. Działa też to w drugą stronę. Przez to, że aż tak bardzo poszliśmy w scouting i szachy koszykarskie zapomnieliśmy uczyć podstaw do gry w basket. Technika indywidualna, gra jeden na jeden oraz tworzenie pewności siebie zawodnika. Reasumując. Gdyby połączyć wszystkie wcześniej wymienione cechy z lat poprzednich i dodać do tego dzisiejszą wiedzę merytoryczną to uważam, że z naszą koszykówką byłoby o wiele lepiej.

Czy wynika z tego, że z umiejętnościami zawodników, indywidualną techniką, nie jest najlepiej?

Uważam, że idziemy w dobrym kierunku. Trzeba rozwijać świadomość zawodników. Mam na myśli w szczególności tych młodych. Czyli znowu chodzi o dobrą relację i komunikację między trenerem a zawodnikiem. Zawodnikom trzeba tłumaczyć, pokazywać rzeczy. Jak małemu dziecku, a nie denerwować się, gdy trener coś do niego mówi, a on rozkłada ręce bo nie rozumie tego, co słyszy. Z drugiej jednak strony zawodnik sam z siebie też musi coś dać od siebie. Wykazywać chęci i entuzjazm do stawania się coraz lepszym. Te rzeczy akurat nie wymagają żadnego nakładu energii czy finansów. Gracz musi sam wykazać inicjatywę. Interesować się koszykówką. Oglądać skróty meczów NBA czy innych lig. Podpatrywać zagrania zawodników lepszych od siebie, zwody, kozłowanie, grę bez piłki, backdoory, ścięcia czy obiegnięcia do kosza. Niech ogląda na smartfonie czy tablecie, bo teraz wszyscy przecież je mają, więc można to wykorzystać. Jest coraz więcej campów koszykarskich w Polsce. Można pojechać na Getbetter. Można zatrudnić sobie trenera personalnego. Koszykówka zmienia się bardzo szybko, a w klubach trenerzy z umowami na jeden rok są rozliczani za wynik, więc nie mają czasu na to, żeby skupiać się na wyszkoleniu indywidualnym. Dlatego zawodnik musi sam ciągle nad sobą pracować. Rozwijać się bardziej we własnym zakresie. Zainteresować się swoją dyscypliną sportu. Tutaj ta praca nigdy się nie kończy.

Tutaj pojawia się jeszcze temat około boiskowy. Gracze formatu NBA otwarcie mówią o trudnościach, z którymi się zmagają, niektórzy są stawiani za wzór dla młodzieży, czasem z kolei słychać o wybrykach. Jak to wygląda na naszym polskim poletku?

Gracze w naszej lidze mają podobne trudności, tylko z zupełnie innych powodów. Jeśli dostaniesz się do NBA to cały świat stoi przed Tobą otworem. Tylko i wyłącznie od ciebie zależy czy to wykorzystasz czy nie. To jest show, maszynka do zarabiania pieniędzy. Przy tak niebotycznych zarobkach, gwarantowanych kontraktach, wyścigu szczurów myślę, że niektórym jest ciężko utrzymywać cały czas koncentrację i motywację na wysokim poziomie. Stąd mogą brać się różne problemy w życiu codziennym zawodowego gracza. Jeden może mieć depresję, bo nie radzi sobie z presją, albo zmianą otoczenia, a drugi, że nie zobaczył wypłaty od 3, 4 miesięcy. W takich chwilach człowiek może zrobić różne głupoty, których w przyszłości może żałować. Koszykarz też człowiek. Też ma prawo popełnić błąd. Dlatego wsparcie rodziny czy otaczanie się właściwymi ludźmi jest tak ważne. Najczęściej problemy zamiatane są pod dywan. Nikt nie lubi o nich rozmawiać, tym bardziej wypuszczać je na światło dzienne.

W jaki sposób Robert Skibniewski ogląda mecze koszykówki? Czy jest to spojrzenie przez pryzmat tego, co bym zrobił na boisku w takiej sytuacji, czego mogę się nauczyć i wykorzystać w swojej grze?

Jak byłem młody to patrzyłem tylko na gościa z piłką. Jak rzuca, kozłuje, podaje, jakie robi zwody. Potem szedłem na boisko i starałem się to wszystko odzwierciedlić najlepiej jak tylko potrafiłem. Robiłem tak każdego dnia. Uwielbiałem patrzeć na Jordana, Nasha, Kidda czy Pennego Hardawaya. Dziesiątki razy oglądałem film “Pistolet, narodziny legendy”, bo chciałem grać jak Pete Maravich. Teraz patrzę też na inne rzeczy. Jeśli w danym zespole występuje zawodnik, który mnie interesuje to bacznie go obserwuję przez cały czas. Oprócz wcześniej wspomnianych rzeczy obserwuję jak się porusza po boisku z piłką i bez. Jaką ma mowę ciała przy udanych i nieudanych akcjach. Jak reaguje na przebieg meczu, kiedy siedzi na ławce. Jaką ma postawę na czasach. Najczęściej jednak oglądam mecze przez pryzmat prezentowania się całego zespołu. Patrzę na zagrywki i sposób ich egzekwowania. Staram się zrozumieć np. jakie są ustalenia taktyczne w ataku i w obronie na dany mecz.

Na co w takim razie warto, żeby zwracał uwagę kibic, oglądający spotkanie przed telewizorem lub na hali? Jakich porad w tej materii mógłby Pan udzielić.

Jeśli przed telewizorem to proponowałbym wyłączyć głos, żeby nie sugerować się tym, co mówią komentatorzy, a pozwolić sobie na własny odbiór tego widowiska.

A jeśli na hali to nigdy nie siadać w pierwszym rzędzie. Po prostu jest za blisko, żeby dostrzec cały obraz. Zgadzam się w pełni z Przemysławem Frasunkiewiczem, który powiedział, że “dobrze jest zmieniać miejsce siedzenia na każdym meczu”. Kąty podań, odległości między zawodnikami, różne perspektywy patrzenia na daną sytuację. Dla jednego kibica w danej akcji zawodnik X mógł podać do kolegi, który był na otwartej pozycji, a dla drugiego kibica siedzącego w zupełnie innym miejscu w tej samej akcji ten sam zawodnik X nie miał możliwości podania, bo kolega nie stworzył linii podania. Dodatkowo o czym również wspomniał Przemek, siedzenie za ławką drużyny może tylko poszerzyć wiedzę i świadomość kibica.

Jak oglądać koszykówkę – Okiem Jacka Łączyńskiego

„Jak oglądać koszykówkę” to tytuł tego cyklu. Dzięki niemu wiesz, czego się spodziewać, ale czy na pewno? O jakiej koszykówce myślisz? Przecież to nie tylko ludzie, których oglądamy na parkietach EBL. To również młode dziewczyny i chłopcy, biegający za piłką na osiedlowych boiskach. To zresztą nie tylko teraźniejszość, ale również historia. Dziś rozmowa, w której spróbujemy zmieścić kilka różnych wymiarów koszykówki, tę z lat 80. i tę z niedawno rozgrywanych Mistrzostw Europy U16. Zapraszam na spotkanie z Jackiem Łączyńskim, wcześniej zawodnikiem, trenerem (przez cały czas, bo – jak sam powie – trenerem jest się do końca życia), ekspertem i komentatorem telewizyjnym.

Piotr Alabrudziński, Puls Basketu: Jest Pan związany z koszykówką z praktycznie każdej możliwej strony: kariera zawodnicza, trenerska, komentatorska. Jak można scharakteryzować każde z tych spojrzeń, co jest w nich najważniejszego i, jeśli można tak powiedzieć, wyjątkowego?

Jacek Łączyński: Najważniejsza i wyjątkowa jest sama dyscyplina, czyli koszykówka – przecież zajmuje ona 2 miejsce na świecie pod względem popularności. Przede wszystkim to zasługa NBA. To dzięki niej na placach zabaw i boiskach szkolnych oprócz młodzieży grającej w piłkę nożną najczęściej widzimy rzucających do kosza. Tym bardziej żałuję, że polska koszykówka nie odnosi sukcesów na arenie międzynarodowej, bo wpłynęłoby to na jeszcze większą popularność tej dyscypliny. Zawodnik, trener i komentator. Faktycznie każda z tych profesji różni się spojrzeniem na koszykówkę. Często mówią to zawodnicy, którzy zaraz po zakończeniu kariery zostają szkoleniowcami. Inne jest postrzeganie gry z boiska, inne z ławki trenerskiej i oczywiście jeszcze inne z mikrofonem w rękach. Na pewno łatwiej zostać trenerem, gdy było się zawodnikiem, bo wykorzystujemy tu znajomość koszykówki od strony praktycznej. To samo tyczy się eksperta. Może nim być także zawodnik, który nie był trenerem, ale doświadczenie trenerskie pozwala być lepszym ekspertem i komentatorem wydarzeń na boisku. Do każdej z tych profesji trzeba mieć też trochę talentu, pracować, starać się być lepszym i dążyć do rozwoju. Jeżeli chodzi o zawodnika to wiadomo, że jest to przede wszystkim ciężka praca fizyczna i odbieranie sygnałów od trenera, wykonywanie jego poleceń, założeń. Praca trenerska to praca 24 godziny na dobę, nie wiąże się stricte tylko z samymi meczami, czy treningiem. Szczególnie w młodszych kategoriach wiekowych trener to również wychowawca, człowiek, który czasami ma większy autorytet od rodziców, ktoś, kto pokazuje drogę na przyszłość młodemu człowiekowi, więc musi być też psychologiem. Bardzo fajna, ale też odpowiedzialna praca i, mówiąc w cudzysłowie, niebezpieczna, zwłaszcza na wyższym poziomie, bo praktycznie, jak saper, po pomyłce można ją stracić. Jeżeli chodzi o bycie komentatorem, ekspertem, to kiedy było się wcześniej trenerem, gdy ma się smykałkę taktyczną, pracowało się na jakimkolwiek poziomie: juniorów, seniorów, obserwowało się dużo spotkań, gdzie trzeba było je analizować – to oczywiście pomaga już w patrzeniu w okienko telewizyjne, czy bezpośrednio na boisko, i przekazywanie, czy też pomoc ludziom w obserwacji meczu, wyławianiu szczegółów, których czasami kibic nie jest w stanie zobaczyć i przewidywaniu, co może się zaraz wydarzyć, co mogą trenerzy wymyśleć, aby obraz gry się zmienił. Ja jestem bardzo szczęśliwy, że byłem zawodnikiem, jestem nadal trenerem (bo trenerem się jest do końca życia, chociaż nie pracuję w zawodzie, tylko amatorsko prowadzę zespół – trudno tego nie robić, bo to zawód na całe życie i kocha się go przez całe życie) i cieszę się, że od wielu lat mogę być również ekspertem, komentatorem, tym, który pomaga widzom w odbiorze meczów koszykówki.

Występował Pan na polskich parkietach w czasach, które dziś za pomocą internetu możemy oddać jedynie przez pryzmat wyników, czy zdobyczy punktowych zawodników. Jaka była koszykówka, jak się w nią grało, co działo się na boisku w latach 80.?

Bardzo żałuję, że nie zachowały się kasety VHS z meczami, bo człowiek by czasami sobie obejrzał i powspominał jak grał. Ogólnie zasady gry w koszykówkę się nie zmieniły. Jest takie określenie wśród społeczeństwa koszykarskiego, jak trzeba grać: po prostu, mówiąc żartobliwie, trzeba kryć szczelnie i rzucać celnie. Mówiąc poważnie, różnica pomiędzy grą z lat 80 a obecnie jest przede wszystkim spowodowana zmianami w przepisach i to właśnie one spowodowały, że trzeba było zacząć tę koszykówkę zmieniać, tzn. przede wszystkim grać szybciej, bo było mniej czasu na rozgrywanie akcji. Teraz są 24 sekundy, a było 30. Teraz jest 8 sekund na przejście połowy boiska, kiedyś było 10. To spowodowało, że tempo gry musiało być zwiększone. Gdy tempo zostało zwiększone, pojawiło się na boisku także więcej agresywności, a jak była agresywność, to to wymuszało grę bardziej kontaktową, fizyczną. Trening również się zmieniał i zmienia. Patrząc na koszykarzy z lat 60, czy nawet z tego naszego okresu a obecnie, to nawet w posturze widać, że ta dyscyplina sportu się zmienia. 

Dziś mamy szeroko rozwinięty scouting, bardzo łatwo jest się przygotować pod konkretnego przeciwnika zarówno jeśli chodzi o drużynę, jak i poszczególnych zawodników. Jak to wyglądało podczas Pana kariery boiskowej? Jakimi materiałami posługiwali się trenerzy i zawodnicy, w jaki sposób gracze “uczyli się” koszykówki, dbali o własny rozwój? 

W latach 80. był przede wszystkim bardzo słaby przepływ informacji. Zarówno zawodnicy, jak i trenerzy wiedzieli tylko jakim wynikiem skończyły się inne spotkania i kto rzucił największą ilość punktów. Jedyną statystyką, którą się znało były właśnie zdobyte punkty. Raz w tygodniu w “Przeglądzie Sportowym” i “Sporcie Katowickim” była publikowana lista 10 obecnie najskuteczniejszych zawodników w lidze, i to wszystko. Nie było kamer, nie było wideo, więc nie można było oglądać zarówno swoich występów, jak i występów przeciwników, a co za tym idzie, nie było jako takiego scoutingu. Znaliśmy się tylko bardzo dobrze. Zawodnicy po prostu występowali wiele lat w jednym klubie. Zmiany w tych drużynach odbywały się bardzo rzadko, tylko co roku dochodzili jacyś wyróżniający się juniorzy. Nie było graczy zagranicznych. Trenerzy prowadzili swoje zespoły raczej przez kilka sezonów. Tylko w ten sposób można było się przygotować do danego meczu, bo tak jak wcześniej powiedziałem, znaliśmy się i wiedzieliśmy, jakie są mocne i słabe strony każdego z nas i jak to ewentualnie wykorzystać. Można powiedzieć, że porównując tamte lata do obecnych, to, czego obecnie można dowiedzieć się o zawodniku, zespole, trenerze, taktyce, jest to po prostu kosmos. Obejrzeć to na różne sposoby, z różnych kamer, przygotować się w 100% do każdego meczu jeżeli chodzi o założenia taktyczne, jak i to, co prezentuje dany zawodnik. Przygotowania w latach 80. wpływały na rozwój trenerów, czy samych zawodników. Nie było przepływu informacji, ale też nie było możliwości, żeby zdobywać dodatkowe wiadomości. Nie było przecież możliwości oglądania żadnych lig, żadnych meczów, nawet swojej drużyny, nie mówiąc już o np. NBA. To był ogromny kłopot dla trenerów. Nie mogli się tak przygotowywać i rozwijać jak współcześni trenerzy. Pamiętam, w tamtych czasach była jedna książka z lat 60. pana Jana Mikołowskiego oraz pani Hanny Oszast o koszykówce, o tym jak trenować, bardzo pomocna dla trenerów. Reszta to jednak troszkę taki trening “na nosa”. Doświadczenie, które się zdobywało powodowało, że trenerzy starali się rozwijać, podglądać innych trenerów. Jeżeli ktoś miał jakieś prywatne możliwości, poprzez rodzinę, czy znajomych, którzy mieszkali na Zachodzie, czy w Stanach, to czasami zdarzało się, że jakaś książka, lub kaseta dostawała się w ręce takiego trenera. Tak to wyglądało. Zawodnicy też byli tylko uzależnieni od trenera, od tego, co on pokazuje, czego uczy. Nie mieli możliwości oglądania treningów innych graczy, czy podglądania tych prowadzonych przez uznanych trenerów, co mogą robić obecnie zawodnicy, jeżeli uważają, że za mało jest ćwiczeń danego elementu na treningu prowadzonym przez własnego trenera. Dziś zawodnicy mogą po prostu poprzez wejście do internetu znaleźć mnóstwo ćwiczeń opisanych, rozrysowanych i samemu podnosić swoje umiejętności. To samo dotyczy trenerów, którzy poprzez oglądanie różnych lig, pucharów, NBA, oglądanie treningów, czy jeżdżenie na kliniki trenerskie z roku na rok mogą rozwijać swoje umiejętności, poszerzać wiadomości, stawać się lepszymi. Zawsze zastanawiałem się i zadawałem sobie takie pytanie: mieliśmy bardzo dużo wybitnych, uzdolnionych koszykarzy, jak i trenerów w latach 60., 70., 80. O ile lepsza by była nasza koszykówka, gdyby tamci trenerzy, zawodnicy, mieli możliwości rozwoju takie, jakie ma dzisiejszy koszykarz, czy dzisiejszy trener? Niestety, możemy tylko dywagować, a odpowiedzi na to nigdy nie dostaniemy.

Wykonał Pan jako pierwszy z Polaków celny rzut za 3 punkty. Czy można było wówczas przewidzieć, że koszykówka rozwinie się w takim kierunku? Kiedy Pana zdaniem dokonała się ta przemiana i ewentualnie jakiego kierunku rozwoju dyscypliny możemy się spodziewać w przyszłości?

Rzut za 3 punkty bardzo uatrakcyjnił koszykówkę. Po Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles w 1984 r. na świecie wprowadzono  linię 3-punktową, która była już stosowana i działała wiele lat w NBA. Pamiętam, że w styczniu 84 roku był rozgrywany turniej towarzyski o puchar wyzwolenia Warszawy. Mecze odbywały się również w Pruszkowie. Będąc zawodnikiem Legii Warszawa w meczu z AZS Warszawa w Pruszkowie na starej hali Znicza Pruszków, która już nie istnieje, gdyż została zburzona, udało mi się właśnie wykonać pierwszy rzut zza linii trzech punktów. Tak jak powiedziałem, ta zmiana bardzo uatrakcyjniła koszykówkę do czasów obecnych. Rzuty trzypunktowe, które coraz częściej zespoły wykonują z coraz lepszą skutecznością powodują, że mecze do końca nie są rozstrzygnięte. Wystarczy kilka minut, żeby odrobić, lub stracić wypracowaną wcześniej przewagę, bo wiadomo, że wtedy potrzeba mniejszej ilości skutecznych akcji. To był taki strzał w 10, fantastyczna zmiana w przepisach gry. Myślę, że inne zmiany: jeżeli chodzi o sędziowanie, same przepisy, również miały jakiś wpływ na to, że gra stawała się coraz bardziej atrakcyjna. Mówiłem już o zmianie czasu rozgrywania akcji, co przyspieszyło grę i spowodowało, że było więcej akcji ofensywnych. Więcej się zdobywało punktów, a to zawsze jest z korzyścią dla widowiska, dla publiczności. Co można jeszcze zmienić w koszykówce? Myślę, że obecnie przepisy są optymalne. Może światowa federacja koszykarska pójdzie jeszcze w kierunku przepisu, który obowiązuje w NBA, czyli 3 sekundy w obronie, co jeszcze bardziej pokazuje indywidualne możliwości poszczególnych zawodników w grze jeden na jeden na piłce. To jest takie amerykańskie, tam chodzi o widowisko, właśnie o pojedynki 1 na 1, które są solą w meczach koszykówki. To byłaby bardzo duża zmiana w europejskiej koszykówce, w której bardzo się stawia na defensywę. Wszystko jest poukładane, są pewne zasady, ale właśnie: w Europie łatwiej grać w obronie zespołowej, bo nie ma tego przepisu 3 sekund. To jest jedna zmiana, która ewentualnie może zostać wprowadzona, chociaż ja akurat w seniorskiej koszykówce nie jestem jej dużym zwolennikiem. Wprowadziłbym ją we wcześniejszym etapie szkolenia młodzieży, żeby gracze nie przesiadywali, nie stali wszyscy w polu 3 sekund. Może zostanie wprowadzony kiedyś rzut z połowy boiska za 5 punktów na przykład, ale nie wiem, czy to by uatrakcyjniło mecze koszykarskie. Lepiej jak z połowy rzucamy sobie na treningach, np. na koniec jako taki fajny dodatek, zabawa, czy konkurs.

Jeśli mowa o rozwoju, niedawno na Twitterze przygotował Pan swoisty zbiór reform dla koszykówki młodzieżowej. Spróbujmy go tutaj rozwinąć. Jako priorytet wymienia Pan uczenie gry 1 na 1. Chodzi tutaj przede wszystkim o rozwój indywidualnych umiejętności?

Ameryki nie odkryłem. Ważniejsze jest wyszkolenie indywidualne koszykarzy. Ten fundament, który tworzymy zawodnikowi, im mocniejszy, lepszy, im większy, tym szansa na to, że w późniejszym etapie jego kariera będzie się rozwijała prawidłowo i że będziemy mogli na tym fundamencie stawiać kolejne piętra. To jest chyba najważniejsze. Wydaje mi się, że brakuje nam cierpliwości, że ten fundament jeszcze nie związał, a my już chcemy stawiać kolejne piętra i gdzieś tam na górze to się nam wszystko może zawalić, albo są jakieś niedoróbki i pęknięcia. Na początkowym etapie nauczania musimy pamiętać właśnie o rzeczach, które są potem najistotniejsze w karierze: kozłowanie piłki, podania, penetracja i odegrania, ścięcia, obiegnięcia, wyjścia po piłkę. Bardzo istotna jest właśnie gra bez piłki, bo przez większą część czasu gry zawodnicy biegają bez piłki. Piłka jest jedna, a graczy pięciu. To są bardzo ważne rzeczy i musimy im poświęcić wiele czasu, żeby stały się podstawą do tego, żeby zacząć robić poważniejsze, trudniejsze rzeczy.

Proponuje Pan pominięcie grania zasłon na piłce, czyli chociażby gry p’n’r. Czy nie jest to fundament koszykówki, na tyle ważny, że jednak warto go uczyć na etapie młodzieżowym?

Pomysł z zasłonami narzucił mi się w momencie, kiedy obserwowałem finałowy mecz U16 chłopców, IV kwartę. Hiszpanie wykonali 2, może 3 zasłony, Chorwaci 5, może 6, czyli troszkę więcej. Pomimo tego, że oba zespoły miały po 5, 6 graczy dwumetrowych, gra opierała się na tym, żeby grać jeden na jeden przodem, czy tyłem do kosza, żeby ładnie rozrzucać piłkę po obwodzie. Wszyscy wiedzieli, gdzie mają być, jakie miejsce mają zająć, żeby udały się wszystkie ucieczki za plecy, ścięcia, obiegnięcia, kontratak. Rozmawiając z trenerami młodzieżowymi słyszę: Panie Jacku, u nas czasami u12 gra zasłony. Stąd ten mój wpis o tym, żeby w jakimś sensie “zakazać” grania zasłon do 14 roku życia. Jeżeli naprawdę wiele drużyn stosuje ten element, czy pojawia się on w dużej ilości zagrywek, to po to, żeby zyskało indywidualne wyszkolenie, kozłowanie, penetracja, gra 1 na 1, odrzucanie piłeczki, wszystkie elementy gry bez piłki. Wiadomo, że jak już się chce zagrać jakąś zagrywkę, czy jakąś formę współpracy 2, 3 na zasłonie, na piłce, to trzeba temu poświęcić sporo czasu. Wydaje mi się jednak, że do 14 roku życia raczej powinniśmy skupić się nad innymi rzeczami, fundamentem. Kosztem kolejnych kroków warto jeszcze pościwczyć i udoskonalić te elementy podstawowe w grze.

Idąc dalej, krycie na całym boisku tylko po rzutach wolnych lub wybijaniu piłki z autu oraz brak obrony strefowej. Jeśli dobrze rozumiem, celem jest nauczenie indywidualnej defensywy, czyli obnażenie na wczesnym etapie błędów czy braków, które można gdzieś zakryć poprzez obronę strefową.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, ja nie jestem przeciwnikiem krycia na całym placu gry. Wprost przeciwnie, trzeba starać się uczyć zawodników takiego krycia na całym placu, co powoduje naukę kozłującego, który tę piłkę musi przeprowadzić na drugą stronę boiska. Nie jestem natomiast zwolennikiem tego, żeby to robić przez cały mecz, a czasami tak się zdarza, że jedna z drużyn w tej początkowej fazie nauczania ma problem z przejściem połowy boiska. Ktoś powie: dobrze, tamci są słabi, to ich strata, a nasz zysk. Właśnie chyba nie. Moim zdaniem więcej korzyści zespół, poszczególni zawodnicy, sam trener, powinni mieć z tego, że nie zawsze będą kryli na całym placu, wrócą na swoją połowę boiska, zaczną kryć od 8, 10 metra, i wtedy przechwycą piłkę, albo zbiorą po niecelnym rzucie. Będą mogli przećwiczyć wiele elementów tzw. techniki szybkościowej, której, kryjąc na całym placu, nie przećwiczą: kozłowania na pełnej szybkości, podania piłki po takim kozłowaniu, wymiany 2, 3 podań. To są elementy bardzo istotne jeżeli chodzi o późniejszą koszykówkę. W meczu lepiej funkcjonować w ten sposób nawet jeżeli widzi się, że przeciwnik jest zdecydowanie słabszy, a tak czasami 10 zawodników jest na jednej połówce. Chłopcy, czy dziewczynki z jednej drużyny nie mogą wyprowadzić piłki, są szybkie przechwyty, szybki rzut, czy może jedno podanie, jeden kozioł. Tak, trzeba próbować, trzeba stosować krycie na całym boisku, bo to jest element gry obronnej w koszykówce. Młodzi koszykarze muszą mieć jakiś nawyk, że jest szansa wyrwania, przechwycenia piłki, ale nie za często, bo więcej korzyści będzie, gdy będziemy bronili na swojej połowie boiska, czy na 8, 10 metrach od kosza i wtedy po przechwycie, czy niecelnym rzucie do kosza wyprowadzali kontry, które będą nas zmuszały do przećwiczenia wielu elementów gry w koszykówkę.  

Kilka razy słyszałem przy okazji komentowanych przez Pana spotkań stwierdzenie, że to gracz ataku ma przewagę nad obrońcą. Może kolejny raz, ale prosiłbym o rozwinięcie tego zdania. Albo inaczej, czy mimo rozwiniętego scoutingu, wykorzystaniu programów, analizie wideo, można mówić o ataku, na który nie da się przygotować? Czy może raczej chodzi o pewną finezję, twórczość graczy?

Czasami używam określenia, że atak ma przewagę nad obroną. Chodzi mi o czas reakcji obrońcy na to, co wykonuje atakujący: zwód piłką, rozpoczęcie kozłowania, czy wyjście po piłkę. To jest moment, w którym zawodnik wykonuje ruch i na to reaguje obrońca. Jeden zareaguje szybciej, drugi wolniej, i to jest ta minimalna przewaga atakującego, jeżeli mówimy o dwóch klasowych graczach zarówno w obronie, jak i w ataku. Jak jest duża różnica klas, to wiadoma sprawa, że będzie to na korzyść tego, który jest albo lepszym defensorem, albo lepszym atakującym. Przy równej klasie graczy atakujący moim zdaniem ma przewagę w tej pierwszej fazie, bo to on decyduje o tym, czy będzie rzucał, podawał, robił zwód, czy wybiegnie w to miejsce, czy tamto. Scouting pomaga w obronie, zdecydowanie, ale przeciwko klasowym, wybitnym graczom, nie do końca. Oni mają zawsze alternatywę, jakieś drugie rozwiązanie w momencie kiedy na pierwszy zwód, czy pierwszy ruch szybciej, lepiej zareaguje obrona.

Jaka w takim razie jest rola przygotowania defensywy w koszykówce?

Jeżeli chodzi o obronę to jest to element gry w koszykówkę, na który bardzo wpływają inne czynniki, które jeden zawodnik ma lepsze, a drugi słabsze. Przede wszystkim przygotowanie do pracy nóg. Od najmłodszych lat powinniśmy ćwiczyć krok obronny, żeby nogi w kroku odstawno-dostawnym dobrze pracowały, żeby z wiekiem był on coraz szybszy. Nogi muszą być coraz mocniejsze, żeby podołały temu, że po przeciwnej stronie stoi coraz lepszy atakujący. Druga sprawa to są aspekty wolicjonalne jak ambicja, wola walki, czy chęci przy grze, szczególnie jeżeli mówimy o grze i obronie zespołowej. Najważniejsze, nie przegrać pojedynku 1 na 1, ale jeśli już do tego dochodzi (a w większości wypadków jednak tak), musimy wiedzieć, gdzie mamy stać, gdzie i komu mamy pomagać, jak mamy rotować i zmieniać. Mamy pewne zasady i zawsze jest tak, że w pewnych elementach, np. krycia p’n’r trener ćwiczy 2 warianty, a może i więcej, i dopasowuje je do przeciwnika, który ma w swoim schemacie gry w ataku taką sytuację. W zależności od tego, jakiego zawodnika kryjemy możemy dobrać do tego odpowiednią obronę. Tak to mniej więcej wygląda. Nie jest łatwą sprawą dla zawodników przygotowanie defensywy pod przeciwnika, dlatego że przeważnie odbywa się to w ten sposób, że ledwie 1, 2 dni wcześniej zawodnik dostaje takie informacje. Nie trenuje się tego godzinami, czyli to też jeżeli chodzi o powtórzenia na treningu jest bardzo znikome. Czasami informacje są przekazane ustnie, czy poprzez rysunek na tablicy, a gracz musi pamiętać o tym, że oprócz swoich zagrywek musi myśleć również o tym, jak powinien kryć danego zawodnika, czy daną sytuację. Tak jak powiedziałem, wielu graczy zapomina o tym, myli się, i dlatego atak to szybko wykorzystuje.

Bardzo często po zakończeniu meczu udostępnia Pan w mediach społecznościowych statystyki z danego spotkania. Jakie informacje, jaką analizę można wykonać dzięki statystykom, które konkretnie dane są najistotniejsze, a także na ile obrazują one to, co działo się na parkiecie?

Statystyki obecnie, szczególnie w grach zespołowych, to coś, co musi być, abyśmy mogli jeszcze bardziej dokładnie przeanalizować grę poszczególnych zawodników, czy drużyn. Oczywiście, najlepiej zrobić to, kiedy jeszcze raz oglądamy dane spotkanie. Wtedy możemy bez pomyłek wykonać statystyki i oprócz obrazu, który widzieliśmy, przeanalizować poprzez liczby, jak przebiegał mecz i jak grali poszczególni zawodnicy. Co jest najciekawsze jeżeli chodzi o statystyki i jaką analizę możemy wykonać poprzez te cyfry, które nam się ukazują? Wydaje mi się, że nawet dla takiego laika, kibica “od czasu do czasu”, statystyki będą dużo mówiły, bo będzie wiedział, kto ile punktów rzucił, kto był najlepszym zbierającym, kto wykonał najwięcej dobrych podań, kto był ostro grającym w obronie, bo popełniał dużo fauli. Ogólnie widać jak zespół grał: czy przeprowadzał dużo ataków, kontrataków, czy częściej rzucał z pola 3 sekund, czy z obwodu, więc naprawdę statystyki to ogromna rewolucja w pomocy w oglądaniu meczu koszykarskiego. Nie pokazują one wszystkiego, ale już sami trenerzy prowadzą bardzo szczegółowe statystyki, które można zrobić sobie na drugi dzień, obserwując powtórkę z danego meczu i wtedy również wykazać, zobaczyć, kto popełniał błędy, które nie są potem widoczne w podstawowych statystykach, czyli porażki 1 na 1, brak zastawienia, ilość pobiegnięć do kontratatku, czy wykonanie bardzo dobrego podania nie zakończonego celnym rzutem do kosza. Które są najistotniejsze? Zależnie kto co lubi. Każdy z kibiców patrzy na punkty, potem może na skuteczność, a potem patrzymy na 2 rubryki podstawowe, to jest zbiórki w przypadku graczy wyższych i asysty u rozgrywających. Na pewno indywidualnie każdy z graczy ma jakiś element, którym się wyróżnia: ktoś jest dobrym graczem, który wykonuje bloki, ktoś ma smykałkę do przechwytywania piłek, czy, niestety, ktoś popełnia dużą ilość strat. To są podstawowe statystyki, które jakoś sobie podsumowujemy i wiemy jak funkcjonował zespół. Do tego mamy dodatkowe, czyli ilość przeprowadzonych szybkich ataków, ilość punktów zdobywanych z ławki, po stratach, czy tzw. drugiej szansy, czyli po zbiórkach piłek w ataku. Naprawdę jest to bardzo duża garść informacji, którą można wykorzystać, przygotowując się do kolejnego meczu, lub treningu własnej drużyny.

Myślę, że w tej rozmowie nie może zabraknąć pytania, z którym zmaga się wielu kibiców. Jest Pan ojcem zawodnika, który występuje w Anwilu Włocławek i kadrze Polski. Jak pogodzić osobiste sympatie z obiektywizmem podczas oglądania spotkania? Czy kibic jest “skazany” na subiektywizm?

Zawsze trudny temat: ojciec, dziecko, w tym wypadku ojciec, syn. Były koszykarz i obecny koszykarz. Zawsze będzie jakieś porównanie, szukanie dziury w całym, że gdzieś tatuś pomaga, stara się udowadniać, że wielbłąd nie jest garbaty. Nie należę do tego typu rodziców i nigdzie chyba nikt nie znajdzie mojego publicznego wpisu, że to Kamil jest najlepszym koszykarzem, że powinien grać tu albo tam, że go się nie docenia i wiele, wiele innych spraw, które mają spowodować oddźwięk wśród kibiców, czy kogokolwiek, że to właśnie jemu się coś należy. Jestem raczej sprawiedliwy, obiektywny. Nie wypowiadam się publicznie, nie oceniam gry Kamila, natomiast daję tylko informacje na temat jego statystyk, czy wywiadów, bez tłumaczenia, czy to dobre, czy złe. My sobie porozmawiamy i rozmawiamy bardzo często. Niekiedy te rozmowy nie są dla Kamila jakieś super przyjemne, bo czasami się czegoś czepiam, ale to zostaje między nami. Ogólnie podejście kibiców jest takie, że jak wypowiadam się na temat koszykówki, albo na temat rozgrywających, to wiadomo dlaczego to robię: żeby faworyzować swojego syna. Ja nie muszę go faworyzować, on sam na boisku musiał pokazywać, czy potrafił grać, czy nie, i myślę, że mistrzostwem Polski, tym jak grał w zeszłym sezonie, jak i tym, że pomaga czasami w reprezentacji, pokazał, że należy mu się to, co osiągnął, i na pewno nie osiągnął tego, dzięki mnie, bo ja o nim piszę, wychwalam go, czy twierdzę, że jest najlepszy. Uważam, że mam jakieś zasługi, jeżeli chodzi o Kamila, ale te zasługi mają już długą brodę, ok. 20 lat, kiedy uczyłem go przez 2 lata podstaw gry w koszykówkę, myślenia o koszykówce i teraz czasami tylko jakichś rozmów, ale Kamil jest już na tyle doświadczonym zawodnikiem, że sam wie, co robi dobrze, co źle, czego potrzebuje.

Wielu kibiców w emocjach związanych z meczem często wydaje krzywdzące opinie na temat poszczególnych zawodników. Grał Pan w czasach, gdy nie było internetu, ale czy nawet wtedy dało się odczuć tę niechęć, czy złość fanów? Czy to prawda, co powtarzają zawodnicy – nie interesują mnie opinie z sieci, nie przeglądam ich?

Trudno porównywać lata 80. do obecnych jeżeli chodzi o kontakt kibica i zawodnika. Na moje mecze przychodziło 200, 300 osób na małą halę po byłej ujeżdżalni w Warszawie. To był jeden z nielicznych kontaktów z kibicem, może jeszcze przed meczem i po meczu, ewentualnie przypadkowo jak człowiek spotkał się z kimś na ulicy. Zupełnie inaczej jest obecnie. Przez internet wszyscy nas mogą obserwować, zarówno nasze poczynania na boisku, jak również jeżeli ktoś więcej informacji wysyła w świat internetowy to widzi jak żyjemy, jaką mamy rodzinę, jak trenujemy, co jemy, itd. Musimy się uodpornić na to, że nie każdy będzie chwalił to, co robimy. Tutaj nie można mieć pretensji: jeżeli pokazujesz się, musisz wiedzieć, że będziesz również oceniany. Jeżeli krytyka jest konstruktywna, kulturalna, nie uderza poniżej pasa, to wszystko jest ok. Jedni zawodnicy to czytają, drudzy nie – to jest ich wybór. Trzeba natomiast walczyć z chamstwem, obrażaniem, z czymś, co właśnie jest jak uderzenie poniżej pasa i takich ludzi ze społeczności internetowej powinno się usuwać, a może nawet karać, bo często anonimowo obrażają, używając słów nieparlamentarnych w stosunku do innej osoby, wszystko jedno, czy to jest osoba publiczna, czy nie. Jakąś kulturę osobistą, kulturę słowa powinno się zachować.

Czy da się obejrzeć mecz “z marszu”, bez żadnego przygotowania, i sensownie się o nim wypowiadać? Jak przygotowuje się Pan do pracy komentatorskiej.

Oczywiście, że da się obejrzeć mecz „z marszu” i mówić tylko o tym, co widzimy na ekranie telewizorów wszyscy(wszyscy, bo w większości wypadków siedzę gdzieś w “dziupli”, z dziennikarzem, albo sam, i mam przed sobą taki sam, albo nawet mniejszy telewizor niż kibice, i staram się pomóc w oglądaniu tego meczu), ale powiem szczerze, że nie wyobrażam sobie nie przygotować się do spotkania. Zawsze zabiera mi to wiele godzin ze względu na to, że trzeba znać jakieś dodatkowe informacje na temat każdego zawodnika, drużyny, coś, co się wydarzyło w dniu meczu, w przeddzień meczu, czy dwa dni wcześniej. Jeżeli jestem tym, który sam komentuje mecz, muszę poznać to w większym zakresie, natomiast jeżeli jestem tylko i wyłącznie ekspertem mogę więcej uwagi poświęcić temu, co się dzieje wyłącznie na boisku. To wspaniała praca, bardzo ją lubię. Komentuję mecze już od wielu lat. Nie jest to komentarz ciągły w jakiejś konkretnej telewizji, bo było ich sporo: Canal+, TVN, TVP, Orange Sport, teraz SportKlub. W paru stacjach miałem przyjemność pracować i pomagać w obserwowaniu koszykówki. Sprawia mi to ogromną przyjemność, bo jak może być inaczej, skoro oglądasz przez 2 godziny to, co lubisz, kochasz, na czym się znasz – lepiej, gorzej, ale jednak znasz – i możesz jeszcze tym się dzielić z kibicami i zarabiać jakieś pieniądze. Naprawdę jest to super praca i mam nadzieję, że jeszcze będę miał przyjemność dalej komentować. Wciąż nabieram doświadczenia, uczę się. Wiem, że popełniam jakieś lapsusy językowe, czy błędy w wymowie nazwisk, bo to jest problem nie tylko mój, ale i wielu zawodowych komentatorów, ale jak powiedziałem, jest to świetna praca, którą bardzo lubię i która powoduje, że człowiek jest cały czas w koszykówce głęboko, nie tylko jako bierny obserwator, ale również tworzy jakieś widowisko i emocje wśród widzów.

Na koniec poprosiłbym jeszcze o kilka porad dla kibiców, żeby mogli jak najwięcej wyciągnąć z oglądania koszykówki.

Przede wszystkim chciałbym, żeby jak najwięcej kibiców oglądało mecze koszykarskie, emocjonowało się tymi meczami. Na pewno potrzebujemy tu sukcesów reprezentacyjnych i klubowych, żeby rzesza oglądających kibiców była większa, zarówno przed telewizorami, jak i na halach sportowych. Właśnie, na halach sportowych – zachęcam do kibicowania na dobre i na złe swoim zespołom. Mam nadzieję, że kluby coraz bardziej będą dbały o to, żeby warunki oglądania meczów były jak najlepsze, żeby coś się działo na hali sportowej oprócz samego meczu, coś, co będzie dodatkowo atrakcyjne dla kibiców danego zespołu. Chciałbym, żeby kibice byli obiektywni i żeby doceniali klasę przeciwnika, bo często będzie tak, że to przeciwnik będzie lepszy, będzie wygrywał nad naszym ukochanym zespołem. Trzeba to docenić i też umieć bić brawo, bo ciężko pracują na to, żeby taki sukces odnieść. Czasami trzeba wybaczyć słabszą dyspozycję swojego zespołu. Trudno teraz o identyfikację taką jak za moich czasów, jest bardzo dużo zmian w zespołach, składy się zmieniają. Na przykład w zespole Anwilu jest teraz 7 nowych graczy. Znów kibice muszą ich poznać na boisku, poza boiskiem, żeby zacząć się z nimi identyfikować. Inaczej jest z tymi, którzy kilka lat są w zespole i już się ich bardzo dobrze zna. Łatwiej takim graczom kibicować, bo o nich już wiadomo, że nie traktują tego klubu po macoszemu – żeby tylko pograć rok i już stąd odejść – tylko są związani z klubem, miastem, kibicami. To na pewno było lepsze za moich czasów niż obecnie. Co więcej? Jeżeli macie dzieciaki w wieku szkolnym, to wysyłajcie je do klubów sportowych w szkołach. Niech grają w koszykówkę, niech grają na podwórkach. Może przez to, że będzie coraz więcej młodzieży i dzieciaków grających w kosza, nasza koszykówka będzie coraz lepsza. Tego też kibicom życzę – żeby tych sukcesów naszej reprezentacji i drużyn klubowych było jak najwięcej. A koszykówkę już na samej hali sportowej czy w telewizji trzeba oglądać też troszkę inaczej niż kiedyś, kiedy nie mogliśmy wcześniej jej obserwować i po prostu czekało się w trakcie meczu na to, kiedy zawodnik wykona wsad, bo to było bardzo atrakcyjne. Doceniajmy też inne rzeczy. Nie tylko tego gracza, który zdobywa najwięcej punktów, zbiera najwięcej piłek, albo asystuje, ale też tych, którzy są zadaniowcami, walczą, świetnie bronią. Jak idziemy na arenę sportową przeżywajmy udane akcje, nie tylko same  celne rzuty. To pomaga zawodnikom wyzwolić w sobie jeszcze więcej energii i zaangażowania, kiedy widzą, że kibic stoi za nim, że bacznie obserwuje to, co robimy na parkiecie. 

Pierwszy mecz finałowy dla Anwilu. Doskonały Sobin, Stal bez wsparcia z ławki

Finały w Energa Basket Lidze mają się mniej więcej tak:

 

We Włocławku już zdążyli się ozłocić. „We are the champions” odśpiewane po zwycięstwie w półfinale ze Stelmetem, złote oprawy meczowe i cały wielki balonik, który napompował się po awansie włocławian do finału. Po przeciwnej stronie, Stal – i prezes, który organizuje czołgi na mecze, kibice, którzy chcą wywozić taczkami sędziów ze szkolnej sali sportowej …i mistrz z wicemistrzem, którzy z podkulonymi ogonami muszą walczyć o brąz. PLK w jednym obrazku.
Choć nie można nie powiedzieć, że to niesamowita seria playoff zarówno na parkiecie, jak i poza nim. Szaleństwo kibiców we Włocławku – i Ostrowie zapewne też, ale hala w Ostrowie jest tak mała, że zapełnienie jej, nie jest raczej wielkim sukcesem. Pewnie równie pełna jest podczas apelu z okazji Dnia Nauczyciela. No i nadal w pamięci mamy ten szalony mecz w Hali Mistrzów, o którym mówią ludzie zupełnie z poza światka koszykarskiego. Uwierzcie mi, wiem co mówię, na codzień pracuję w redakcji newsowej przy polityce, a ludzie w pracy pytali mnie „co się wydarzyło w tym Włocławku?” i dodawali – „czyli w Polsce jeszcze gra się w kosza?”

 

Ale wracając do tego co tu i teraz… po niesamowicie widowiskowym meczu Anwilu ze Stelmetem i doskonałej Stali w zasadzie przez całą końcówkę sezonu, część kibiców mogła oczekiwać kolejnego „historycznego” starcia pełnego  niesamowitych zagrań, zwrotów akcji i pięknej koszykówki. A tymczasem, we Włocławku w czwartkowy wieczór: Anwil ma 2/15 za trzy (26/65 z gry), Stal ma 6/30 za trzy (21/65 z gry), Carter wylatuje z boiska w 7:48 min, a Almeida rzuca się z pięściami na Kostrzewskiego. Witamy w finałach Energa Basket Ligi!

 

Mecz z pewnością należał do tych „ciężkiego kalibru”. Chociaż często mecze numer 1 są właśnie takie. Ciśnienie po obu stronach, głód sukcesu i wielkie oczekiwania po półfinałach.

Dużo rzeczy działo się wokół boiska przez ostatnie dwa dni. Nie sprzyjało nam to. Musimy być twardzi w głowach i mocno skupieni, żeby to wszystko, co działo się po meczu ze Stelmetem poszło w zapomnienie. Te wszystkie złota, oprawy, hasła. Trudno podnieść się psychicznie po rozluźnieniu po wygranej z zielonogórzanami. – mówił w czwartek Igor Milicić

Ani Anwil, ani Stal w spotkanie nie weszły dobrze. O ile w obronie wyglądało to całkiem nieźle i ewidentnie było widać, że obaj szkoleniowcy doskonale przygotowali swoich zawodników na grę w defensywie, o tyle  atak, mówiąc oględnie, nas nie rozpieszczał. Pomijając już to, że sporo błędów było wymuszonych przez obronę, to ilość niecelnych rzutów z czystych pozycji aż kłuła w oczy. Chyba największą (jedną z niewielu?) ozdobą spotkania był Adam Łapeta, który czyścił strefę podkoszową i rozdawał bloki na prawo i lewo.

Po drugiej stronie parkietu znów dał znać o sobie Hosley. Amerykanin przez cały czas, który spędził w tym sezonie we Włocławku, w ataku grał raczej poniżej oczekiwań, ale od czasu, kiedy jednak odpalił swój „play-off mode”, znów aż chce się go oglądać. W pierwszej części spotkania, to właśnie on był główną siłą napędową Anwilu. Przez cały czas Stal odskakiwała, a potem Anwil odrabiał. I tak turlaliśmy się aż do czwartej kwarty. Fatalny występ zaliczył Marc Carter, który najpierw zanotował  3 faule w 1:40 s. (w tym jeden techniczny za pyskowanie), a po powrocie na boisko w drugiej części meczu, bardzo szybko wyleciał za faul (jak uznali sędziowie) niesportowy na Kamilu Łączyńskim. Idealnym podsumowaniem interpretacji tego faulu była reakcja samego Kamila, który śmiał się razem z Hosleyem z takiej decyzji, a Carter po prostu nie mógł w to uwierzyć.

 
 

Anwil zginąłby bez Sobina, który jakimś cudem omijał długie ręce Łapety, Stalówka  miała kłopoty z obroną na pickach, kiedy obrońcy szli „za swoim”, Sobin miał kilka sekund, kiedy zostawał w trumnie kilka metrów od kosza i klasycznie swoimi „sobinkami” – półhakami kończył kluczowe dla Anwilu akcje. Dobrze spisywał się też w obronie.

W szeregach Stali na pochwałę ze spokojnym sercem zasługuje tylko Łapeta (16 pkt., 6 zb.), bo to on trzymał w ryzach Stal – i w ataku i w obronie. Zupełnie zawiodła ławka ostrowian. Ławka, która była w teorii właśnie największym atutem Stalówki. Zaspany Marković, który zgubił Sobina w obronie, stał sam na sam z koszem i nie wiedział co zrobić (a Sobin zdążył się pozbierać z parkietu i wrócić do obrony) jest idealnym przykładem tego, jak prezentowała się forma rezerwowych Rajkovicia w tym spotkaniu. 34-8 dla Anwilu, taki jest ostateczny rozrachunek punktów z ławki. Chyba nic więcej dodawać nie trzeba. Jednak Mateusz Kostrzewski zapewniał, że to kwestia jednego spotkania i prostych błędów, które z pewnością da się wyeliminować w kolejnych starciach.

Dzisiaj popełniliśmy zbyt wiele prostych błędów, chyba dlatego trener musiał inaczej rotować, ale cały czas mamy bardzo silną ławkę i wszyscy są gotowi do gry na najwyższym poziomie.

Po drugiej stronie parkietu choćby Zyskowski dwa razy ładnie minął obrońców i został sam na sam z koszem, po czym nie trafiał prostych rzutów. Anwil też zupełnie nie poradził sobie na zbiórce. Koszykarze z Włocławka pozwolili zebrać sobie aż 51 piłek. O ile zbiórek w obronie było sporo, o tyle w ataku było ich aż o 8 mniej. A przecież zbiórki w  ataku to głównie chęci i zaangażowanie.

 
 

Na koniec spotkania …jak w zasadzie od samego początku… to Sobin (19 pkt., 8 zb.) okazał się być  kluczowym zawodnikiem Milicicia i to jego akcje dwójkowe z Łączyńskim pozwoliły Anwilowi na zwycięstwo w meczu numer 1 w wielkim finale Energa Basket Ligi.

Rzuty Sobina po pickach półhakiem to są właśnie „jego punkty” i nie możemy mu pozwolić na takie dogodne pozycje, z których dziś wykonywał te rzuty. Z pewnością to jeden z głównych elementów do poprawy. – podsumował po spotkaniu Kostrzewski

Mecz szarpany, brzydki , dla koneserów. Drużyny sprawdzały nawzajem siebie i sędziów. Obawiam się, że większość spotkań w tej parze może wyglądać właśnie tak i rozochocone po półfinałach serca kibiców będą zawiedzione. Jednak czy nie jest tak, że to właśnie te trudne, nieudane mecze mają potem największy wpływ na ostateczny rozrachunek?

Pierwszy mecz zawsze jest trochę nerwowy, nie było dziś tego tempa, timingu, który zawsze mamy w ataku. Myślę, że drugi mecz będzie wyglądał totalnie inaczej. Wrócimy bardziej skoncentrowani, z nowymi siłmi do walki i z większym zaangażowaniem.

Mateusz Kostrzewski zpewnia, że w sobotę możemy spodziewać się innego meczu niż ten czwartkowy, ale nasuwa się pytanie. Czy przy braku wsparcia z ławki, koszykarze z Ostrowa dadzą radę sami wybiegać tak ciężką serię? Choć Stalówka miała więcej czasu na odpoczynek, to właśnie podopieczni Rajkovicia mieli problemy pod koniec spotkania.

Mieliśmy problem w tym meczu z Aaronem Johnsonem, którego łapały skurcze. Jego nogi nie mogły już więcej wytrzymać. Jest 0:1, ale ta porażka nie sprawia, że zawodnicy czy trenerzy Stali popadną w depresję. – mówił po meczu szkoleniowiec Stali

Czekam, kiedy Almeida wróci z planety na której jest królem wszechświata i znów zacznie grać w koszykówkę, czekam na kolejne niesamowite zagrania Kostrzewskiego (jak facet nie trafi do kadry pod rękę z Adamem Łapetą, to sama osobiście zacznę protestować przed meczem w Gdańsku), czekam na jeszcze więcej Hosleya w ataku…

 

…a czekam do soboty – mecz numer dwa rozpocznie się w Hali Mistrzów o 17:45

 

Łączyński: na boisku brakuje nam pazura

Słaba skuteczność, dużo bałaganu, chaos – tak można opisać czwartkowe spotkanie Anwilu Włocławek ze Stelmetem Enea BC Zielona Góra. Mecz telewizyjny okazał się być znacznie poniżej oczekiwań. To po części efekt braku Ivana Almeidy i Jaylina Airingtona w składzie włocławian. Anwilowi zostało jedno spotkanie – z Polpharmą Starogard Gdański, jeśli wygrają, to mają zapewnione pierwsze miejsce po rundzie zasadniczej. Nawet jeśli przegrają, mało realne wydaje się, żeby Stal miała przegrać z AZS-em Koszalin, co (przy równoczesnym zwycięstwie Polskiego Cukru ze Stelmetem) dopiero dałoby Anwilowi spadek z pozycji lidera.

 

fot. A. Romański/ PLK

Agnieszka Łapacz, Puls Basketu: Mecz mistrza Polski z liderem sezonu zasadniczego. Oczekiwać można było spektakularnego widowiska, a tymczasem, było zupełnie inaczej. Chyba nie tego mogliśmy się spodziewać?

Kamil Łączyński, Anwil Włocławek: Wyglądało to słabo. Z pewnością nie był to mecz telewizyjny. Przede wszystkim słaba skuteczność w spotkaniu sprawiła, że wyglądało to tak, jak wyglądało. Dopiero w czwartej kwarcie Stelmet włączył czwarty bieg, my zostaliśmy na drugim… i dość wysoko przegraliśmy. W ostatnich dniach nasza sytuacja jest jaka jest, musimy sobie jakoś radzić. Stelmet zagrał ostatnio kilka wyrównanych spotkań z zaciętymi końcówkami, więc wydaje się, że wszystkie zespoły są teraz na dość równym poziomie, choć szczerze mówiąc, wszyscy chyba już myślą o playoff-ach i to na tym głównie się skupiają.

 
 

No właśnie, mowa o playoff-ach. Sporo było dziś takiej brudnej, szarpanej gry, właśnie takiej playoff-owej. Czujecie już powoli ten klimat i zaczyna się powoli „załączać” ten tryb?
Każdy chce pokazać pazur i myślę, że kiedy spotykają się topowe drużyny przy pełnej hali i do tego przed kamerami telewizyjnymi, to nie ma miejsca na to, żeby odpuścić – i w tym meczu nikt nie odpuszczał. Zabrakło trochę skuteczności, ale waleczności nikt nam nie odmówi.

 
 

Uciekła wam pierwsza i czwarta kwarta. O ile przy pierwszej można powiedzieć, że jeszcze wkręcaliście się w mecz, to przy czwartej była to już kwestia zmęczenia? Tego, że zabrakło wam dziś Jaylina i Ivana?
Z pewnością Ivan jest naszym motorem napędowym w ataku. I kiedy brakuje zawodnika, który przynosi w każdym meczu po 15 pkt., to musiało się to odbić na wyniku. Jaylin też jest bardzo ważnym elementem tej drużyny. Czwarta kwarta wyszła jak wyszła. Nie chcę oczywiście odbierać zasług Stelmetowi, bo pokazali swoją siłę. Zatrzymać Anwil we własnej hali na 6 pkt. w kwarcie to wyczyn. Wykonali świetną robotę, musimy wziąć się w garść, wyczyścić głowy, nie myśleć o tym, co działo się w ostatnich tygodniach i skoncentrować się na playoff-ach.

 
 

Ta nieszczęsna skuteczność. Niby obrona Stelmetu była lepsza niż w poprzednich spotkaniach, ale to z pewnością nie była tak mocna defensywa, żeby zatrzymać was na 57 punktów we własnej hali. Przed playoff-ami, kiedy liczyć się będzie każdy punkt, to nie jest dobry prognostyk.
Fatalny. 29% z gry i 25% za trzy – nie jest dobrze, zostało bardzo mało czasu do playoff-ów. Wydaje się, że robimy wszystko dobrze na treningach, nie robimy niczego mniej niż to, co robiliśmy na początku sezonu, kiedy mieliśmy doskonałą skuteczność. Jestem przekonany, że jak złapiemy trochę świeżości, będziemy mieli szerszą rotację na obwodzie, to te rzuty zaczną wpadać.

 
 

Na początku sezonu byliście bardzo poukładanym zespołem – i w ataku i w obronie. Teraz, po tych kontuzjach, transferach i wszystkich zmianach, jakby się to wszystko trochę rozjechało. Indywidualnie nowi zawodnicy wnoszą sporo dobrego na boisku, ale jakby zabrakło „zespołu”. Co się takiego podziało? Nie można mówić o braku zgrania, bo chłopaki nie są z wami od tygodnia.

Z pewnością to nie jest kwestia braku zgrania. Przede wszystkim przestaliśmy grać szybkim atakiem. Zdecydowanie brakuje nam tych punktów. To znacznie utrudnia nam grę. Im więcej gry kontrami, im więcej łatwych punktów, tym większa wiara w siebie. Z tych zagrywek które mamy… a mamy ich naprawdę dużo, jesteśmy w stanie wyciągnąć kilka, które dają nam największą korzyść i zacząć je stosować. Nie wydaje mi się, żebyśmy musieli teraz coś zmieniać i na siłę kreować pozycji. To, co dawało nam efekty na początku sezonu, powinno dawać te efekty i pod koniec.

 
 

W takim razie co zmieniło się w zespole, że tak to wygląda? Okej, nie gracie szybkim atakiem, ale przecież to nie chodzi o to, że nagle Kuba, Q, czy Mario do tych kontr nie biegają…

Właśnie nie jestem w stanie tego wytłumaczyć tak jednoznacznie, bo przecież i Kuba i Q są bardzo mobilni i mają możliwości do biegania w kontrach. Zdaje się, że brakuje nam pazura, takiej zadziorności. Mimo tego, że potrafimy grać agresywnie, to cały czas za mało jest tego wszystkiego. Nie chodzi o ambicje, ale brakuje tego „czegoś”. Teraz jest moment, kiedy trzeba dać z siebie 100% i skoncentrować cale swoje życie na zespole. Nie ma tu miejsca na odpuszczanie. Mam doskonały przykład, jak to się skończyło w ubiegłym sezonie… Owszem, mieliśmy więcej wygranych w naszym zestawieniu z początku sezonu, więc tak porównując – coś faktycznie jest nie tak. Nie wiem, czy to kwestia nowych graczy, zdaje mi się, że po prostu jako grupa nie funkcjonujemy tak jak trzeba. Przede wszystkim zawodzi skuteczność. Przecież na początku sezonu rzucaliśmy po 100 pkt, a teraz nie wychodzimy z 60. Ale to nie wina Kuby, Q, czy Mario, tylko ogółu. Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jestem przekonany, że jak już będziemy zdrowi, to będzie znacznie lepiej. Limit pecha na ten sezon chyba już wyczerpaliśmy.

 
 

Mając na uwadze to, co stało się w zeszłym sezonie, czujecie dużą presję przed tymi rozpoczynającymi się zaraz playoff-ami?

Już podpisując kontrakt czuliśmy presję. Wiadomo było, że ci, którzy zostali w zespole mają nad sobą oczy i gardła kibiców, którzy już od pierwszego dnia powtarzają „żeby się tylko nie powtórzyło to, co w zeszłym roku”. Ale jesteśmy sportowcami i musimy umieć sobie z tym radzić. Wiemy, że stać nas na dobrą grę, nie po to walczyliśmy o przewagę swojego parkietu, żeby ją łatwo oddać. Każdy mecz będzie ważny, ale ten pierwszy chyba najważniejszy. Wiara w siebie musi wyjść z wyników i jeśli ta wiara będzie, to zespół też będzie w stanie osiągnąć naprawdę sporo.

 

Bardzo twarde Pierniki. Podsumowanie PP #1

Podsumowań po Pucharze Polski można robić sporo. I tego też możecie się Drodzy Czytelnicy spodziewać. Zacznę od podsumowania bardziej sportowego (bo chętnie opowiem Wam też o tym, co działo się „dookoła” boiskowych popisów). A zatem, pigułce streszczę to, co miałam przyjemność oglądać przez ostatni weekend w Arenie Ursynów.

fot. Andrzej Romański

Sportowo to był jeden z lepszych Pucharów ostatnich lat… pomijając koncert Legii Warszawa. Ale ich udział w turnieju był głupotą od samego początku. Z resztą, nawet trener Spassev powiedział mi, że Puchar nie był im do niczego potrzebny. Zagrali, bo musieli, ale ich celem jest w końcu zacząć wygrywać w lidze. Takie rozgrywki nie są dla Legii, przynajmniej na tym etapie. I miał rację. Może w przyszłym roku ktoś jednak jeszcze raz przemyśli kwestię gospodarza grającego w turnieju z automatu? Ale zostawiając to, co złe, przechodzę do pozytywów.

 

Już od pierwszego meczu mieliśmy fajne widowisko. Co prawda na początku spotkania można było odnieść wrażenie, że MKS i Turów grają o to, kto zmęczy się mniej, ale koniec końców, oglądaliśmy całkiem niezłe, wyrównane spotkanie. I dostaliśmy dość niespodziewany wynik. MKS ma przecież aspiracje medalowe, a przegrali w ćwierćfinale z Turowem Zgorzelec, którego celem jest raczej – wejść do playoff. Trener Winnicki mówił po meczu, że „sorry, siedmioma zawodnikami nie da się wygrać spotkania” (ale na to wjechał trener Mihevc, który wyjaśnił temat). Mecz Anwil – Asseco potoczył już się tak, jak się tego spodziewaliśmy. Choć gdynianie nie odpuszczali i walczyli do samego końca. Niestety cena, jaką poniósł za tę wygraną Anwil była bardzo wysoka. Szymon Szewczyk doznał poważnego urazu łokcia. Cała hala zamarła, kiedy po walce „w parterze” z Piotrem Szczotką, Szewc zaczął krzyczeć i wić się z bólu. Cisza, jaka zapadła po tym zdarzeniu w Arenie Ursynów była przerażająca. Szymon prosto z boiska pojechał do szpitala w Otwocku, gdzie mieli zająć się nim najlepsi specjaliści. Diagnoza jednak nie jest zbyt optymistyczna. Szymon ma uszkodzone więzadła i nie obejdzie się bez zabiegu rekonstrukcji. Jeśli Anwil wejdzie do finału rozgrywek, to być może uda mu się wrócić na któryś z ostatnich meczów. Jednak najbardziej prawdopodobna opcja, to koniec sezonu dla Szewca.

Dla Anwilu to wielka strata. Wypadł im z rotacji bardzo ważny Polak i z pewnością nie będzie łatwo trenerowi Miliciciowi załatać tej dziury.

 

Drugi dzień pucharowych emocji zaczął się od meczu Polskiego Cukru z Lublinem. W rotacji zabrakło Aarona Cela i Aleksa Perki. zdawać się więc mogło, że z tak wąskim składem, Pierniki mogą pożegnać się z turniejem już po pierwszym występie. Ale wtem wjechał Karol Gruszecki i pozamiatał. Inaczej nie można tego nazwać. Po słabszym fragmencie sezonu, nikt nie spodziewał się, że Grucha może znów aż tak wystrzelić. Start Lublin walczył, ale niestety, nie mieli odpowiedzi na poczynania Gruszeckiego i w piątek to zawodnicy Startu spakowali walizki. Na spotkanie Legii ze Stelmetem spuśćmy zasłonę milczenia…wydaje mi się, że we stępie wystarczająco jasno przedstawiłam temat.

 

W półfinałach mieliśmy dwa świetne mecze. Kolejny doskonały występ Karola Gruszeckiego, bardzo dobre wejście Pawła Krefta i koniec końców – bardzo widowiskowe, intensywne spotkanie. Turów Zgorzelec wypuścił zwycięstwo w czwartej kwarcie, a doskonale funkcjonująca maszyna Polskiego Cukru pokazała pazur i w świetnym stylu awansowała do finału.

 

W meczu numer dwa mieliśmy starcie Anwil Włocławek – Stelmet Zielona Góra. Wszyscy spodziewali się równego, dobrego spotkania – w końcu lider tabeli grał z ubiegłorocznym z(B)obywcą Pucharu i mistrzem Polski. Tak też było. Wynik w zasadzie cały czas oscylował wokół remisu. Przegraną Anwilu ustawiła… dla odmiany… trzecia kwarta, którą włocławianie przegrali 17-29. Wiele było nerwów, lała się krew, sporo było dyskusyjnych decyzji sędziów. Ale to Stelmet wyszedł ze spotkania zwycięsko. W najważniejszych momentach Łukasz Koszarek (22 pkt., 6 zb., 5 as.) brał sprawy w swoje ręce i uspokajał zespół. Rzucał ważne trójki i prowadził Stelmet po kolejne punkty. I to właśnie obwód – a nie jak każdy się spodziewał, strefa podkoszowa – zrobił robotę. Fajerwerki odpalił Gecevicius (21 pkt -6/9 za trzy); ważne rzuty oddawał też Kelati. Anwil ugiął się pod gradem rzutów zza linii 6,75 i oddał zwycięstwo zielonogórzanom.

Przed finałem sporo było obaw, że Polski Cukier nie da rady wytrzymać aż takiego tempa. Mają w rotacji 7/8 zawodników (8-mym jest Paweł Kreft) i trzy mecze w ciągu trzech dni – niemożliwe, żeby to dźwignęli. Szczególnie, że po drugiej stronie czai się „mamy za dużo zawodników, ktoś nie zagra” – Stelmet. W teorii, to nie mogło się udać. Ale jak się okazało, praktyka z teorią nie miała nic wspólnego. Twarde Pierniki od samego początku weszły w mecz bardzo mocno. Stelmet gubił się, nie mógł przeprowadzić sensownych akcji w ataku, zasypiali w obronie pod koszem. Po toruńskiej stronie barykady w końcu obudził się Krzysztof Sulima. Przy nieobecności Perki i Cela,powinien zdecydowanie więcej dać od siebie już w poprzednich meczach, ale całe na całe szczęście dla torunian, obudził się chociaż w tym najważniejszym meczu. Grucha tym razem zanotował „tylko” 13 pkt + 4 zb., ale jak nie jeden, to drugi. W finale kosmiczny był Glenn Cosey (6/10 za trzy 8/8 za 1). Stelmet fatalnie rozpoczął spotkanie, w drugiej połowie pozbierali się trochę i gonili Polski Cukier jak mogli, ale zabrało czasu i… odpowiedzi na szalonego Coseya.

Pierwszy raz w historii Polski Cukier Toruń zdobył Puchar Polski – i w pełni zasłużenie. Zrobili coś niesamowitego i to w jakim pięknym stylu. Widać było podczas dekoracji, jak wiele dla nich to zwycięstwo znaczy. To był doskonały turniej z doskonałą koszykówką. Wbrew temu, co często mówi się o rozgrywkach tego typu – i jak często się w nich gra. Na tym turnieju nikt nie odpuszczał. Każdy z zespołów grał na sto procent i zostawił na boisku kawał serca. A przecież o to właśnie w koszykówce powinno chodzić.

Puls zapowiada: Puchar Polski 2017/18

Puchar Polski startuje już jutro. Zmagania zaczniemy o18:30 od spotkania MKS-u Dąbrowa Górnicza z PGE Turowem Zgorzelec. Następnie czekają nas jeszcze trzy mecze ćwierćfinałowe, a w weekend półfinał i wielki finał. Tegoroczny turniej  jeszcze się nie rozpoczął, a już wzbudził sporo emocji.

Począwszy od decyzji o rozstawieniu zespołów – według wcześniejszych zapowiedzi, system losowania miał być inny. Jednak, by nie powtórzyła się sytuacja, kiedy już w pierwszym meczu trafią na siebie lider z wiceliderem (w zeszłym roku Polski Cukier w pierwszym spotkaniu grał ze Stelmetem Zielona Góra), zarząd (jeszcze wtedy) PLK podjął decyzję o zmianie zasad. Potem wiele szumu wywołała informacja o udziale w turnieju Legii Warszawa. Beniaminek EBL ma bilans 2-20 i zajmuje przedostanie miejsce w tabeli (tylko dlatego, że Czarni Słupsk wycofali się z rozgrywek), a mimo to, ma prawo zagrać w turnieju. Są gospodarzem, a zatem wiadomo też, że niezależnie od przyszłorocznych wyników, w 2019 r. także zameldują się w Pucharze (wstępnie turniej w Warszawie planowany był na trzy kolejne lata).  Kontrowersje wywołał też termin ogłoszenia uczestników Pucharu. Pokrzywdzeni zostali koszykarze ze Szczecina. Datę ostatecznej weryfikacji pierwszej ósemki wyznaczono na 7 stycznia 23:59, już kilkanaście godzin później, bo w poniedziałek Wilki Morskie wygrały mecz z Asseco i zameldowały się na 6. miejscu. Co dawałoby im awans… gdyby ktoś w PLK wziął pod uwagę, że kolejka ligowa nie kończy się w niedzielę, tylko dzień później. Koniec końców, przez brak hali w niedzielę, Wilki Puchar Polski mogą oglądać z trybun.

 

Ale są też i pozytywy! Pamiętając o ubiegłorocznej realizacji telewizyjnej turnieju, możemy liczyć na weekend z naprawdę solidnymi relacjami w Polsat Sport. Przy transmisjach pojawił się także nowy „wywiadowca” – Łukasz Cegliński. I to bardzo dobra wiadomość, bo od czasu, kiedy Łukasz Majchrzyk zniknął z ekipy, cały czas nie było stałego reportera przy EBL. Poza tym, konkurs wsadów! Jak już idziemy tym tropem, dołożyłabym od razu skills challenge. Ale cieszmy się z tego co mamy. W konkursie wsadów zobaczymy Karola Gruszeckiego z Polskiego Cukru Toruń, Ryana Harrowa z Rosy Radom, Filipa Puta z Asseco Gdynia, Kacpra Borowskiego z Turowa Zgorzelec, Thomasa Davisa z Polpharmy Starogard Gdański i Chavaughna Lewisa ze Startu Lublin. Zabraknie choćby Ivana Almeidy, czy D.J.’a Sheltona. Ten pierwszy nie chciał wziąć udziału w konkursie, na udział drugiego natomiast nie zgodził się trener Jacek Winnicki. Z pewnością, dla widowiska to duża strata. Nie można jednak zapomnieć, że Anwil i MKS to zespoły, które w tym sezonie mają bić się o medale, a Alemida i Shelton to czołowi zawodnicy w swoich ekipach.

 

Czterodniowe święto koszykówki w Warszawie zapowiada się bardzo ciekawie. Nowy sponsor z pewnością wniesie powiew świeżości do organizacji turnieju i szary światek EBL zobaczy trochę więcej kolorów. Kto tym razem zBobędzie Puchar? Finał już w niedzielę o 17:45.